"Moja historia sektora po 1989 roku" Piotr Frączak

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Zrzut ekranu 2020-09-03 o 12.53.51.png

Wprowadzenie

Pewnie już czas, by poukładać swoje notatki i wspomnienia z historii sektora pozarządowego po roku 1989. Osób, które mogłyby i powinny to zrobić, jest znacznie więcej. Jednak, jak się okazało, historia samoorganizacji nie jest ważnym elementem historii polskiej transformacji. To zadziwiające twierdzenie jest do bólu prawdziwe. To liberalna gospodarka, budowanie państwa jako substytutu społecznego zaangażowania, zmaganie się różnych sił partyjnych, a nie obywatelskich, były tu podstawową siłą napędzającą. Dlaczego? Będę próbował odpowiedzieć na to pytanie, ale niezależnie od odpowiedzi - fakt pozostaje faktem. Będąca jednym z podstawowych postulatów transformacji - idea społeczeństwa obywatelskiego - została potraktowania instrumentalnie.

Ja spróbuję opowiedzieć to, co pamiętam. W końcu jako redaktor sektorowych pism: Biuletynu Inicjatyw Społecznych (1989-1990), miesięcznika ASOCJACJE (1990-2001), Dziękuję (2002-2004) czy w końcu Federalistki (2010-2014), miałem okazję obserwować rozwój organizacji pozarządowych w Polsce i w wielu inicjatywach brałem udział. Zawsze wydawało mi się, że zbyt mało wiemy (my, działacze społeczni) o historii sektora przed 1989 rokiem. To prawda, to nieodrobiona lekcja, ale okazuje się, że równie mało wiemy o tym, co bezpośrednio wpłynęło na to, jaki ten sektor jest dziś. O sporach i sukcesach, o tym, jak w różny sposób pojmowaliśmy cele samoorganizacji. Warto to sobie poukładać, więc i ja spróbuję. Inaczej jednak, niż robiłem to do tej pory, siląc się na obiektywizm. Do dyskusji potrzebne są co najmniej dwa różne punkty widzenia. Spróbuję sformułować jeden. Może pobudzi to również wspomnienia innych.

Początki

Biuletyn Inicjatyw Społecznych

Był to czas wielkiego przełomu, prawie tak wielkiego jak w sierpniu 1980 roku. Mimo, że zmiany zapoczątkowane były nie zwycięskimi lecz przegranymi strajkami, co opozycji dawało słabszą pozycję wobec władzy. Więcej - ponieważ ruch społeczny nie ukonstytuował się na nowo trzeba było odwołać się do starych struktur. Ale nie było jasności czy odwoływać się do tych legalnych struktur, demokratycznie wybranych, z 1981 roku, czy tych, które ukształtowały się w wyniku walki podziemnej. Powoli, od dołu w zakładach pracy powstawała "nowa" Solidarność (dzięki temu, pracując wówczas w szkole Sanatorium Neuropsychiatrii w Józefowie, przez chwilę byłem członkiem związku). Lokalnie powstawały komitety obywatelskie Solidarności na wzór Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, zaś uwolniona, dzięki porozumieniom okrągłego stołu i wprowadzeniem ustawy Prawo o stowarzyszeniach, aktywność ruchu stowarzyszeniowego, dawała nadzieję na szybkie budowanie społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.

Wtedy Piotr Marciniak, którego znałem z Kolegium Otryckiego, zapytał czy nie chciałbym się zająć dokumentowaniem małych inicjatyw społecznych. Związane było to ze zmianami w Fundacji im. Stefana Batorego. Odwilż polityczna umożliwiała rozszerzenie formuły fundacji. Zapewne były różne pomysły - nie znam dokładnie kulis tych zmian - ale był w to zaangażowany wówczas i prof. Zbigniew Pełczyński. To on zafundował z własnej kieszeni mini-stypendium na prowadzenie tych badań. Fundacja podryfowała w trochę innym kierunku, ale dla mnie to był pierwszy krok w kierunku podjęcia obserwacji uczestniczącej w tworzącym się sektorze obywatelskim.

Założenie było takie, by dokumentować małe inicjatywy, bo istniało domniemanie, że takie duże jak Solidarność, Komitety Obywatelskie same zadbają o dokumentowanie swojej historii. Dziś wiem, że nie było to do końca słuszne założenie i wiele dużych inicjatyw przepadło bez śladu, ale wówczas chodziło o to by nie przegapić tej różnorodności. Sposobem na pozyskiwanie informacji było m.in. rozpoczęcie wydawania powielaczowego pisemka "Biuletyn Inicjatyw Społecznych" i nawiązanie kontaktu z innymi powstającymi pismami np. - "Zielone Brygady" z Krakowa, czy "Wulkan" ze Żnina. Zebrane wówczas materiały stały się też podstawą do wydanej w 1994 przez IFIS PAN publikacji "Gorączka czasu przełomu. Dokumenty ugrupowań radykalnych 1989–1990". Teraz interesują nas raczej organizacje społeczne niż polityczne. Tego tego dotyczył biuletyn, w którego wstępniaku czytamy:

"Społeczeństwo obywatelskie"

Ileż nadziei budzi w nas to określenie. Pewnie tym więcej, im bardziej pozostaje ciągle jeszcze w sferze mitu. A przecież tak naprawdę chodzi o sprawy bardzo konkretne. O całe mnóstwo od lat nie załatwianych problemów dotyczących tego, gdzie i jak żyjemy. Tych problemów, których nie załatwi nam nowy rząd. I to nie tylko dlatego, że pomiędzy władzą, która cieszy się społecznym poparciem, a społeczeństwem jak mur stoi biurokracja średniego i najniższego szczebla. Ten pozostawiony nam w spadku aparat państwowy, który stworzony został przecież nie po to, by służyć obywatelom, nie usprawiedliwia do końca naszej niemożności.

O funkcjonowaniu społeczeństwa decyduje również stopień jego samoorganizacji, czyli tego, co naukowcy określają mianem infrastruktury. To taka budowla społeczna, która w krajach zachodnich powstawała latami, podczas gdy u nas, choć niewątpliwie mamy dużo lepszą sytuację niż np. NRD, nadal są to tylko fundamenty. (...) W tej sytuacji, gdy na naszych oczach rodzi się ta nowa tkanka społeczna, uznaliśmy za potrzebne powstanie pisma, które umożliwiałoby kontakt pomiędzy poszczególnymi inicjatywami, ułatwiło dotarcie zainteresowanych ludzi do odpowiednich stowarzyszeń i organizacji, dostarczyłoby informacji, co i jak robi się w drugim końcu Polski. Czy takie, z założenia usługowe, pismo, jakim pragnie być Biuletyn Inicjatyw Społecznych, jest rzeczywiście potrzebne, zdecydują państwo sami" (z Biuletynu Inicjatyw Społecznych nr 1/1989).

"Samorząd a inicjatywy społeczne"

A był to czas przygotowywania wyborów do samorządów. Pisałem wtedy w tekście w taki oto sposób:

Sprowadzanie samorządności do demokratycznego wyboru, a następnie do w miarę sprawnego funkcjonowania organów przedstawicielskich jest nieporozumieniem, i to nieporozumieniem, które już w najbliższym czasie może okazać się fatalnym w skutkach. Jasnym jest, że rządowi zależy na przyspieszeniu wyborów. Przeprowadzenie ich ma umożliwić rozbicie nadal przecież nieźle funkcjonującej w terenie nomenklaturowej biurokracji oraz, co często pozostaje przemilczane, pozwoli administracji państwowej zrzucić część odpowiedzialności za trudne lub niemożliwe do rozwiązania problemy.

Z punktu widzenia społeczności lokalnej rzecz wygląda trochę inaczej. Same demokratyczne wybory niczego nie załatwią. Już teraz zresztą widać, że sfera możliwości działania przyszłych radnych jest mocno ograniczona. Rzeczywiste zmiany, przy sprzyjającym klimacie prawno-organizacyjnym (co zapewnić ma właśnie samorząd) zależne będą od inicjatywy samych mieszkańców. Tak jak dzisiaj walkę z biurokracją prowadzi się głównie przez przełamywanie biernej postawy obywateli (mienie SKR-ów odebrać można jedynie poprzez oddolne reaktywowanie Kółek Rolniczych, czynsze obniżyć poprzez strajki czynszowe, a spółdzielnie "uspołecznić" przez oddolnie inicjowany ruch wymiany Rad Nadzorczych) tak i po wyborach wszystko, lub prawie wszystko, zależeć będzie od aktywności samych zainteresowanych. Bez takiego zaangażowania ci demokratycznie wybrani, cieszący się zaufaniem przedstawiciele wcześniej czy później popaść muszą w stary i dobrze znany syndrom niemożności lub, co gorsza, w równie stare układy. Pieniędzy bowiem z oczywistych względów będzie zbyt mało, aby załatwić chociaż niektóre z najbardziej palących spraw (z Biuletynu Inicjatyw Społecznych nr 2/1989).

... i chyba moje obawy nie były, tak do końca, na wyrost.

W przygotowaniu...