Hamulec czy pedał gazu?

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Poza Rząd Salon24 wpis z 27.08.2008

Ukazanie się w Salonie.24 tekstu Jana Winieckiego "W stronę liberalnego ładu kapitalistycznego" jest dobra okazją do przypomnienia jego innego tekstu, który ukazał się w październiku 2005 roku we Wprost pod tytułem „Organizacje pozarządowe stały się największym hamulcem XXI wieku”, który w środowisku polskich społeczników wywołał burzę, gdyż nie tylko odsądził od czci i wiary tak zasłużone organizacje jak Amnesty International, ale także w istocie obraził wszystkie organizacje, określając ich działalność bądź to jako błahą, bądź szkodliwą. Nie ma wątpliwości, że tekst ten był nierzetelny, pełny przekłamań i insynuacji (zresztą bezpośrednio obrażone organizacje zareagowały wtedy oficjalnymi pismami). Poniosło pana profesora, bo forma felietonu aż się o to prosi, a nie każdy umie powstrzymać natłok skojarzeń. Jednak wydało mi się wówczas, że pozostawienie krytyki tego tekstu jedynie na poziomie jego błędów i pomyłek jest pomyłką właśnie... Pisałem:

"Dlaczego uważam, że pomyłka jest skupienie się błędach i przekłamaniach tego tekstu? Dlatego że problem tkwi zacznie głębiej, i to, że przykłady są dobrane źle, a uzasadnienia są nieprzemyślane nie oznacza, że sama teza felietonu jest oczywistą bzdurą. Myślę właśnie, że nie. Co więcej, wydaje mi się, że w obrębie dyskusji wokół tej tezy toczyć się będzie spór na temat globalnego społeczeństwa obywatelskiego, roli obywatelstwa w Unii Europejskiej czy funkcji organizacji pozarządowych we współczesnej Polsce. Do tej dyskusji trzeba się przygotować, a nieudolny atak pana profesora potraktować jako dobry sprawdzian naszych argumentów.

Jaka główna teza formułowana jest w felietonie? Otóż taka: organizacje pozarządowe „kierując się swoimi ideologiami, a nierzadko ignoranckimi obsesjami, zawłaszczyły prawem kaduka (bo nie reprezentują prawie nikogo!) prawo orzekania o tym, co dobre, a co złe, wywierając – najczęściej szkodliwy – wpływ na rządy”. Pomijając kwestie profesorskich inwektyw typu „ignoranckie obsesje”, niesprawdzonych tez “nie reprezentują prawie nikogo” czy subiektywnych ocen typu „prawem kaduka” czy „najczęściej szkodliwy wpływ”, myśl wydaje się głęboka. Tym bardziej, że nie chcemy, aby ktoś a priori uznawał, opierając się jedynie na politycznej poprawności, że organizacje są OK. One są na tyle OK, że potrafią bronić sensowności swojego działania i wykazać swoją społeczną legitymizację, być może czasem nawet większą niż demokratycznie wybrani przedstawiciele.

Trzeba więc sobie odpowiedzieć na co najmniej trzy pytania: W czyim imieniu działają organizacje pozarządowe? Czym powinny kierować się organizacje pozarządowe, czyli jaka jest ich ideologia? Dlaczego powinny mieć wpływ na rządy? Kto na nie płaci?

Demokracja jest najlepszą z możliwych form sprawowania rządów, ale nie jest formą doskonałą. Coraz częściej mówi się o kryzysie demokracji i nie zauważyć tego mogą jedynie ci, którzy demokrację traktują jako formę ochrony wolności, ale rozumianej właściwie jako wolności gospodarczej. Jeżeli jednak potraktujemy demokrację jako formę wpływania obywateli na decyzje ich dotyczące, okaże się, że partie polityczne czy związki zawodowe nie spełniają już w pełni swojej roli. Każdy z nas jest w istocie reprezentantem kilku czy kilkunastu mniejszości. Powiedzmy np. że pani X reprezentuje kobiety po 50., chore na reumatyzm, mieszkające w domach komunalnych, w małym mieście, zainteresowane hodowlą kotów rasowych, wyznania prawosławnego. Jeżeli jej jedyną możliwością wpływania na politykę państwa jest wskazanie raz na cztery lata partii, która według niej powinna rządzić (a która i tak rządzić nie będzie bo po wejściu w koalicję będzie musiała dostosować swój program do koalicjanta), to realnie nie ma ona żadnego wpływu. Organizacje pozarządowe występują właśnie w imieniu tej kobiety. Będziemy mieli więc Stowarzyszenie 50+, które zajmować się będzie problemami ludzi starszych, stowarzyszenie samopomocy osobom z daną chorobą, komitet protestacyjny przeciw brakowi należytej staranności władz lokalnych w zarządzaniu mieniem komunalnym, stowarzyszenie na rzecz rozwoju jej miasta i klub hobbystyczny przyjaciół kotów. Kto bardziej reprezentuje tę panią? Partia, na którą w końcu nie głosowała (tak jak ponad połowa Polaków), czy te stowarzyszenia?

Czy to znaczy, że organizacje są zawsze dobre i pożyteczne? Oczywiście, że nie. Jest wiele organizacji, które starają się kosztem innych przeforsować swój interes, które wykorzystują światłe cele dla prostego biznesu, które są formą patologicznego klientelizmu wobec władzy (czy to lokalnej czy centralnej). Jednak organizacje muszą praktycznie z dnia na dzień (a w każdym razie nie raz na cztery lata) weryfikować swoją „reprezentatywność”. Objawia się ona, po pierwsze liczbą członków, po drugie poparciem opinii publicznej. Można byłoby kiedyś w jakimś mieście postawić naprzeciw siebie wolontariuszy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i niepobierajacych partyjnych apanaży członków wszystkich partii z miasta. Ciekawe, kogo byłoby więcej? A przecież ilu wolontariuszy Caritas, Polskiej Akcji Humanitarnej, lokalnych stowarzyszeń na takie zawody by się nie stawiło? Tak więc organizacje opierają swoją siłę na społecznym zaangażowaniu (także w zakresie zbiórek pieniężnych) i przepisach prawa.

No dobrze – można by rzec – to niech se te organizacje wzajem interesy reprezentują, ale dlaczego mieszają się do rządzenia? Przecież państwo powinno być niezawisłe. Być może powinno, ale nie jest. I to wcale nie organizacje pozarządowe mają tu podstawowy wpływ. Są raczej odpowiedzią na niekontrolowany przez nikogo wpływ wielkich korporacji ponadnarodowych (o budżetach większych od niejednego państwa). Tu jednak zagrożenia liberałowie nie widzą i głód na świecie jest wynikiem działalności organizacji pozarządowych, które próbują myśleć trochę bardziej perspektywicznie niż w kategoriach rocznego bilansu przedsiębiorstwa czy czteroletniej kadencji. Gdyby nie wycofanie DDT i zablokowanie rozwoju genetycznie modyfikowanych organizmów w Europie, to zapewne głodu na świecie by nie było. Bo przecież międzynarodowe korporacje dają w krajach najbiedniejszych pracę dzieciom, robotnikom wycinającym lasy tropikalne (przecież są naukowcy, którzy twierdzą, że ten cały efekt cieplarniany to bzdura; zresztą u nas też, według specjalistów zatrudnianych przez firmy, prawie żadna inwestycja nie jest szkodliwa dla środowiska). Czy mamy prawo więc wpływać na rządy? Czy mamy spokojnie czekać, co wylobbują przedstawiciele niezbyt „społecznie zaangażowanego biznesu”?

No i pieniądze. Argument ten przemawia do czytelnika. To za nasze – jak twierdzi autor felietonu – pieniądze te organizacje realizują swoje ideologie. Jednak tu wywód profesora znów traci swą wewnętrzną spójność. Bo jeżeli są to pieniądze członków lub sympatyków, którzy dokładają ze swoich portfeli, to czy można mieć pretensje, że ludzie chcą dofinansować działanie na rzecz wartości, które podzielają? To raczej dowód na to, że te organizacje rzeczywiście kogoś reprezentują. A jeżeli pieniądze te pochodzą z naszych podatków? Jeżeli organizacje dostają je z budżetu gminy czy państwa, to czy nie przyznają ich tym organizacjom „lepsze lub gorsze, ale jednak demokratycznie wybrane...” rządy lub samorządy, których niezależności tak broni autor? Co prawda można powiedzieć, że wszelkie procedury przejrzystości, jakie obowiązują, nie są wystarczające, to czyżby autor chciał zaproponować jakąś kontrolę nad tymi wydatkami? Jeżeli tak, to trzeba by powołać do tego celu jakaś organizację pozarządową. Pan profesor zresztą w jednej z takich organizacji przez lata pełnił rolę prezesa."

Dziś pan profesor nadal twierdzi "Do postulatów zmierzających w stronę państwa minimum w gospodarce dodać należy postulaty zmniejszające rolę państwa w relacjach z instytucjami pośredniczącymi społeczeństwa obywatelskiego i relacjami samych obywateli" Jednak pojawia się w tej wypowiedzi nowy ton, którą określony został jako zasada samorządności i rozumiany jest znacznie szerzej, jako kluczowy element aktywnego społeczeństwa obywatelskiego."Wychodzenie poza narzucony w komunizmie model „znacjonalizowanego społeczeństwa" oznacza odwojowywanie kolejnych obszarów autonomii jednostek, rodzin, grup zawodowych i środowisk gospodarczych, które powinny odzyskiwać lub uzyskiwać należne im prawa do decydowania o obszarach swej aktywności, stawiania celów i określania środków ich realizacji. Przy czym prawa rozumiemy w historycznym kontekście równowagi praw, włącznie z prawem do popełniania błędów i obowiązkiem ponoszenia odpowiedzialności za własne działania". Niestety, jak mniemam, ten nowy ton przypomina wypowiedzi Leszka Balcerowicza z roku 1999, gdy dzielił on organizacje na te dobre, które nie mają ambicji wpływania na politykę i gospodarkę i te złe, które próbują mieszać się do rządzenia. Organizacje pozarządowe już dawno przełamały XIX-wieczną wizję prywatnej organizacji charytatywnej, która co najwyżej wypełnia luki pozostawione przez państwo i rynek. Juz od lat 70-tych, od momentu kiedy konstytuuje się trzeci sektor (poza administracją i biznesem), organizacje wiedzą, że chcąc rozwiązywać problemy społeczne trzeba się wziąć za przyczyny, a nie tylko przeciwdziałać skutkom. A to oznacza kontrolę i wpływanie na funkcjonowanie tak rynku jak i państwa....