Bractwa Rożańcowe
Kitowicz: "Różańcowe kwitnęło i wydawało się najwięcej po miastach i miasteczkach, a nawet i po niektórych wsiach. Dominikanie, fundatorowie tego bractwa, otrzymali – nie wiem, jak dawno – przywilej od Stolicy Apostolskiej, że to bractwo nigdzie nie może być wprowadzone, tylko przez dominikanina, który zaraz udziela odpustów temu bractwu służących, gdy go do jakiego kościoła innej reguły, nie dominikańskiej, zaprowadza; w każdym albowiem kościele dominikańskim rożaniec ma siedlisko swoje równo z fundacyją klasztoru i po chorze zakonnym trzyma miejsce najpierwsze w publicznym nabożeństwie. (...)
Urząd promotora różańcowego jest u dominikanów niepośledni, idzie zaraz po lektorach szkoły, to jest nauczycielach, i musi być w zakonie dobrze zasłużony, komu go dadzą. Nie ma on żadnej pensyi z klasztoru, jak mają profesorowie, ale ma przydatnią porcyją w refektarzu, którą zakonnicy nazywają piktancyją; oprócz tego miewa częste posiłki i podarunki od braci sióstr, kiedy jest pilny urzędu swego, która pilność na tym zawisła, żeby się pierwszy znajdował na ambonie, kiedy się bracia i siostry schodzą na rożaniec, żeby punktualnie zapisował protokuły bractwa, mianowicie elekcyjów starszeństwa, żeby emulacyje zachodzące o pierwszeństwo umiał bez narażenia się stronom kombinować, żeby podczas procesyj publicznych tego bractwa znał się, komu jakie dać miejsce podług jego godności. Kto się umie sprawiać sztucznie z tymi grymasami, wszędzie się do pobożności wkradającymi, ma się jak pączek w maśle. W innych kościołach, nie-dominikańskich, mianowicie po wsiach, gdzie nie masz tych elekcyjów brackich ani urzędów, ani procesyjów rożańcowych, tylko sam rożaniec śpiewany przez chłopców i dziewki, nie znające tej pobożnej szczodrobliwości dla księdza promotora, urząd jego zastępuje ksiądz pleban lub wikary, jeżeli jest na to jaka fundacyja, a gdzie nie ma żadnej, organista lub inny jaki kościelny sługa.
Panowie wielcy i panie, zapisywani byli na tych elekcyjach protektorami i konsyliarzami, protektorkami i konsyliarkami rożańcowymi, lubo więcej nic nie udzielali się tej konfraternii, jak że jej imion swoich pozwalali; celniejsi zaś obywatele miasta mieli sobie za honor być rożańcowymi przeorami, przeoryszami, kantorami, kantorkami, podskarbimi, podskarbinami etc. (...)
Procesyje rożańcowe bywały dwa razy do roku w święto rożańcowe i w święto Nawiedzenia Najświętszej Panny. Odprawiały się te procesyje tylko po miastach, w których się znajdowali dominikanie, prowadzone były z kościoła dominikańskiego do drugiego jakiego, odleglejszego, dla wyciągnienia wygodniejszego parady procesyjonalnej, na którą sadzono się jak najokazalszą. Po odbytej procesyi bracia i siostry ze składki wspólnej sprawowali ucztę dla tych, którzy w tej procesyi najwięcej pracowali – jako to starszyzna bractwa, marszałkowie, których powinnoś- cią było utrzymować porządek procesyi, tudzież paradować przed nią z laskami długimi i grubymi, farbą i pozłotą ozdobionymi, i chorążowie z chorążonkami, którzy i które niosły chorągwie brackie lekkie z kitajki na kształt chorągwi żołnierskich. Należeli także do tej uczty ci wszyscy, którzy się do kosztu jej hojnie przyłożyli. Na tej uczcie najlepiej się powodziło księdzu przeorowi z księdzem promotorem i braciom starszym a siostrom młodszym. Reszta czeredy była raczej serwitorami niż uczestnikami. I takie uczty nie bywały tylko po wielkich miastach, ani się do nich nie mięszał inny stan, tylko sam miejski cechów, pospolicie szewskiego i rzeźnickiego, którzy w takowych ucztach znajdowali podłości swojej jakoweś uwielbienie".