"Początek długiej drogi" Piotr Frączak
Spis treści
Ruch stowarzyszeniowy w Polsce
POCZĄTEK DŁUGIEJ DROGI
(Asocjacje nr 2/1990)
W wizji nowego ładu społecznego w Polsce - lansowanej przez znaczną część środowisk opozycyjnych w przededniu Okrągłego Stołu - dużą wagę przywiązywano do oddolnej, spontanicznej aktywności społecznej. Miał to być skuteczny sposób na przełamywanie monopolu rządzącej partii we wszystkich sferach życia. Towarzystwa Gospodarcze i Stowarzyszenie Działaczy Samorządu Pracowniczego (pomimo dzielących je różnic) zapowiadały koniec rządów nomenklatury w gospodarce. Kluby polityczne tworzyły podstawy jawnego pluralizmu politycznego, stowarzyszenia oświatowe łamały monopol państwowy w szkolnictwie... Nie chodziło tu jednak tylko o destrukcję starego systemu. Wolność stowarzyszania się stanowić miała podstawę tworzącego się społeczeństwa obywatelskiego, miała zapełnić próżnię po rozpadających się instytucjach, budować zręby rzeczywistej demokracji.
Wszystko wyglądało zachęcająco. Ustawa z 7 kwietnia 1989 roku, rozpoczynająca prawną transformację systemu, unormowała sprawy stowarzyszeń. Optymizmem napełniała wielość inicjatyw, ciągle rosnąca liczba rejestrujących się stowarzyszeń, ruch komitetów obywatelskich. Jednak jak do tej pory te formy samoorganizacji nie odegrały znaczącej roli. Wyjątek co prawda stanowiły komitety obywatelskie, które jednak szybko stały się miejscem przetargów politycznych, a nie lokalnej aktywności.
Niewielkie znaczenie inicjatyw społecznych spowodowane jest tym, iż nie ilość tworzących się i działających grup, lecz istnienie prężnego ruchu stowarzyszeniowego mogłoby mieć tu podstawowe znaczenie.
Ruch stowarzyszeniowy
Jest to przede wszystkim poczucie pewnej wspólnoty, umiejętność spojrzenia, przynajmniej przez ludzi aktywnie działających w różnych stowarzyszeniach, na własne zamierzenia i napotykane przeszkody przez pryzmat także innych grup. Początkowo to poczucie wspólnoty rodzi się w oparciu o konieczność działania w ramach jednakowych ustaleń prawnych, borykanie się z jednakowymi kłopotami. Potem dochodzi świadomość, że równoczesna akcja kilku inicjatyw ma większe szanse powodzenia, że całe środowisko może mieć wystarczającą siłę, aby np. domagać się zmiany praw, które ograniczają działalność społeczną. Bo oto okazuje się, że pomimo takiej różnorodności celów (często przecież sprzecznych ze sobą)podstawą działalności stowarzyszeń jest wspólne wszystkim przekonanie o konieczności bezpośredniego angażowania się obywateli w sprawy ich dotyczące lub nawet tylko budzące ich zainteresowanie. Konflikty celów stawianych sobie przez poszczególne ugrupowania są w takim wypadku formą aktywnej demokracji, próbą dokonania bezpośredniego wyboru. Należy więc chyba traktową ruch stowarzyszeniowy jako próbę samoorganizowania się społeczeństwa, możliwość artykulacji artykulacji przez poszczególne środowiska swoich, głównie nie politycznych i nie ekonomicznych interesów, a jednocześnie jako metodę zaspokojenia tych potrzeb własnymi siłami.
Tak rozumiany ruch stowarzyszeniowy nie ogranicza się jednak wyłącznie do prawnie zalegalizowanych stowarzyszeń. Patrząc bowiem z punktu widzenia socjologicznych prawidłowości, a nie prawnych rozstrzygnięć, nie da się przeprowadzić wyraźnej granicy pomiędzy tym, co zalegalizowane, a tym, co nieformalne. Przecież każde stowarzyszenie jest początkowo związkiem nieformalnym. Z kolei wiele grup o luźnej strukturze może z czasem uznać konieczność rejestracji. Zresztą i prawo o stowarzyszeniach sankcjonuje istnienie stowarzyszeń zwykłych, nie posiadających osobowości prawnej, których procedura rejestracji ogranicza się właściwie do faktu zgłoszenia faktu ich powstania właściwemu organowi administracji państwowej.
Przełamać izolację
Na pytanie: dlaczego, pomimo tak wielu inicjatyw, nie mamy ciągle jeszcze w Polsce ruchu stowarzyszeniowego w pełnym tego słowa znaczeniu, można znaleźć kilka odpowiedzi.
Zmienić się musi społeczne nastawienie, które najczęściej nadal opiera się na postawie roszczeniowej. To wynikające z wieloletniego poczucia społecznej bezradności przekonanie, iż rozwiązanie każdego problemu uzależnione jest od ingerencji władzy - i to najlepiej od razu szczebla najwyższego - ciągle jeszcze nie pozwala na rozwiązywanie swoich problemów na swój własny, lokalny czy środowiskowy sposób.
Również przekonanie o wszechwładzy ośrodka centralnego paraliżuje wszelkie próby łączenia się stowarzyszeń w federacje czy związki. Istnieje w nas ciągle przekonanie, że nasi przedstawiciele prędzej czy później wystawią nas do wiatru. Oczywiście jest takie niebezpieczeństwo, ale przy demokratycznej, oddolnej kontroli można je zmniejszyć do minimum. Korzyści zaś z takiej "czapki" - która nie jest zarządcą, a jedynie próbuje reprezentować wspólne interesy lokalnych czy środowiskowych grup wobec opinii publicznej czy też władz - mogą być ogromne. A u nas niektórym jeszcze się wydaje, że większa ilość nazw jest świadectwem większej aktywności. Ciągle myślimy mitycznie mnożąc byty ponad potrzebę. Przykładem niech będą ugrupowania feministyczne, które mimo zbieżnych celów nie łączą się, sądząc, że w ten sposób mogą więcej dokonać.
Musi też wreszcie wyklarować się sytuacja statusu poszczególnych stowarzyszeń, bowiem mocą ustawy z kwietnia 1989 r. - obok nowo powstałych stowarzyszeń - zarejestrowano (w większości zupełnie automatycznie) również organizacje dotychczas istniejące. Wśród nich zaś były i te organicznie wpisane w system "realnego socjalizmu" - z rozbudowaną kadrą działaczy, zapleczem materialnym i sporą liczbą często fikcyjnych członków, jak i te w miarę niezależne, które w niesprzyjających przecież okolicznościach (nieufność społeczeństwa i niechęć władzy) próbowały sensownie działać.
Należy również pamiętać, że szczególnie w początkowym okresie wiele spośród rejestrujących się grup było stowarzyszeniami z przypadku. Były tam więc np. ugrupowania polityczne, które tą drogą zdobywały możliwość legalnej działalności, były też nawet swoiste "przedsiębiorstwa", które pod szyldem stowarzyszenia prowadziły operacje finansowe.
Uporządkowanie tych wszystkich spraw wymaga, obok oczywiście jasnych uwarunkowań prawnych, przede wszystkim czasu. Koniec dofinansowywania organizacji przez państwo i przejście na dotacje celowe, konieczność adaptacji w nowych warunkach (np. weryfikacja członków nie płacących składek) dokonają ostrej selekcji w starych układach. Z kolei ustawa o partiach odciągnie, miejmy nadzieję, ugrupowania sensu stricto polityczne. Zresztą ten proces już trwa. Jest więc nadzieja, że niedługo będzie wiadomo, jakie są rzeczywiste interesy i postulaty ruchu stowarzyszeniowego w Polsce, a jego wzrastająca siła umożliwi ich realizację.
Niewątpliwie jesteśmy jeszcze na samym początku długiej drogi, która doprowadzi nas do tego, iż ruch stowarzyszeniowy zajmie równoprawne miejsce jako trzeci, obok ekonomicznego i politycznego, wymiar życia społecznego.
Piotr Frączak