Grupa „Kuźnicy" i jej udział w walce o szkołę polską
Autor
Iza Moszczeńska
Źródło
"Nasza walka o szkołę polską 1901-1917 : opracowania, wspomnienia, dokumenty" 1934 Podział na najmniejsze fragmenty pochodzi od historia.ofop.eu ,
Grupa „Kuźnicy" i jej udział w walce o szkołę polską
ponadpartyjna efemeryda
Czem była Kuźnica? Nie była ani partją, ani stowarzyszeniem, nie była też organizacją spiskową. Była to poprostu efemeryda polityczna już w samem założeniu, w swej przyrodzonej naturze. Nigdy w jej gronie nie opracowywano żadnych dla własnego wewnętrznego użytku statutów ani programów. Nie pomyślano nawet o obraniu jakiejś firmy. Zajmowano się donioślejszemi sprawami: układano program polityczny dla Polski i szukano dróg do wprowadzenia go w życie. Nie przeciwstawiano się zasadniczo żadnej partji, żadnej organizacji i nie opierano się też na żadnej. Wszystkie już istniejące oceniano z punktu widzenia ich przydatności dla zamierzonego bezpośredniego celu. To też bez uprzedzeń powziętych zgóry, przychylnych czy niechętnych, zawiązywano stosunki z każdą, która w danym momencie gotowa była współdziałać w realizacji tego celu. To stanowisko międzypartyjne, czy też, jak je określał programowy artykuł wstępny pierwszego numeru „Kuźnicy", „ponad partyjne" nie drażniło nikogo, gdyż usuwało główny powód pospolitych tarć między partjami, to jest obawę konkurencji, a natomiast stwarzało dla wszystkich istniejących obozów politycznych neutralny teren agitacyjny. Nietylko agitacyjny, ale — że tak powiem — werbunkowy. O własny rozrost grupa Kuźnicy nie troszczyła się bynajmniej; chodziło jej tylko o rozszerzenie swego wpływu w partjach, przez partje, czy też poza niemi — wszystkie metody były dla niej dobre byle prowadziły do celu. (1)
Działając w ten sposób, grupa skupiona koło Kuźnicy oddała cenne usługi wszystkim partjom. Dzięki jej akcji tętno życia politycznego wzmogło się, uświadomienie polityczne ogarniało coraz szersze kręgi społeczeństwa i wznosiło się na coraz wyższy poziom. Partje konsolidowały się, rozrastały, rozwijały swą ideologję, gdyż miały sposobność uzasadniać ją punkt po punkcie w dyskusji publicznej i mierzyć jej wartość w przystosowaniu do konkretnych zagadnień chwili obecnej.
Życie społeczeństwa polskiego w Królestwie Polskiem w marcu 1904 r., gdy pierwszy zeszyt „Kuźnicy" pojawił się w druku, a w tymże miesiącu w roku następnym, gdy wydano numer ostatni, miało już zupełnie inny wyraz i barwę. Przemiana była tak uderzająca i tak wyraźnie szła po linji Kuźnicowych zamierzeń, że dziś rozpatrując ten proces w świetle tego, co go poprzedziło i co nastąpiło po nim, nie można się oprzeć wrażeniu, iż nigdy równie drobna samozwańcza garstka ludzi, rozporządzająca tak słabemi i skromnemi środkami, nie zdołała osiągnąć równie doniosłych wyników.
udany eksperyment
Był to eksperyment niezmiernie śmiały, ale się udał. Możnaby z niego wyprowadzić bezcenne wskazówki praktyczne dla działaczy politycznych wszystkich barw i wszystkich szczebli.
Nie znaczy to bynajmniej, aby ludzie zgrupowani wkoło Kuźnicy okazali nieomylne jasnowidztwo w swoim programie politycznym lub wirtuozowstwo w metodach. Popełniano błędy bardzo poważne; są między niemi i takie, które mszczą się do dnia dzisiejszego na biegu naszych spraw politycznych. Napotykano na przeszkody nieprzewidziane i rozbijano się o nie. Nietylko zyskiwano, ale nieraz i tracono zwolenników, skutkiem pewnych fałszywych kroków własnych — i nie mogło być inaczej.
Przecież twórcy i kierownicy tej grupy nie byli to wcale wytrawni mężowie stanu o długiem doświadczeniu politycznem. Oni sami — działając — uczyli się. Że jednak działali z całkowitem oddaniem się sprawie, której służyli, że z dobrą wiarą, bez żadnych uprzedzeń, zacieśniających horyzont myślowy, oceniali i ludzi i rzeczy, cudze postępki i własne poczynania, więc orjentowali się szybko, przewidywali naogół trafnie i każdej sprawie, do której rękę przyłożyli, dawali taki rozpęd, że mogła nadal toczyć się własnym biegiem.
Nie można przemilczeć, że chwila była niezmiernie pomyślna dla wszelkich tego rodzaju poczynań, jakie później z dalszego rzutu oka określane bywają jako „ruchy żywiołowe". Kto uczestniczył w akcji „Kuźnicy", nie będzie pod ten termin podkładał fałszywego wyobrażenia jakiejś niby to kosmicznej siły, działającej bez udziału myśli i woli ludzkiej. „Żywiołowym" w znaczeniu społecznem nie jest taki ruch, który budzi, się sam przez się z nieuchronnej konieczności, czy kto chce, czy nie chce, i wprawia w ruch masy, lecz taki, który został wszczęty we właściwym czasie, w przyjaznych, okolicznościach, na terenie odpowiednim i dlatego przy minimum wysiłku daje maksymalne rezultaty. Mogłoby go zupełnie nie być, gdyby w jakiejś głowie nie powstała myśl i nie zrodziła inicjatywy.
Chwila była istotnie niezwykle sprzyjająca... Pierwszy zeszyt „Kuźnicy" ukazał się w marcu 1904 r., w miesiąc po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej. Zrozumienie doniosłości tego faktu nie było zrazu bynajmniej powszechne; mogło ono błysnąć tylko w głowach takich ludzi, u których nieustająca troska o Polskę, o jej wyswobodzenie, o jej przyszłość, była stałym motywem życia duchowego, przekazywanym dziedzicznie z pokolenia na pokolenie. „Synu mój, jak to ciężko umierać Polakowi, gdy się nie widzi najmniejszego promyka nadziei". — „Kto taką spowiedź słyszał, ten zdrętwiał, bo lękał się, że taką spowiedzią skończy i swoje życie", — pisał Andrzej Niemojewski w swej książeczce „Doba obecna". Czterdzieści lat żyli patrjoci polscy w stanie oczekiwania wypadków, które stałyby się dla nich okazją do działania. Pierwszem takiem upragnionem wydarzeniem była wojna na Dalekim Wschodzie i klęski Rosji. Ponieważ od pierwszej chwili wybuchu te klęski ciągnęły się nieprzerwaną koleją, wzmagając się i sumując, przeto i promyk nadziei rozświecał się w coraz jaśniejszą i szersze kręgi światła zataczającą zorzę.
osoby zaangażowane
To nic, że zorza ta była czerwona, krwawa, że zapowiadała raczej burzę niż jasny wschód słońca; i burza była upragniona w tej niemożliwie dusznej atmosferze, w jakiej żyły ludy pod berłem samowładnego caratu. W każdym razie dla zbliżającego się wstrząsu redakcja „Kuźnicy" była jednym z najczulszych seismografów. Pismo drukowane było we Lwowie, ale jego redakcja mieściła się w Warszawie, w mieszkaniu Andrzeja Niemojewskiego na czwartem piętrze narożnej kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 48. Tam zbierała się, radziła, odczytywała rękopisy i obmyślała zasadnicze artykuły nieliczna grupa założycieli, kierowników i wydawców. Należał do nich, — prócz gospodarza domu, ś. p. dr. Rafał Radziwiłłowicz, nie strudzony działacz społeczny i szczery patrjota, ś. p. Stanisław Kłobukowski, człowiek bezgranicznej ofiarności, rozporządzający licznemi stosunkami w sferach ziemiańskich i kupieckich i budzący w nich ducha obywatelskiego, którym sam był przepełniony, dr. Antoni Natanson, który wraz z Kłobukowskim dawał Kuźnicy finansową podstawę, Aloizy Wierzchleyski, umysł światły, rozważny, o szerokich horyzontach, który wnosił do zespołu redakcyjnego niezbędny pierwiastek naukowego krytycyzmu, konsekwencji i wytrwałości, — w końcu i pisząca te słowa, jako główna obok Niemojewskiego współpracowniczka pisma. Ludwik Kulczycki zamieszkały we Lwowie i tam kierujący wydawnictwem, raz po raz za fałszywym paszportem przemykał się do Warszawy, tu porozumiewał się z redakcją i zasilał ją materjałem informacyjnym zakordonowym. Dawny pepeesowiec, stał wtedy na czele własnej partji, P. P. S. Proletariat, działającej jednak przeważnie na warszawskim terenie. Poza tem ścisłem gronem miała Kuźnica przygodnych współpracowników, przyjaciół i sympatyków, trudniących się kolportażem pisma.
założenia ideowe
Kierunek jej był dość radykalny, przychylny dla stronnictw lewicowych i dla ruchu robotniczego, lecz nie poddający się nakazom i dogmatom socjalizmu. Nie wyznawał bynajmniej zasady radykałów francuskich „pas ďennemis á gauche!" Przeciwnie, Kuźnica gotowa była zawsze przeciwstawić się prądom sprzecznym z ideałami narodu polskiego jako całości odrębnej i zwartej, więc uwzględniając potrzeby i dążenia klas wydziedziczonych, nigdy nie stawiała kosmopolitycznej solidarności proletarjatu ponad międzyklasową solidarność narodową.
Wiara w postęp, wiara w przyszłość Polski, „w osobowość historyczną narodów, osobowość niezniszczalną, trwającą w spójności wszechludzkiej, jak osobowość jednostkowa trwa wśród najściślejszych więzów społecznych": — oto wyznanie zasadnicze wyrażone we wstępnym artykule programowym, zatytułowanym „Nasze cele i hasła". — A dalej jeszcze w tym samym duchu napisano i podkreślono:
„Wierzymy w przyszłość Polski niepodległej i zjednoczonej, w jej posłannictwo dziejowe, jako szerzycielki światła, zasad wolności i postępu wśród narodów Europy wschodniej."
Z tych teoretycznych założeń, które mógł podpisać niejeden działacz każdej innej grupy obywateli patrjotów, niewiele możnaby wnosić o indywidualnym charakterze Kuźnicy. Wyodrębniało ją to, że przeciwstawiając się jałowemu filozofowaniu o Polsce, na miejsce „programu chcenia", chciała wysunąć „program działania". Hasłem jej, motywem zasadniczym, wciąż powracającym w jej enuncjacjach, były wezwania natchnione przez Wyspiańskiego: „Zróbmy coś, coby od nas zależało, kiedy dzieje się tyle rzeczy, które nie zależą od nikogo."
Lęk ją dręczył, że oto nadchodzi „chwila osobliwa" i że może minąć niewyzyskana, jeśli nie uda się zestrzelić w jedno ognisko myśli i woli ogółu, jeśli on, zahypnotyzowany muzyką Chochoła, zastygnie w bezradném i biernem oczekiwaniu.
od marzeń do czynu
Przechodząc od marzeń do czynu trzeba z konieczności zacieśnić swój horyzont, odroczyć to, co jest celem ostatecznym, a przystąpić do realizowania celów aktualnych, trzymać się tego, co w danych warunkach leży w granicach możliwości, — choćby bardzo trudnych do osiągnięcia. Więc też ludzie z Kuźnicy, choć wierzyli w przyszłą niepodległość i zjednoczenie, rozumieli, że wojna japońska, rewolucja rosyjska, a jako ich nieuchronny wynik osłabienie, a może i upadek caratu — jeszcze nie stwarzają warunków przyjaznych dla proklamowania walki o ten cel ostateczny.
Wystąpienie z takiem hasłem zahamowałoby raczej rozwój wypadków, na których budowano możność akcji. Rozdarta walką wewnętrzną Rosja mogłaby, — jak w 1863 roku — zjednoczyć się pod berłem carskiem dla odparcia wspólnego wroga, t. j. powstania polskiego, a zarazem zyskać pomoc naturalnych w tym wypadku sojuszników, t. j. dwóch innych rządów zaborczych. Japonja zbyt daleko, Prusy i Austrja zbyt blisko, by wyzwanie rzucone trzem potęgom naraz mogło doprowadzić do innego wyniku niż do druzgocącej klęski i pogłębienia niewoli. Trzeba było na razie zamknąć swe dążenia w granicach państwa rosyjskiego, wszcząć walkę wewnętrzną, skoordynowaną z temi siłami, które je od wewnątrz rozsadzały. Nie mogąc zdobyć niepodległości Polski, zmniejszyć jej podległość. Zmiana położenia Polaków w granicach Austrji po klęsce pod Sadową, stanowiła przykład zachęcający. Ponieważ jednak carat był silniej podminowany, bardziej zagrożony niż w swoim czasie monarchja habsburska, więc i zdobycz nasza powinna być większą. Konstytucja rosyjska winna dać więcej swobód; nie poprzestawać na autonomji krajów zaanektowanych (jak Polska i Finlandja), lecz zamienić się na federację wolnych państw, posiadających ustrój, uchwalony przez ich niezależne sejmy, własną administrację wewnętrzną, sądownictwo, szkolnictwo, — a choć polityka zagraniczna i armja byłyby wspólne, służba wojskowa obowiązywałaby tylko we własnym kraju. Oczywiście w czasie pokoju, co byłoby gwarancją, że wojsko nie może być używane przeciw narodowi.
Ten program, choć obejmował maximum tego, czego można było pragnąć w granicach Rosji, nie wydawał się nieziszczalnym, o ileby carat poniósł w walce z rewolucją tak ciężkie straty, jak w walce z Japonją.
Co my możemy zrobić dla osiągnięcia tego celu? Oto drugie pytanie aktualne, które się narzucało. Nie mieliśmy organizacji wojskowej, ani broni dla ewentualnych powstańców. Nie było też widoków, by w danych warunkach można się było o nią postarać. Był jednak wzór narodu bezbronnego, walczącego o swoje prawa. Takim narodem była Irlandja. Tam to przecież zrodził się wyraz „bojkot", przeniesiony potem do innych krajów i wcielony do innych języków. Tam także zamiast partyzantki wojskowej — jak nasza w 1863 roku, wybuchnęła walka zbrojna w postaci teroru. Ten ostatni rozkwitał też współcześnie w rewolucyjnej Rosji.
Fakty teroru były sporadyczne i indywidualne; dla wywołania ich wystarczała organizacja spiskowa. Miała ona w danej sytuacji tę słabą stronę, że była to muzyka bez tekstu. Wybuchy świadczą o oburzeniu, o „gniewie ludu", ale o co gniew? Kto się gniewa? Czego domagali się ci, co rzucili się na Aleksandra II? A czego ten, kto zabił Plehwego? Ażeby zrealizować jakiś program, trzeba go ujawnić i zmobilizować masy w imię tego programu. Wola ludu nie może się objawiać w samych gestach, w zamachach i manifestacjach. Widzieliśmy nieraz w Warszawie takie nieme wystąpienia, które wprawdzie podnosiły ducha, ale do niczego nie doprowadziły. W śledztwie przed sądem każdy z uczestników wypierał się głębszych intencyj i haseł politycznych. W protokółach sądowych wyglądało to tak, jakoby wszystko stało się przypadkiem, nieumyślnie. Ponieważ twórcom Kuźnicy chodziło o wywołanie niedwuznacznego a skutecznego wyrazu woli narodu, więc postanowili zerwać z konspiracją, wyprowadzić z podziemi na światło dzienne to, co kryło się w duszy polskiej jako tęsknota, marzenie, oczekiwanie.
Po omówieniu i skrystalizowaniu aktualnego programu, wyruszono na podbój opinji. Kuźnica — rozpowszechniana z rąk do rąk w nieznacznej ilości egzemplarzy, nie wystarczała. Nie wiele szerszy wpływ wywierały drukowane broszurki polityczne takie, jak np. „O Wolności Politycznej", napisana jeszcze latem 1904 roku i zawierająca bardzo popularny wykład o tem, czem jest konstytycja, autonomja, federacja i t. d. Trzeba było żywego słowa, doraźnego, bezpośredniego przenikania myśli i uczuć do serc i mózgów słuchaczy. Program, który ma zagrzewać do czynu, musi być podany na gorąco.
wykorzystać moment
Jesienią 1904 roku, po zamachu na Plehwego, za rządów księcia Mirskiego, który zainaugurował kurs liberalny, cała Rosja tak się rozgadała, tak daleko posunęła w „okazatelstwach", t. j. zbiorowych wystąpieniach i żądaniach, adresowanych wprost do najwyższej władzy, że rozpoczęcie takiej słownej agitacji w Warszawie nie mogło już razić i przedstawiać bardzo wielkiego ryzyka. Ale naród przyzwyczaił się do milczenia i szeptania; trzeba było przełamać ten zwyczaj.
Akcję wiecową rozpoczęto 10 grudnia 1904 r. zgromadzeniem odbytem w mieszkaniu prywatnem przy udziale przeszło 100 osób z różnych grup politycznych i apolitycznych. Wrażenie było tak silne, że każdy z uczestników proponował nowe zebrania, zgłaszając pomoc w zaofiarowaniu mieszkań i rozdzielaniu biletów wstępu.
Odtąd wiecowano niemal dzień po dniu przy coraz liczniejszym udziale publiczności. Czasem równocześnie w dwóch punktach miasta gromadzono publiczność, rozwijając wobec niej program „działania", nie „chcenia" i wzywając do solidarnych wystąpień, do bojkotu rządu i instytucyj rządowych, do stwarzania faktów dokonanych, bo te tylko mają wagę w polityce. Echa tych wezwań rozchodziły się po kraju dzięki uczestnikom, przybywającym z prowincji. Do mówców przychodziły zaproszenia na gościnne występy, zaproszenia, którym rzadko można było czynić zadość, gdyż i Warszawa była nienasycona. W liczbie czynnych uczestników akcji wiecowej znalazły się i takie natchnione talenty krasomówcze jak Stanisław Brzozowski.
Temperatura tak się podnosiła, odwaga tak wzbierała w sercach dotąd przytłoczonych i skamieniałych w milczeniu, że gdy na jeden z wieców zjawiła się policja w sile 80 ludzi, publiczność potraktowała to zajście humorystycznie. Nie miało też ono na razie żadnych dotkliwych następstw. (2)
Redakcja Kuźnicy zamieniła się w „kancelarję wieców polskich", mieszcząc się nadal w mieszkaniu Niemojewskiego, który na każdym wiecu głośno obwieszczał swój adres, wskazując, dokąd można się zwracać po informacje o następnych zebraniach.
kancelaria wieców
Stworzono: zatem coś w rodzaju wędrownego Klubu politycznego lub też nieustającego żywego dziennika, do którego napływały dzień po dniu informacje o faktach, których cenzura nie dopuszczała na szpalty dzienników drukowanych.
Niezrównany temperament bojowy Niemojewskiego dawał całej tej robocie niesłychany rozpęd. W „kancelarji wieców" zjawiali się coraz nowi ludzie, przynosząc nowe pomysły, nowe inicjatywy i nowe siły na usługi sprawy.
W rozprawach poruszano sprawę bojkotu szkoły rządowej. Młodzież szkolna na wiecach nie bywała, ale uczęszczali na nie licznie studenci i chętnie podejmowali ten temat, podając do wiadomości fakty, o których rozpowszechnienie chodziło im. Kiedy pod koniec stycznia władze szkolne, na życzenie ministra Głazowa, zainaugurowały konferencje z rodzicami i pierwsza taka konferencja odbyła się w II gimnazjum żeńskiem, a zaproszeni oświadczyli, że porozumienie między domem a szkołą nastąpić może tylko wtedy, gdy szkoła będzie polska, — natychmiast wieść o tem została zaniesiona na wiec wraz z wezwaniem, by i w innych gimnazjach, w razie konferencji podobnej, takich samych udzielać odpowiedzi. Rzucone hasło rozeszło się jak zwykle wielokrotnem echem po mieście. Równie szybko i tą samą drogą rozpowszechniła się wieść o obradach studentów, o ich uchwale zawieszenia wykładów na uniwersytecie i politechnice i z żądaniem spolszczenia wyższych uczelni.
Zanim wybuchnął strajk powszechny 28 stycznia, już dwa dni przedtem na wiecu sformowano komitet pomocy dla strajkujących. Zapowiedziano wtedy i wystąpienie młodzieży szkolnej. W sobotę, dnia 28 stycznia 1905 r. w gimnazjach ruszyła się młodzież, porzuciła klasy i wyszła na ulicę.
Od tej chwili przerwała się serja wieców politycznych; nie było na nie czasu. Zastąpiły je wiece szkolne, te zaś nie odbywały się już tylko codziennie, lecz było ich po kilka na dzień w różnych punktach miasta. Uczniowie, uczennice, rodzice, nauczyciele radzili razem lub osobno, w gronie osób związanych z daną szkołą lub też w liczniejszym zespole ludzi bądź to zainteresowanych bezpośrednio sprawą szkolną, bądź też traktujących ją jako jeden z epizodów walki z rządem rosyjskim.
„Kancelarja wieców polskich" była wciąż ogniskiem ruchu, źródłem informacyj, centrum, z którego promieniowała energja i inicjatywa. Jej mówców wzywano nieustannie na zebrania, organizowane przez grupy młodzieży i dorosłych.
Działacze Kuźnicy nie zawahali się ani na chwilę; stanęli natychmiast po stronie strajku i podtrzymywali młodzież w jej postanowieniach. Toć cała ta akcja leżała na linji ich programu: bojkot rządu i jego instytucyj! Tam, gdzie chodziło o przekonanie chwiejnych lub opornych, gdzie występowały dążenia, mogące ruch ten spaczyć i wprowadzić na fałszywe drogi, zapraszano Niemojewskiego lub Moszczeńską do przeprowadzenia dyskusji.
Trafiali do nich i przejezdni z prowincji, wiedząc, że w tem gnieździe agitacji zdobędą wszechstronne informacje i wskazówki praktyczne.
Ruch szerzył się i na prowincji. Młodzież szkolna miała swoją sieć organizacyj, ogarniającą cały kraj oraz centralny jej organ w Warszawie. Społeczeństwo dorosłe, zwłaszcza rodzice t. j. ludzie najrozmaitszych środowisk społecznych, kół towarzyskich, grup politycznych lub apolitycznych, nie miało żadnego wspólnego łącznika i ogniska, w którem koncentrowałaby się akcja i skąd możnaby ją koordynować. Z natury rzeczy do tej roli nadawała się najlepiej Kancelarja Wieców Polskich. Bez sprzeciwu, bez dyskusji i namysłu siłą faktu zaczęła pełnić tę rolę.
centrala telefoniczna
Często w owym czasie mówiliśmy z Niemojewskim, że nasze gniazdo polityczne stało się czemś w rodzaju centralnej stacji telefonicznej, a naszą rolą było łączyć rozproszone poczynania, przeprowadzać kontakt między tym, który pyta, a tym, który może odpowiedzi udzielić, między inicjatywą a siłą wykonawczą, gotową ją zrealizować. Nie ulega wątpliwości, że dzięki temu, trzymając wciąż rękę na pulsie, mieliśmy możność wywierać wpływ stały na bieg wypadków, nie narzucając go zresztą nikomu. Poprzednia kampanja wiecowa, którą rozpoczęliśmy z gotowym planem i dobrze rozważoną metodą działania, dała nam dużą znajomość terenu, zasilała, doświadczeniem i przygotowała dobrze do koordynowania różnych rozproszonych poczynań między sobą, ale również koordynowania całej akcji szkolnej z równoczesną ewolucją polityczną.
Były koła — bardzo czynne zresztą w walce o szkołę, — które energicznie zastrzegały się przeciw wszelkiemu wiązaniu ruchu szkolnego z jakimkolwiek ruchem politycznym. Chciały traktować strajk szkolny w zupełnem odosobnieniu od tych wszystkich przełomowych wydarzeń, które nastręczyły do niego sposobność; poprostu ignorować i klęski wojenne, i wrzenie rewolucyjne.
Stanowisko to przeczyło najoczywiściej prawdzie. Nie dlatego wybuchnęła walka o szkołę polską w styczniu 1905 roku, a nie dziesięć lat wcześniej, iżby ucisk szkolny mniej był uciążliwy za czasów Hurki i Apuchtina, niż za czasów Czertkowa i Szwarca, lecz, że w tym najgorszym, najcięższym okresie nie było żadnej możności wytoczenia walki i żadnych widoków pomyślnego jej rozegrania. To też ludzie z Kuźnicy stanowczo przeciwstawiali się opracowywaniu memorjałów i wysyłaniu delegacyj! do Petersburga z wynurzaniem próśb czy życzeń. Wiedzieli o poprzednich memorjałach, omawiających również kwestję szkolną, t. zw. memorjale 23-ch, określanym często jako memorjał Spasowicza, i memorjale Tyszkiewicza, uchodzącym za wyraz dążeń narodowej demokracji. Przy niezmienionym ustroju Rosji i niezmienionym stosunku jej władz naczelnych do społeczeństwa polskiego, każdy taki dokument musiał nosić charakter prośby lub skargi, apelującej od władzy niższej — lokalnej, do wyższej — centralnej. Nic nie upoważniało mniemania, że ucisk szkolny, że rusyfikacja przez szkołę była wynikiem złej woli kuratora, że minister nie ma w tern żadnego udziału, a przeciwnie, gotów będzie dla dogodzenia nam cofnąć wszystkie zarządzenia i wszystkie prawa, które oni wykonywali. Naszem dążeniem było przecież nie to, by szkołę rosyjską w Polsce zreformować, lecz by ją uniemożliwić; nie to, by ministrowie i kuratorowie lepiej kierowali szkolnictwem w Królestwie, lecz by się do niego nie wtrącali wcale, a nam samym pozostawili trud i kłopot kierowania wychowaniem publicznem naszych dzieci. Delegacja, która byłaby wiernym wyrazem dążeń społeczeństwa, musiałaby powtórzyć i w tym wypadku słynne życzenie Andrzeja Zamoyskiego: „Allez vous — en!" Po to nie warto było pędzić do Petersburga; to można było wiele skuteczniej i wymowniej powiedzieć i w Warszawie.
Inne znowu czynniki usiłowały cały ruch szkolny uzależnić od politycznych prądów nurtujących Rosję i odjąć mu zupełnie jego lokalny, narodowy charakter. Z temi dążeniami spotykaliśmy się również na terenie wieców, a reprezentowali je przedstawiciele socjaldemokracji i Bundu. Powtórzyło się to i w akcji szkolnej. Raz zaprosiły mnie polskie gimnazjastki, specjalnie z prośbą, bym je broniła przed Żydówkami. Chodziło o to, że koleżanki Żydówki stanowczo protestowały przeciw umieszczaniu w rezolucjach uczniowskich tak „reakcyjnego" postulatu jak: „Żądamy szkoły polskiej". „Po co ma być polska? Niech będzie demokratyczna, wolna, niech będzie narodowościowa!" Trzeba im było tłumaczyć, że nasze żądanie nie jest pryncypialne, lecz realne. Nam jest szkoła polska niezbędna, a najbardziej postępowa szkoła rosyjska będzie nam zawsze nienawistna, bo obca i wroga. Wreszcie, że szkoły „narodowościowej" wogóle niema; mogą być tylko różne szkoły narodowe. Niech tedy każda narodowość dla siebie domaga się takiej, jaka jej potrzebna i niech ją sama stworzy.
Tak tedy samą siłą rzeczy spory polityczne przeniosły się na teren dyskusji szkolnej; odseparować jednych od drugich nie było można.
Jak już z tego widać, w stolicy akcja szkolna wielce się komplikowała, a tymczasem prowincja czekała hasła, wręcz domagała się dyrektywy od Warszawy.
między podziałami
Gdy p. Stanisław Lewicki zjechał do Warszawy ze swoją inicjatywą ogólnego wiecu rodzicielskiego i zjawił się w Kancelarji wieców polskich, znalazł tu pełne zrozumienie i poparcie. Po szczęśliwem przeprowadzeniu rokowań z władzami otrzymał od policmajstra Nolkena pozwolenie, lecz przerażony był bliskością terminu: postanowienie oznajmiono mu w piątek wieczorem, datę zebrania wyznaczono nieodwołalnie na niedzielę rano. Zdawało mu Się, że będzie wręcz niemożliwem przygotowanie zebrania w tak krótkim czasie. A jednak — jak się okazało — dało się to zrobić, dzięki tej centralnej stacji agitacyjnej, jaką była redakcja Kuźnicy. W tym momencie okazało się, jak wielkie miała ona znaczenie. W ciągu soboty wszystkie osoby, uczestniczące w naszej pracy, były w nieustannym ruchu; na godziny wieczorne wyznaczyliśmy zebranie przygotowawcze do mieszkania p. Jadwigi Jahołkowskiej (przy ul. Wielkiej, dziś Poznańskiej 15). Sądziliśmy zrazu, że każdy z innych ośrodków akcji odbędzie u siebie analogiczne narady. Stało się inaczej; wszystkie zgłosiły się do nas. Od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy, były tam reprezentacje wszystkich grup czynnych w walce o szkołę. Na tem zebraniu ułożono treść i kolejność przemówień.
Przebieg i wynik wiecu wiadomy jest skądinąd.
W kilka dni później t. j. wczesnym rankiem 23 lutego w mieszkaniu Niemojewskiego zjawiła się policja, dokonała rewizji i odwiozła go na Pragę, na dworzec kolei wschodniej, z nakazem wyjazdu do Lublina.
To nie przerwało działania „kancelarji wieców", w której Moszczeńska przejęła rolę po Niemojewskim, on zaś sam przeniósł swoją działalność propagandową na nowy teren.
W tym czasie Stanisław Kłobukowski przyszedł do kancelarji wieców z prośbą o radę: miał koło bogatych znajomych, którzy pragną coś zdziałać dla sprawy publicznej i gotowi dla niej dużo poświęcić, ale nie chcą wchodzić w żaden kontakt z robotą rewolucyjną. Co im zaproponować? — Niech przystąpią do organizowania szkolnictwa polskiego, odpowiedziano im, — niech zgromadzą fundusze na ten cel. Wkrótce przybył znowu wraz z inż. Świątkowskim, który przejął tę myśl i stał się inicjatorem Macierzy Szkolnej.
kres działalności
Ale istnienie Kuźnicy zbliżało się do nieuniknionego kresu.
W nocy z dnia 2/3 marca zjawiła się policja i żandarmerja u Izy Moszczeńskiej i po gruntownej rewizji mieszkania wywiozła ją do X pawilonu Cytadeli. Wypuszczono ją w dwa tygodnie później z nakazem bezpowrotnego wyjazdu za granicę, czego dopilnowano. Jako obca poddana wydalona została „porządkiem administracyjnym".
Zabrakło Kuźnicy głównych współpracowników, a głównych mówców wiecom przez nią organizowanym. Pozostali działacze nie ustawali w pracy, lecz przenieśli ją do innych zespołów politycznych. Wtedy właśnie formowała się Postępowa Demokracja pod wodzą Świętochowskiego i tam większość z pomiędzy nich znalazła się znów przy wspólnem ognisku politycznem. Inni poszli dalej na lewo; jako sympatycy lub członkowie P. P. S. lub Proletarjatu rzucili się do akcji rewolucyjnej. Niektórzy działacze Kuźnicy spotkali się za kordonem na terenie galicyjskim i tam w dalszym ciągu współpracowali w tej samej sprawie.
Brzozowski, który już w początku stycznia zapadł ciężko na zdrowiu, leczył się w Zakopanem. Miesiące letnie spędzała tam Moszczeńska, a przybył również Ludwik Kulczycki ze Lwowa. Do tej wakacyjnej stolicy Polski zjechało w porze letniej moc osób z Warszawy. Przy pomocy miejscowych sympatyków zorganizowano publiczny wiec w sprawie szkoły polskiej w Królestwie. Napływ gości był tak tłumny, że żadna sala pomieścić ich nie mogła i obradowano pod gołem niebem. Następnie i w innych uzdrowiskach wygłaszano odczyty na ten temat.
Ostatni numer Kuźnicy, 9/10, za luty i marzec zawiera artykuł: „Walka o szkołę", pisany jednak przed wiecem z dnia 19 lutego, odbytym z udziałem kuratora okręgu naukowego Szwarca, w sali Muzeum. Ma on raczej charakter agitacyjny niż sprawozdawczy, opisuje bowiem tylko sam wybuch strajku, nie przesądzając jego wyniku. Nie dziwmy się temu opóźnieniu; rękopiśmienny materjał z Warszawy musiał być konspiracyjnie zawieziony do Lwowa, zanim ukazał się w druku. Artykuł ten kończy się jak następuje:
„Dziś trudno zupełnie przewidzieć, jak długo potrwa męcząca niepewność i czem się zakończy. Jakikolwiek jednak będzie tymczasowy wynik walki o szkołę — (ostateczny tylko po zasadniczych zmianach ustroju politycznego osiągnąć można) — znaczenie jej jest olbrzymie, gdyż ona jest dla nas pierwszą lekcją publicznego życia, pierwszą bitwą stoczoną o nasze prawa. To młode pokolenie, które kampanję zorganizowało i dziś ją prowadzi, zdaje wspaniały egzamin moralnej dojrzałości, wiele ważniejszy niż wszystkie egzamina szkolne. Ta młodzież nasza odkryła najlepszą metodę przygotowania się do roli wolnych obywateli, gdyż:
„Ten tylko godzien życia i swobody, Kto codzień umie gwałtem dobijać się o nie."
Przypisy
(1) W związku z tem pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, która toczyła się w redakcji „Kuźnicy" wtedy, gdy już rozpoczęliśmy naszą akcję wiecową. Zjawił się jeden z tych przyjaciół, co to dla każdego mają zawsze w pogotowiu mądre rady i uwagi krytyczne. Po dłuższych wywodach tak kończył: „Jeśli nie zrobicie tak, jak ja mówię, zobaczycie, że ubiegnie was Narodowa Demokracja i zrobi to lepiej niż wy." „Zrobi lepiej? — odparł natychmiast Niemojewski, — ależ chwała Bogu! Oddam jej natychmiast w ręce całą sprawę. Mnie nie o to chodzi, żebym ja to zrobił, ale żeby było zrobione w porę i dobrze." Takie było nastawienie całej grupy „Kuźnicy".
(2) Andrzej Niemojewski wyjątkowo nie brał w tem udziału; ważne prace zatrzymały go w domu. Gdy jednak doszła do niego wiadomość o najściu policji, natychmiast pospieszył na miejsce, by zbadać sytuację i starać się ją opanować. Policjanci, trzymający straż na schodach, nie chcieli go wpuścić do mieszkania. Pozostał jednak, dopóki nie wypuszczono wszystkich aż do ostatniego gościa, a wśród tego rozmawiał z policjantami i próbował ich agitować. Ta brawura, to nieoglądanie się poza siebie, lecz ruszanie naprzebój przez przeszkody, było czemś nie notowanem dotąd w nielegalnej działalności politycznej i wywołało osłupienie w szeregach czynowniczych.