Nasze pieniądze, nasza sprawa

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Notatka na Salon24 umieszczona 07.07.2008

Kwestia prywatyzacji, powstawania z publicznych środków nielegalnych fortun itp. to temat, który budzi wielkie emocje. Wydaje mi się, że już niedługo podobnym tematem może się okazać efekt napływających w dużych ilościach środków unijnych, które jak na razie nie budzą takiego zainteresowania. Czytając prasę odnosi się wrażenie, że jedynym problemem jest jak najszybsze i jak najpełniejsze ich wydatkowanie, a kwestia, na co one pójdą i jakie będą efekty ich wykorzystania, jest sprawą drugoplanową. Wynika to, tak przynajmniej sądzę, przede wszystkim z przekonania, że skoro są to środki unijne, to nic nam do tego. Darowanemu koniowi nie patrzy sie w zęby, kiedy dają, trzeba brać. Jednym słowem, zero refleksji. A brak refleksji, namysłu musi skutkować w dalszej kolejności brakiem jakichkolwiek działań. Spróbujmy więc zastanowić się, czy jest o co w ogóle kruszyć kopie, czy jest o czym rozmawiać.

Kierunki zostały wyznaczone

A powiedzmy sobie na wstępie że rozmawiamy o kwocie (na lata 2007-2013) ponad 80 mld euro, czyli lekko licząc kwotę wyższą niż cały roczny budżet państwa polskiego. Kwota ta oczywiście ma określone przeznaczenie. Unia dość ogólnie ustaliła, na co mogą pójść te pieniądze, czyli to, co się nazywa celami polityki spójności. W tych ramach Polska sama mogła określić, co i jak chce finansować. W tym celu musiała określić strategiczne cele i operacyjne narzędzia do ich realizacji. Za tworzenie tych dokumentów odpowiedzialny był rząd. Początkowo pracował nad tym gabinet Belki, który przygotował Narodowy Plan Rozwoju z odpowiednimi programami operacyjnymi. Po dojściu PIS-u do władzy stare dokumenty zostały wyrzucone do kosza i stworzono Strategię Rozwoju Kraju, Narodową Strategię Spójnosci (zwaną też Narodowymi Strategicznymi Ramami Odniesienia czyli NSRO) i poszczególne programy operacyjne. Dla niezajmujących się tematem warto dodać, że zasada tworzenia tych dokumentów jest prosta: najpierw tworzy się strategię (czyli określa się to, co chce się osiągnąć), a potem dopiero dostosowuje się do niej programy operacyjne. W Polsce (ponieważ uczestniczyłem w w konsultacjach społecznych, więc wiem) wszystko tworzono mniej więcej w tym samym czasie, co oznacza, że choć strategia spójności powstała, jej wewnętrzna spójność może budzić wątpliwości. I tu można pocieszyć tych, których zmartwiła wyborcza porażka PIS-u, że obecny rząd realizuje działania zaplanowane przez poprzedników.

Diabeł tkwi w szczegółach

Po zatwierdzeniu zarówno NSRO, jak i poszczególnych programów operacyjnych, które znów dość ogólnie pokazują, na co przeznaczone zostaną pieniądze, bój o pieniądze unijne (zwane w nowej kampanii promocyjnej Funduszami Europejskimi) wcale się nie skończył. Choć wydaje się, że o wielu rzeczach już zadecydowano (ale chciałbym zwrócić uwagę, że wszelkie zmiany, o ile byłyby uzasadnione, nie są niemożliwe – choć zapewne trudne do przeprowadzenia), to jednak to, jakie projekty będą finansowane, rozstrzyga się na naszych oczach. I nie mówimy jeszcze o konkretnych pieniadzach dla konkretnych firm. W pierwszej kolejności dyskusja dotyczy tego, w jaki sposób pieniądze będą rozdawane, czy rozdane zostaną w konkursach, czy rozdysponowane systemowo, czy też w formie projektów indywidualnych.

Pierwszą kwestią jest sprawa rozróżnienia na projekty systemowe i kluczowe. Systemowe, czyli takie, które realizuje administracja, konkursowe – czyli te, które wybrano – jako najlepsze – w ogłoszonych konkursach. W istocie jest to więc dyskusja o tym, co powinno oddać się do realizacji samym obywatelom. Właściwie zgodnie z zasadą pomocniczości – zawartą przecież w konstytucji – obywatele powinni zrobić wszystko, co potrafią, sami, a władza powinna wtrącać się tylko wtedy, kiedy nie można już inaczej. Tymczasem w praktyce często próbuje się jak najwięcej robić „rękami” administracji, co nie zawsze jest dobrym pomysłem. Na przykład dobrego małego przedsiębiorstwa urzędnik w ramach swojej pracy nie założy, nie będzie też umiał zwiększyć udziału obywateli w kontroli władzy (a więc i jego samego).

Czymś innym jest problem tzw. indywidualnych projektów kluczowych. To projekty, które arbitralnie zostają uznane za ważne, czyli takie, dla których po prostu z góry „zaklepuje” się pieniądze w budżecie. Często to rzeczywiście działania niezbędne, czasem jednak ich niezbędność budzi wątpliwości. Prowadzone są co prawda konsultacje, ale niewielu jest takich zapaleńców, którym chciałoby się przekopywać przez dokumenty sprawdzając, czy przypadkiem część naszych pieniędzy nie jest wydawana bez sensu.

Konkursy nie zastąpią zdrowego rozsądku

Najwięcej emocji budzą konkursy, choć przecież pieniądze rozdysponowywane w ich ramach przeważnie nie są ani największe, ani najważniejsze. To są te pieniądze, z których obywatel może skorzystać nie tylko pośrednio (poprzez ewentualny rozwój gospodarczy i zwiększenie spójności społecznej), ale także bezpośrednio – poprzez swoją firmę czy swoje stowarzyszenie. Nic dziwnego, że zainteresowanie jest duże. Jednak i w tej, wydawałoby się najbardziej demokratycznej, formie dysponowania pieniędzmi unijnymi nie wszystko wygląda idealnie. Pomijam pytanie, czy poszczególne konkursy dobrze oddają potrzeby społeczne. Przypomnijmy tylko, że pod koniec poprzedniego okresu programowania odbywała się regularna pogoń za uczestnikami szkoleń i pojawiły się głosy, że szkolenia te, poza przejedzeniem unijnych funduszy, w dużej części nie przyniosły żadnych korzyści. Czy więc teraz:

1. Nie będą wygrywały wnioski sprawnie napisane przez zawodowców (czasem, jak się wydaje, pisane masowo i składane w kilku czy kilkunastu miejscach naraz);

2. Asesorzy będą potrafili dobrze przełożyć na punkty to, co najważniejsze, czyli ostateczny efekt działań;

3. W ocenie i wyborze projektów nie będą działały pozamerytoryczne kwestie, np. nieśmiertelne „dajemy swoim”;

4. Kryteria wyboru projektów będą na tyle dobrze przygotowane, że nie będą nagradzały standardowych, banalnych, choć dobrze promowanych przedsięwzięć.

Kontrola społeczna

Ci, którzy twierdzą, że Unia Europejska jest wizją socjalistyczną, mają używanie. Ważnym elementem wdrażania Funduszy Europejskich jest bowiem system komitetów. Władza rad, ktoś powie, i trochę racji będzie miał. Oto bowiem jakieś niekonstytucyjne ciała wybrane w dość przypadkowy sposób (składy tych komitetów znacznie się różnią między sobą) podejmują znaczące decyzje. Nie o tym (na szczęście), kto dostanie pieniądze, ale o tym, jak te pieniądze rozdawać, jakie kryteria przyjmować, czy założone cele są realizowane. Te komitety to komitety monitorujące. Ma je każdy program operacyjny i z zasady wchodzą w ich skład również przedstawiciele partnerów społeczno-ekonomicznych, a więc związków zawodowych, pracodawców i organizacji pozarządowych. To oni w imieniu beneficjentów (nazwa ta w istocie oznacza tych, którzy będą wydatkować nasze pieniądze, bo przecież zarówno pieniądze unijne, jak i własny wkład polski są w jakimś sensie nasze) kontrolują, a w razie nieprawidłowości domagają się zmian w sposobie rozdzielania środków.

W systemie komitetów jest pewien szczególny „komitet komitetów”, jak nazwała go minister Gęsicka, czyli Komitet Koordynacyjny Narodowe Strategiczne Ramy Odniesienia (właśnie odbyło się jego III posiedzenie). Może on odegrać znaczącą rolę w procesie realizowania strategii rozwoju kraju, może reagować na nieprawidłowości, naprawiać błędy, przyczyniać się do modyfikacji działań. Może. Ale może też być kolejnym ciałem, które będzie przez aklamację zatwierdzać niewiele znaczące uchwały. To jeszcze ciągle kwestia otwarta, podobnie jak to, czy poszczególne komitety monitorujące odegrają jakąś rolę. Zadecydują dwie rzeczy. Po pierwsze aktywność członków wybranych do tych komitetów. Jeżeli nie podejmą dodatkowych działań poza obecnością na odbywających się mniej więcej dwa razy do roku zebraniach, to ich rola będzie marginalna. Jednak nawet najbardziej aktywni członkowie komitetów nie będą w stanie wypełniać swych zadań, o ile nie będzie osób, nie będzie organizacji czy instytucji, które nie we własnym interesie, ale w trosce o wspólne dobro, zechcą się zaangażować w działania na rzecz właściwego wykorzystania unijnych środków.

Zanim zaczniemy narzekać

Już widzę oczami wyobraźni te pretensje, że pieniądze zostały źle wydane, że ktoś się na nich dorobił, ktoś w oparciu o te środki stworzył układ nieformalnych powiązań. Łatwo bowiem jest narzekać nad rozlanym mlekiem, trudniej zadbać, by nie całe się rozlało. Irlandia w referendum mówi „nie” zmianom w Unii, ale jednocześnie jest przykładem na to, że dobre wykorzystanie środków unijnych może przyczynić się do szybkiego rozwoju. Są jednak przykłady krajów europejskich, gdzie pomoc unijna została przejedzona, gdzie interes poszczególnych osób czy firm okazał się ważniejszy niż interes narodowy. Którą drogą pójdziemy, jeszcze nie wiadomo, choć wiadomo, że pierwsze sygnały nie skłaniają do optymizmu. Jednak niech nikt nie mówi, że nic się nie da zrobić, dopóki nie spróbuje. Zainteresuj się jak są wydawane Twoje pieniądze.

Dla tych, którzy chcieliby spróbować

W Gazecie Wyborczej pojawił się ostatnio artykuł Podkarpacie Kościołowi Małgorzata Bujara, w którym czytamy m.in. "Nowa lista projektów kluczowych to też dobra nowina dla ojców bernardynów. Dwa lata temu dostali od władz Rzeszowa 85-arową działkę w samym centrum miasta, na której jest teraz parking. Za wartą 2,7 mln zł ziemię zapłacili 30 tys. zł. Od razu zapowiadali, że chcą tu odtworzyć ogrody włoskie, które rozciągały się niegdyś przy kompleksie klasztornym, który przylega do parkingu. Pod ziemią ma być parking. Chcą też wybudować dodatkowe skrzydło klasztoru i centrum pielgrzymkowe. - Ogród będzie ogólnodostępny - zapewnia o. Rafał Klimas, proboszcz parafii oo. bernardynów. - Bez pieniędzy z Unii nie udałoby nam się tego zrealizować - mówi.

O unijne pieniądze klasztor mógł się też ubiegać w konkursie. Ale w tej części RPO, z której mógł skorzystać (rewitalizacja miasta), dotacja nie może przekroczyć 8,5 mln zł. Wskakując na listę projektów kluczowych, klasztor dostanie 6,1 mln euro. I to bez rywalizacji."

Dla tych, którzy mają na ten temat jakieś zdanie informuję, że jeszcze dwa dni trwają Konsultacje społeczne listy projektów dodanych do Indykatywnego wykazu indywidualnych projektów kluczowych Województwa Podkarpackiego na lata 2007-2013.