Ludziom z wyobraźnią
Uwagi Stefana Bratkowskiego
LUDZIOM Z WYOBRAŹNIĄ
(Asocjacje nr 1/1990)
"Nie ma takiej rzeczy, której wola ludzka nie byłaby zdolna osiągnąć przez dobrowolne działanie jednostek połączonych we wspólnym wysiłku." (Alexis de Tocqueville: "O demokracji w Ameryce")
Jeszcze przed sierpniem, w kręgu uczestników Konserwatorium Doświadczenie i Przyszłość, opracowaliśmy raport o stanie Rzeczypospolitej. Z inicjatywy Andrzeja Wielowieyskiego znalazł się w nim tekst niesłychanie znaczący, wręcz podstawowy dla zrozumienia ówczesnej kondycji polskiego społeczeństwa; dotyczył on zjawiska próżni społecznej pomiędzy rodziną a państwem. Uznaliśmy, że ta luka jest prawdziwym dramatem naszego społeczeństwa. Polacy w ogromnej większości nie identyfikowali się z państwem, a równocześnie nie istniały żadne organizacje pośrednie między nim a rodziną. W latach siedemdziesiątych powszechnie występowało zjawisko nazywane przez socjologów "ucieczką w prywatność" - zamykanie się we własnych czterech ścianach, zajmowanie się wyłącznie rodziną i jej sprawami. Komunizm, jak każdy despotyzm, bał się nie tyko stowarzyszeń, ale wszelkiej skłonności do kojarzenia ludzi ze sobą, dążył do izolacji jednostek w zatomizowanym społeczeństwie. Widział w tym rękojmię własnej trwałości. Tocqueville, genialny obserwator amerykańskiej demokracji, pisał, że ludzi, którzy pragną połączyć swe wysiłki dla tworzenia wspólnego dobra, despotyzm uważa za duchy wichrzycielskie i niespokojne, a przeinaczają właściwy sens słów dobrymi obywatelami nazywa tych, którzy zamykają się we własnych czterech ścianach. Ten opis pasuje idealnie do rzeczywistości ery gierkowskiej. Zaobserwowana już przez Tocqueville'a skłonność Amerykanów do tworzenia najrozmaitszych stowarzyszeń politycznych, społecznych, kulturalnych, obsesja to join - należeć, związać się - ten ich pęd do integracji z pozoru kłóci się z amerykańskim indywidualizmem. Ale oni rozumieją świetnie, że stowarzyszanie się jest najlepszą tarczą obrony wolności w warunkach równości. Stowarzyszenia, korporacje chronią wolność poszczególnych osób przez pośredniczenie pomiędzy nimi a skłonną do despotyzmu władzą. Tylko społeczeństwo ludzi wolnych, mających prawo łączenia się i działania we wspólnych celach może realizować tzw. dobro ogólne.
Amerykanie jednoczą się w stowarzyszenia niezależnie od wieku, pozycji społecznej i poziomu umysłowego. Są stowarzyszenia zajmujące się sprawami wielkimi i małymi, ogólnymi i szczegółowymi. Jak chyba żadne społeczeństwo, nauczyli się wiązać ze sobą, aby wspólnie coś załatwić. Organizują zabawy, budują kościoły, rozpowszechniają książki, hodują zwierzęta, poprawiają drogi. Stowarzyszają się po to, aby głosić swoje prawdy, i po to, by przez dostarczenie dobrego wzoru przeciwstawiać się złu. Stowarzyszenia służą rozwojowi handlu i przemysłu, obronie bezpieczeństwa publicznego, wzajemnej pomocy w nieszczęściu czy chorobie.
Wspominany już Tocqueville opisuje swoje zaskoczenie i rozbawienie, kiedy usłyszał, że 100 tys. Amerykanów publicznie zobowiązało się do nieużywania alkoholu. Francuski arystokrata nie mógł pojąć, dlaczego ci wstrzemięźliwi nie chcieli zadowolić się uprawianiem abstynencji w domowym zaciszu. W końcu zrozumiał, że te sto tysięcy chciało dać przykład abstynencji i siłą moralnego przykładu zmusić resztę do naśladownictwa. Można przypuszczać - pisze Tocqueville - że gdyby te sto tysięcy ludzi żyło we Francji, każdy z nich osobno zwróciłby się do rządu o sprawowanie nadzoru nad karczmami na całym obszarze państwa.
Aktywność społeczna, której wola stowarzyszania jest przejawem, stwarza i utrwala obyczaje demokratyczne. Ani demokratyczne prawa, ani pluralizm partii politycznych tu nie wystarczą. Konieczna jest wola i umiejętność współdziałania, mimo wewnętrznych podziałów. Zachowywać odrębność, a mimo to działać razem w określonym celu, to istota i zaleta stowarzyszeń. Tym różnią się od partii politycznych. Te bowiem gromadzą ludzi wydzielonych według jednego wspólnego mianownika, podczas gdy w stowarzyszeniu działają ludzie różnorodni, mając na względzie wspólny cel. Swego czasu stykałem się z gronem przeuroczego Towarzystwa Bibliofilów, które gromadziło i lewicowców, i centrystów, i prawicowców, socjalistów i konserwatystów. Wszystko ich dzieliło, skakali sobie wzajemnie do oczu dyskutując na wszelkie możliwe tematy, a mimo to działali razem i lubili się wzajemnie.
Brak, czy może tylko czasowy (mam nadzieję ) zanik tej umiejętności w naszym życiu publicznym bardzo mnie niepokoi. W pojedynkę najdoskonalszymi nawet ustawami nie zmienimy Polski. Anno Domini 1990 luka między państwem a rodziną daleka jest od zapełnienia. Patrzę na ten problem nie tylko z psychologicznego punktu widzenia, lecz z perspektywy interesu społeczeństwa. Oprócz swobody indywidualnego działania najbardziej naturalną potrzebą człowieka jest możliwość dowolnego łączenia swoich wysiłków z wysiłkami innych ludzi i wspólnego z nimi działania, że posłużę się znowu stwierdzeniem autora "O demokracji w Ameryce". Władza, która pozbawia ludzi tej wolności, niszczy życie społeczne. Realny socjalizm w ogromnym stopniu wolności tej nas pozbawił. Przez 50 lat kolektywizowano społeczeństwo polskie nie dając mu swobody stowarzyszania się. Skłonność do łączenia się została znacznie osłabiona - no cóż, żyjemy - jak mawia Kisiel - w czasach rezultatu. Przyczyną marazmu jest też ogromny odpływ z kraju ludzi aktywnych, ogromne upolitycznienie życia publicznego. Potępieńcze (często) swary niczego nie tworzą, mnóstwo pary idzie za to "w gwizdek", odwracając uwagę, absorbując aktywność i emocjonalność ludzi o temperamencie niezbędnym w stowarzyszeniowym działaniu - pyskatych, energicznych, z wyobraźnią. Uwikłani w spory, kłótnie, podgryzania, tam się wypalają zamiast zrobić coś razem z innymi. Dziś warunki do działalności są dużo lepsze, a potrzeby wręcz ogromne. Wprawdzie ustawa o stowarzyszeniach ma nadal charakter policyjny (we Francji do założenia stowarzyszenia potrzebne są trzy osoby, u nas zaś łatwiej założyć partię polityczną niż stowarzyszenie hodowców kanarków. To się musi zmienić), ale my nie wykorzystujemy nawet tych możliwości, które daje obecna ustawa! Kilkadziesiąt lat komunizmu zrobiło swoje.
Pamiętam, jak to po 56 roku zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu towarzystwa przyjaciół miast i ziem. Działało kapitalne Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich (potem rozpędzone). Myślałem, że teraz to się odrodzi, ale nic takiego, jak na razie, nie nastąpiło. Pojawiają się natomiast regionalizmy typu ksenofobicznego - każdy obcy to wróg. To przerażające! Być może nie nawykliśmy jeszcze do czynienia użytku z wolności i demokracji, fermentują w nas silne namiętności polityczne, często sprowadzające się do przypinania sobie etykietek dyskredytujących osoby myślące inaczej. Jeśli Polska ma stać się krajem do życia, jeśli chcemy zbudować społeczeństwo obywatelskie, musimy nauczyć się współdziałania, dobrowolnego pomagania sobie wzajemnie, inaczej będziemy bezustannie bezradni wobec rzeczywistości rezultatu.
Oprócz pluralizmu politycznego, samorządu lokalnego wolnej prasy, stowarzyszenia są podstawowym elementem normalnego ładu społecznego. Stowarzyszenia i lokalna prasa to obok Kościoła główny czynnik kształtujący opinię publiczną, uczący kultury współżycia społecznego, to źródło rozpowszechniania idei - konieczna przeciwwaga wobec siły partii politycznych i władzy państwowej. Pełnią ogromną rolę wychowawczą - uczą społecznej samoorganizacji, uczą tego, że w walce z przeciwnościami i życiowymi nieszczęściami trzeba liczyć wzajem na siebie, nie na władzę czy takie bądź inne instytucje. Ich brak grozi społeczną dezintegracją, nie istnieje wtedy ani opinia publiczna, ani społeczna kontrola publicznych zachowań.
Ruch stowarzyszeniowy wcześniej czy później się odrodzi. Widzę tu ogromną rolę księży i parafii. Zresztą w dużej mierze one tę rolę inicjatora i pomysłodawcy wspólnych przedsięwzięć pełnią lepiej niż ktokolwiek inny (choć w porównaniu z tym, co się dokonywało w parafiach wielkopolskich przed wojną, to jeszcze mało). Inspirowaniu i propagowaniu dobrego przykładu służyć powinna telewizja. Musi nastąpić zmiana lansowanych wzorów, zmiana w mentalności. Trzeba pokazywać te stowarzyszenia, którym się udało, które odniosły sukces w jakiejkolwiek dziedzinie. Niech ludzie zobaczą, że wyjście z prywatnej skorupy to droga do tego, aby stać się znanym i słuchanym.
"Asocjacjom" zaś radziłbym uczenie przez konkretne dobre przykłady, nie przez ogólne wymądrzania. Nic tak nie pobudza wyobraźni (a działalność w stowarzyszeniu to zajęcie dla ludzi z wyobraźnią) jak przykład cudzego sukcesu. Żadne recepty ogólne tego nie zastąpią. Wszystkim obecnym i potencjalnym działaczom stowarzyszeń dałbym rady następujące: znajdźcie krąg ludzi, których coś interesuje, którzy mają żywe mózgi; nie gromadźcie tych, co mają rzeczywistości tylko "za złe", ale tych, co chcą ją zmienić. Na początek wybierzcie cel, który da się łatwo zrealizować i pozwoli na poznanie smaku sukcesu - jego brak osłabia motywację. Po pierwszym powodzeniu pójdzie już łatwiej. Radziłbym też lekturę Tocqueville'a, to klasyk, ale rozpalający wyobraźnię, a Wy, drodzy stowarzyszeniowcy, musicie sobie wyobrazić, ile wspaniałych rzeczy możecie zrobić, gdy będziecie razem. Ile możecie zmienić w naszej szarej, nudnej rzeczywistości.
Uwagi Stefana Bratkowskiego spisała Agnieszka Gutkowska