Konflikt czyli szansa

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Poza Rządem Salon24 wpis z 26.10.2008

Jesteśmy świadkami wyniszczających konfliktów i coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że ci co protestują, co organizują się aby powiedzieć NIE, to warchoły, anarchiści i syjoniści, aby użyć terminologii gomułkowskiej jakże czasami adekwatnej do typu myślenia dzisiejszych polityków.

Pretekstem do napisania tej notatki jest dyskusja, jaka odbyła się w ostatni piątek w Elblągu na tzw. Forum Inicjatyw Pozarządowych. W końcowej debaty w szranki przez organizatorów zostały postawione osoby związane z trzecim sektorem, ale o różnej, że tak powiem, orientacji. Obok mnie Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce, który nadzieje sektora widzi we współpracy z biznesem i Michał Guć, wiceprezydent Gdyni, który w sposób naturalny patrzy z nadzieją na współpracę organizacji z samorządem terytorialnym.

W czasie spotkani dwie kwestie wzbudziły żywą dyskusję. Pierwsza to moja kontrowersyjna teza, że wolontariat może być zagrożeniem dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego (o tym następnym razem), druga to problem grup protestu jako sposobu na integrowanie i aktywizowanie mieszkańców. Chciałbym o tym słów parę, bo reakcje moich adwersarzy w dyskusji, a także osób zebranych na sali może sugerować, że gomułkowszczyzna ciągle wygrywa.

Zacznijmy może od poczatku. 1990 roku ukazała się książka Wiktora Osiatyńskiego „Kryzys, czyli szansa”, która niestety jakoś nie stała się przewodnikiem polskiego społeczeństwa i polskiego trzeciego sektora. Jej główna teza zawiera się w sformułowaniu „Tak rozumiany kryzys nie jest tragedią, lecz szansą. Stwarza możliwość znalezienia rozwiązań i zmiany, ulepszenia czegoś, czego by nawet nie próbowano ulepszać, gdyby nie było owego – informującego o potrzebie zmian – kryzysu”. My jednak ciągle traktujemy konflikt jako dopust boży, w którym ktoś musi przegrać. Tak więc strategia nie polega na próbie rozwiązania problemu, ale zniszczenia przeciwnika.

I tu dochodzimy to rzeczy najważniejszej. Dzisiejsze relacje pomiędzy administracją publiczną a organizacjami pozarządowymi w Europie Zachodniej w dużej mierze są wynikiem konfliktów lokalnych lat 70-tych. To wtedy władze lokalne doszły do wniosku, że nie opłaca się podejmować decyzji wbrew woli mieszkańców. Dzisiejsze sukcesy lokalnych przedsięwzięć ekonomii społecznej (np. dzielnicy Londynu Coin srteet ) pokazują, że mieszkańcy, którzy protestują przeciw decyzjom władz nie są warchołami, nie są destrukcyjnymi anarchistami, ale są mieszkańcami, których warto włączyć w proces planowania i realizacji poszczególnych projektów. Dopóki tego nie zrozumiemy będziemy traktować wytyczne unijne o partnerstwie jako formalności, które trzeba realizować, a nie mechanizm który polepszą działanie władz publicznych.