Konstytucja, dobro wspólne i pożytek publiczny
Asocjacje nr 4/97
Wypowiadając się w kwestiach publicznych używamy, często wymiennie, takich określeń, jak „dobro wspólne”, „wspólny interes”, „pożytek publiczny”. Podejmowane są działania w „interesie narodowym”, „interesie państwa” czy w celach „społecznie użytecznych”. Brak jasnych definicji tych pojęć nawet na gruncie prawa może budzić spore emocje. Tym bardziej, iż w uchwalonej przez Zgromadzenie Narodowe Konstytucji pojęcie „dobra wspólnego” pojawia się dwukrotnie: w Preambule – „... my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej (...) równi w prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego (...)” oraz w artykule 82: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rzeczypospolitej oraz troska o dobro wspólne”.
W LOS-ie nr 11/96 Cezary Ritter w rubryce „Wokół Karty Etycznej” pokazuje różnicę między kategoriami „wspólny interes” a „dobro wspólne”. Jedna z cech różniących te kategorie to kwestia „podzielności zysków”. Osiągnięcie i realizacja dobra wspólnego „jest możliwa tylko wspólnym wysiłkiem oraz że jest ono niepodzielne (...), choć zarazem jest ono osobistym dobrem każdego członka społeczności”. Często rozróżnienie tych kategorii może być bardzo trudne i uzależnione nie od istoty rzeczy, ale od stosowanej argumentacji. Trudno bowiem np. rozróżnić, czy pomoc bezrobotnym jest w istocie nastawieniem się na „dobro wspólne”, jakim niewątpliwie jest każdy członek danej społeczności, czy też na „wspólny interes”, jakim są mniejsze wydatki socjalne czy „pokój społeczny”.
„Dobro wspólne” jest kategorią etyczną, która w swej istocie podatna jest na swoistą manipulację, choć jak wskazuje to praktyka, raczej właśnie w formule „interesu wspólnego”. Może być wtedy interpretowana w kategoriach ideologicznych. Przyjmijmy w uproszczeniu, że prawica będzie chętniej utożsamiać „dobro wspólne” z „interesem narodowym”, lewica z „interesem społecznym”, liberałowie z „interesem wspólnym”, a biurokraci z „interesem państwa”. Mamy więc kategorię interesu jako pewną interpretację dobra wspólnego. Stąd słuszna wydaje się cytowana przez Rittera uwaga ks. Kondzieli, że „odwoływanie się do dobra wspólnego, argumentacja z pozycji dobra wspólnego jest zabiegiem dopuszczalnym i w pełni zasadnym tylko wtedy, gdy się każdorazowo określi, czym ono jest w swej istocie i jaka jest jego treść”.
Nie da się jednak dobra wspólnego określić przez głosowanie, i to nie tylko dlatego, że większość nie może decydować o tym, co jest dobre dla mniejszości. Zawsze bowiem istnieje możliwość, że choć wszyscy są „za”, to w rzeczywistości nie opowiadają się za wspólnym dobrem. Problem, czy wprowadzenie tej kategorii do Konstytucji nie jest formą pośrednią odwoływania się do prawa naturalnego, pozostawmy prawnikom. Dla nas najważniejsze jest pytanie: jak się ma do tego kategoria „pożytku publicznego”?
Wydaje się, że w istocie jest to próba określenia „dobra wspólnego” w kategoriach prawnych, a więc z założenia niedoskonałych. „Pożytek publiczny” jako próba definicji „dobra wspólnego” ma jednak pewne zalety. W państwie prawa stanowi ona wytyczne zarówno dla rządzących, jak i rządzonych, dla wszystkich – bez względu na poglądy i uznawane wartości. Z drugiej strony, możliwa jest zmiana prawa w wyniku uzgadniania stanowisk, a więc nie jest to definicja z założenia niezmienna. Czy jednak projekt ustawy o działalności pożytku publicznego dobrze definiuje to pojęcie dodając, że również Rada Ministrów może w drodze rozporządzenia określać dodatkowe zadania. Czy nie powinno być jednak tak, że pożytek publiczny definiują właśnie zapisy Konstytucji, a jedynie ich uszczegółowienie może być przedmiotem zainteresowania ustawy?
Czepiam się, to prawda. Ale pojęciowy bałagan, którym się posługujemy, który jako odbicie rzeczywistości pojawia się i w samym prawie, utrudnia życie. Wypracowanie „wspólnego języka” nawet wśród samych działaczy i pracowników organizacji pozarządowych jest czymś niezbędnym. Ale do tego nie wystarczy wymyślić kolejnych definicji (lub, co gorsza, kolejnych pojęć). Trzeba tu zbiorowego wysiłku, słuchania (czytania), co mają do powiedzenia inni. Ustosunkowywania się do ich propozycji. Wypracowywania zasad porozumienia. Niestety, czytając wydawnictwa pozarządowe, czasopisma – mam wrażenie, że każdy albo promuje swoje rozumienie pojęć, albo bezmyślnie stosuje kalki językowe. Nie spotkałem się (bardzo ucieszyłbym się, gdyby ktoś wykazał, że nie mam racja) np. przy definiowaniu „trzeciego sektora”, aby ktoś powoływał się lub krytykował inne definicje. Język jest przecież „dobrem wspólnym” – i to nie tylko w zakresie poprawności językowej, ale także z uwagi na jego możliwości komunikacyjne. A „obowiązkiem obywatela polskiego jest (...) troska o dobro wspólne”.