O bractwach za czasów Augusta III, Jędrzej Kitowicz
Autor
Jędrzej Kitowicz
Źródło
"Opis obyczajów za panowania Augusta III" (fragmenty) Domena publiczna
Przedruk przedruk w FederalistKa nr 10/11 2012
śródtytuły od historia.ofop.eu
Bractwa
Solidacje Mariańskie
(...) Bractwa końcem pomnożenia chwały boskiej z dawna do Polski wprowadzone, były w wielkim szacunku. Te zaś były znakomitsze: najprzód w szkołach dla studentów tak u jezuitów, jak u pijarów była kongregacyja Sodalitatis Marianae [ Solidacja Mariańska ]. Dzieliła się na większą dla filozofów i teologów i na mniejszą niższych szkół. Każda miała swego prefekta, który w święta pewne z swoimi sodalistami odprawiał kongregacyją, mawiano na niej recitative Officium Immaculatate Conceptionis, potem ksiądz prefekt miał egzortę do sodalisów, zachęcając ich do życia jak najniewinniejszego i do bronienia honoru Matki Boskiej. Egzaminowano potem, jeżeli który sodalis nie jest w jakim znacznym występku notowany; co kiedy się pokazało, zostawał ekskludowany nie tylko z kongregacyi, ale też i ze szkół. Ekskluzyja za szkół była tak straszna dla studentów jak klątwa kościelna; wystrzegali się wszyscy przestawać, a nawet mówić z ekskludowanym, tak jakoby wyklętym. Występek, ściągający na siebie ekskluzyją, bywał pospolicie: przenoszenie się w biegu szkół nieodpowiednie z jednych do drugich, gdzie były dwoiste, jak to trafi ało się w niektórych miastach, że były szkoły pijarskie i jezuickie; nocne grasowania i lusztyki po szynkowniach, po dwoistym napomnieniu lub karze szkolnej nie zaniechane; psota wyrządzona jakiej panience albo intryga z mężatką przez męża dowiedziona. Które ostatnie dwa przypadki nie miały żadnego gradusa admonicyi, ale prosto karane były ekskluzyją z przydatkiem, jeżeli winowajca mógł być pochwycony, stu batogów. W takowe występki – rzadko zdarzane – wpadali sami dyrektorowie uczący mniejszych studentów i sami będąc studentami. Ci zazwyczaj bywali mężczyźni dorośli pod wąsami i nie tak dla nauki, jak dla sposobu do życia szkoły traktowali, po skończonym raz kursie filozoficznym i teologicznym zaczynając go drugi raz albo też wziąwszy patenta z jednych szkół, o dobrym zachowaniu się świadczące, przenosząc się do drugich.
Mali solidalisowie za małe przewinienia, jako to nieodbywania powinności solidaliskich, nieskromne sprawowanie się podczas kongregacyi, nieznajdowanie się częste na niej, karane były degradowanie (...) Przepraszam czytelnika mego, żem się z opisaniem Sodalitatis Marianae za dużo rozszerzył, bo ponieważ ta Sodalites razem z kasowaniem jezuitów zgasła, u pijarów zaś, choć jest, to nie w takim poważaniu, więc chciałem, aby ślady jej w piśmie moim potomności zostawić (...)
Bractwa literackie
Drugie bractwo po sodaliskim było Literatorum, czyli literackie. W to bractwo wchodziły osoby same tylko miejskie i sami tylko mężczyźni tak wiele uczeni, że mogli czytać na chorale kościelnym, z którego śpiewali w dni święte, pospolicie w farnym kościele, mszą wotywę przed ołtarzem swoim, który opatrywali światłem i innymi należytościami tudzież funduszem na stipendia księdzu za te msze śpiewane. Że tedy umieli czytać, a co większa po łacinie, choć wielu z nich tego języka nie rozumieli, stąd bractwo swoje nazywali literackim, a siebie literatami, lubo i to prawda, że wielu z nich byli ludźmi uczonymi z osób magistratowych.
Inne bractwa dla wszystkich obojej płci pospolite były: Różańcowe, Szkaplerzne, Serca Pana Jezusa, Pocieszenia Najświętszej Panny, Św. Ducha, św. Anny, św. Rocha, św. Barbary i innych bardzo wiele pod tytułem rozmaitych świętych.
Bractwa Rożańcowe i Szkaplerzne
Rożańcowe i Szkaplerzne Bractwa były najludniejsze; z trudna kto nie znajdował się wpisanym w pierwsze lub drugie. Różańcowe kwitnęło i wydawało się najwięcej po miastach i miasteczkach, a nawet i po niektórych wsiach. Dominikanie, fundatorowie tego bractwa, otrzymali – nie wiem, jak dawno – przywilej od Stolicy Apostolskiej, że to bractwo nigdzie nie może być wprowadzone, tylko przez dominikanina, który zaraz udziela odpustów temu bractwu służących, gdy go do jakiego kościoła innej reguły, nie dominikańskiej, zaprowadza; w każdym albowiem kościele dominikańskim rożaniec ma siedlisko swoje równo z fundacyją klasztoru i po chorze zakonnym trzyma miejsce najpierwsze w publicznym nabożeństwie. (...)
Urząd promotora różańcowego jest u dominikanów niepośledni, idzie zaraz po lektorach szkoły, to jest nauczycielach, i musi być w zakonie dobrze zasłużony, komu go dadzą. Nie ma on żadnej pensyi z klasztoru, jak mają profesorowie, ale ma przydatnią porcyją w refektarzu, którą zakonnicy nazywają piktancyją; oprócz tego miewa częste posiłki i podarunki od braci sióstr, kiedy jest pilny urzędu swego, która pilność na tym zawisła, żeby się pierwszy znajdował na ambonie, kiedy się bracia i siostry schodzą na rożaniec, żeby punktualnie zapisował protokuły bractwa, mianowicie elekcyjów starszeństwa, żeby emulacyje zachodzące o pierwszeństwo umiał bez narażenia się stronom kombinować, żeby podczas procesyj publicznych tego bractwa znał się, komu jakie dać miejsce podług jego godności. Kto się umie sprawiać sztucznie z tymi grymasami, wszędzie się do pobożności wkradającymi, ma się jak pączek w maśle. W innych kościołach, nie-dominikańskich, mianowicie po wsiach, gdzie nie masz tych elekcyjów brackich ani urzędów, ani procesyjów rożańcowych, tylko sam rożaniec śpiewany przez chłopców i dziewki, nie znające tej pobożnej szczodrobliwości dla księdza promotora, urząd jego zastępuje ksiądz pleban lub wikary, jeżeli jest na to jaka fundacyja, a gdzie nie ma żadnej, organista lub inny jaki kościelny sługa.
Panowie wielcy i panie, zapisywani byli na tych elekcyjach protektorami i konsyliarzami, protektorkami i konsyliarkami rożańcowymi, lubo więcej nic nie udzielali się tej konfraternii, jak że jej imion swoich pozwalali; celniejsi zaś obywatele miasta mieli sobie za honor być rożańcowymi przeorami, przeoryszami, kantorami, kantorkami, podskarbimi, podskarbinami etc. (...)
Procesyje rożańcowe bywały dwa razy do roku w święto rożańcowe i w święto Nawiedzenia Najświętszej Panny. Odprawiały się te procesyje tylko po miastach, w których się znajdowali dominikanie, prowadzone były z kościoła dominikańskiego do drugiego jakiego, odleglejszego, dla wyciągnienia wygodniejszego parady procesyjonalnej, na którą sadzono się jak najokazalszą. Po odbytej procesyi bracia i siostry ze składki wspólnej sprawowali ucztę dla tych, którzy w tej procesyi najwięcej pracowali – jako to starszyzna bractwa, marszałkowie, których powinnoś- cią było utrzymować porządek procesyi, tudzież paradować przed nią z laskami długimi i grubymi, farbą i pozłotą ozdobionymi, i chorążowie z chorążonkami, którzy i które niosły chorągwie brackie lekkie z kitajki na kształt chorągwi żołnierskich. Należeli także do tej uczty ci wszyscy, którzy się do kosztu jej hojnie przyłożyli. Na tej uczcie najlepiej się powodziło księdzu przeorowi z księdzem promotorem i braciom starszym a siostrom młodszym. Reszta czeredy była raczej serwitorami niż uczestnikami. I takie uczty nie bywały tylko po wielkich miastach, ani się do nich nie mięszał inny stan, tylko sam miejski cechów, pospolicie szewskiego i rzeźnickiego, którzy w takowych ucztach znajdowali podłości swojej jakoweś uwielbienie.
Bractwo szkaplerzne miało także do siebie wielką ciżbę różnej kondycyi osób, lecz nie miało żadnego – różniącego się szczególniej od ordynaryjnego – kościelnego nabożeństwa ani procesyjów, ani ucztów. Obowiązki tego bractwa były: pościć środy na maśle i nosić szkaplerz na gołym ciele, lecz go z trudna kto nosił tak, tylko na koszuli, dla gadu, który się w nim zapleniał.(...)
Opisałem dlatego najmniejsze szczególności bractw znaczniejszych, żeby wiadomość onych została potomności, jeżeliby z czasem zaginęły, co zdaje się wróżyć zajmująca się powszechnie w narodzie polskim niepobożność.
Banki Pobożne
Można także przyłączyć do bractw Montem Pietatis przyłączoną do bractw św. Rocha u księrzy misyjonarzów w Warszawie: zawiaduje tą Górą Pobożności jeden misyjonarz z bracią starszymi bractwa wyżej wyrażonego św. Rocha. Nabożeństwo św. Rocha zawisło tak jako innych bractw na śpiewaniu kościelnym, wotywach i pewnych pacierzy odmawianiu na honor św. Rocha. Zaś Mons Pietatis jest to skład kapitału pieniężnego od różnych osób pobożnych zebranego. Dwa ma końce chwalebne i użyteczne ten kapitał: pierwszy – jałmużnę dla ubogich, którzy się żebrać publicznie wstydzą, drugi – pożyczanie pieniędzy pilno onych potrzebującym, bez prowizyi. Ale trzeba dać zastaw, który by dwa razy wart był tej kwoty, której kto pożyczenia żąda. Taksę na fant w zastaw idący kładzie misyjonarz prefekt Montis Pietatis, wzywając do taksowania fantu osób znających się na nim. Po wyszłym roku, kto fantu nie wykupuje, idzie in fiscum Montis Pietatis. Po sprzedaniu fantu, jeżeli większą kwotę wezmą za niego niż jest pożyczona, oddają co jest nad pożyczoną kwotę pożyczającemu, czyli właścicielowi fantu, jeżeli mniejszą, szkoda zostaje przy Górze Pobożności. Aby zaś ta Góra nie zmalała i nie obróciła się w monadę, kapitał jej oblokowany jest na prowizyi i tylko sama prowizyja po tych uczynnościach cyrkuluje; dla tego nie jest w stanie wygadzania wielkim potrzebom, tylko małym. Ta Góra Pobożności utworzona jest około roku 1743.
Szpital Dzieciątka Jezus
Drugi fundusz pobożny, pod tytułem Dzieciątko Jezus, założony jest od pewnego misyjonarza, Boduę nazwanego, rodem Francuza. Ten ksiądz wzruszony miłosierdziem nad dziećmi porzuconymi, z rozpusty nabytymi, które matki tając wstyd na ulicę wyrzucały, a czasem w Wiśle albo lada gdzie w błocie topiły, co także i rodzicy dobrego małżeństwa ubóstwem ściśnieni dzieciom swoim czynili, zawinął się do kwesty na te dzieci. Udał się do królowej, wielce pobożnej pani, tudzież i do innych panów i pań, począł zbierać takowe dzieci, oddawał je kobietom najętym do karmienia piersią, którym płacił na miesiąc od jednego dziecięcia po złotych 8. Wkrótce to jego ułożenie wzięło wzrost spory, kupił kamienicę pod dominikanami-obserwantami, wedle magazynu królewskiego, Oboźne nazwanego. Osadził w niej trzy panny miłosierne, pospolicie szarymi siostrami od sukien takiego koloru zwane, zlecił im wychowywanie od większych lat dziatek od mamek odebranych, opatrzył tak panny miłosierne jako też dziatki przyzwoitymi wygodami. Przybywało znacznie funduszu, ale też przybywało i dzieci, których niemal co noc kilkoro pod tęż kamienicę podrzucano, tak iż już w wspomnionej kamienicy pomieścić się nie mogły.
Zaczem ksiądz Boduę, wspierany zewsząd jałmużnami, wziął rezolucyją nierównie od pierwszej większą. Okupił wielki plac w tyle kościoła misyjonarskiego, wymurował na nim obszerny i porządny szpital, do którego przeniósł nie tylko dzieci podrzucone, ale też i chorych po ulicach leżących; a dalej postępując w miłosierdziu, umówiwszy się z urzędami Warszawą rządzącymi, tudzież mając asekurowaną jałmużnę tygodniową od wszystkich kupców i znaczniejszych obywatelów warszawskich, aby ich tylko uwolnił od naprzykrzenia mnóstwa żebraków po ulicach się i domach włóczących, zwerbował 12 żołnierzy, tym kazał zbierać żebraków obojej płci, kaleków i zdrowych, osadzając ich w nowym szpitalu. Wkrótce napełnił nimi salę potężną do trzechset osób obejmującą, oczyścił Warszawę z włóczęgów, z której zdrowi i młodzi (których żołnierze nie zachwycili) pouciekali. Ale siebie tak obciążył tym ubóstwem, że nie mogąc go wyżywić, musiał rozpuścić, ile gdy w jałmużnach przyrzeczonych był zawiedziony. Żarliwość albowiem tych, którzy miesięczne jałmużny dla żebraków płacić mu przyrzekli, ustała, nie trwając dłużej nad rok, skoro żebracy wrzeszczeć im nad głowami przestali i mieli sobie za równą subiekcyją brzęk puszki szpitalnej co miesiąc, jako też i dziadowskie wrzeszczenie.
Co zaś do podrzuconych dzieci i chorych, wątek nie ustał. August III naznaczył temu szpitalowi corocznie z Wieliczki dwa tysiące beczek soli. Panowie za jego przykładem ofiarowali znaczne sumy i rozmaite prywatne jałmużny wspierają go nieustannie. Tenże król nadał pomienionemu szpitalowi privilegium honestatis, że dzieci wychodzące z niego poczytane są za podczciwe i mogą być przyjęte do wszelkich rzemiosł, byle tylko miały świadectwo na piśmie, że są wychowane w tym szpitalu. Jakoż wiele znajduje się między nimi dobrego łoża, które rodzicy nędzą ściśnieni do niego małą jaką opłatą wkupują albo wpraszają bez opłaty, albo – nie mogąc wprosić – podrzucają. Jest koło wydane na ulicę, blisko niego dzwonek z sznurkiem, w to koło należy dziecko włożyć i zadzwonić; na głos dzwonka wychodziła siostra miłosierna i dziecię brała; lecz gdy zaczęto zbyt wielką moc dzieci podrzucać co noc w to koło, tak że ich mamkami opatrywać nie można było, postawiono straż niedaleko koła dla chwytania osób podrzucających. Gdy uchwycą taką osobę, trzymają do dnia, egzaminują, co za jedna; i jeżeli jest mająca męża i sposób do życia, dawszy napomnienie należyte, z dzieckiem z szpitala wyganiają; jeżeli bez męża matka trafunkowa, biorą ją za mamkę do własnego dziecięcia, przydając drugie, szpitalne do karmienia. Jeżeli zaś przy dziecięciu podrzuconym w kratę znajdują czerwony złoty, osobę, choćby schwytaną, wolno puszczają, a dziecko przyjmują. Wiele z takowych dzieci, źle urodzonych, na ostrość powietrza wystawionych – umiera, dlatego małe wkupne postanowiono. Są także rodzicy znaczni, majętni, którzy – nie lubiąc słuchać płaczu dziecinnego w domu – oddają swoje dzieci na wychowanie do tego szpitala, płacąc od nich według zgody lub szczodrobliwości; takich dzieci nie mieści się w jednej izbie więcej jak ośmioro, każde ma swoją mamkę, a czasem i piastunkę, pod pozorem jednej statecznej białogłowy świeckiej, która ma złożenie osobne przy izbie, panny albowiem miłosierne nie mają za przyzwoitość dla siebie opatrywać dzieci przy piersiach i w pieluszkach będące; dopiero aż wyńdą z tego pierwszego dzieciństwa trybu, biorą je w swój dozór, ucząc pacierza i innych powinności religii; z takowych pensyjów od dzieci wspomnionych okrawa się cokolwiek szpitalowi. Zdarza się też i to, acz nie często, że osoby nieznajome przychodzą albo i z daleka przyjeżdżają do tego szpitala; w wielkim sekrecie, ile ten w zgrai kobiet może być utajony, składają w nim płód swój, także pod sekretem nabyty, a uwolniwszy się od brzemienia powracają tam, skąd się wzięły, zapłaciwszy szpitalowi sowicie za swoje oczyszczenie i na konserwacyją względną depozytu złożonego.
Gdy dzieci podrastają, dziewcząt zaraz uczą rożnych robót, chłopców nieuczą żadnych, bo nie ma w tym szpitalu żadnych rękodzieł męskich tylko kobiece szycie i haftowanie na stembenku i krosienkach. Tak chłopców, jak dziewczęta, które wyrastają na rzeźwiejsze i roztropniejsze, rozbierają za zaręczeniem panowie i panie w służby albo rzemieślnicy chłopców do rzemiosł; które zaś są tępego dowcipu i niezgrabne, rozdają na wsie misyjonarskie, panien miłosiernych innych szpitalów lub też i szlacheckie.
fundusz dla panien kanoniczek
Nie opisuję dawniejszych szpitalów, klasztorów i funduszów miłosiernych tak w Warszawie, jako też po rożnych miastach całego państwa znajdujących się, gdyż te nie są skutkiem pobożności za czasów Augusta III do opisu mego przedsięwziętej, ale dawniejszych wieków. Zamiarem moim jest pisać o tym, co albo nowego nastało pod panowaniem tego króla, albo też, choć dawniej było, ale się potem odmieniło lub w cale zaginęło.
Trzecia fundacyja nowa, przedtem w Polszcze nie znana, ukazała się w Warszawie około roku 1749 panien kanoniczek. Fundatorką tych panien była Zamoyska, ordynatowa wdowa. Kupiła dla nich Maryjenwil i kilka wiosek za Wisłą; w środku tego Maryjenwilu (który jest jak rynek warszawski opasany z trzech stron kamienicami, a z czwartej murem) wymurowała kaplicę porządną do nabożeństwa. Dwa chory ustanowiła tych panien: jeden wyższy, drugi niższy. Panny wyższego choru powinny być wysokiego urodzenia, mają pensyi rocznej po 100 czerwonych złotych i wszelkie wygody, jadają u jednego stołu; jest wszystkich 12. Panny niższego choru powinny być szlachcianki, acz mniej znacznego urodzenia, biorą pensyi rocznej po 600 złotych, mają osobny stół, wygody pomiarkowańsze, obowiązków więcej nad pierwsze i jest ich tylko 6. Wszystkie chodzą do choru, który odprawują w języku polskim mową głośną, nie śpiewaniem, na jutrznią w nocy nie wstawają, odbywając ją z rana o godzinie szóstej. Wolno im na miasto wyjeżdżać, do czego mają karety, i te tylko służą wyższemu chorowi, albo wychodzić pieszo, które są w niższym chorze. Wszystkie, wychodząc za fortę, biorą pozwolenie od ksieni z wyznaczeniem godziny, na którą wrócić do klasztoru powinny. Na żadnych balach i widowiskach publicznych znajdować się im nie godzi. Mężczyzn wolno im przyjmować za fortę do sali na to naznaczonej; które zaś są w leciech podeszłe, mogą takie wizyty przyjmować w swoich stancyjach, biorąc pozwolenie od ksieni, miarkującej rozsądkiem między osobą przyjmującą i oddającą wizytę takowe pozwolenie. Ksieni może zawsze, kiedy chce, przyjąć wizytującego mężczyznę do własnych pokojów swoich.
Ksieni, obrana z wyższego choru, jest dożywotnia i ta tylko jedna zaraz po swojej elekcyi czyni szlub czystości, w czym nie ma żadnej przykrości, gdyż ksienią nie obierają tylko taką, która już dobrze na piąty krzyżyk lat zajechała. Inne kanoniczki szlubów czystości nie czynią, bo i owszem tej fundacyi miała koniec57 fundatorka ułatwienia zamężcia damom wysokiego urodzenia a szczupłej fortuny. Lecz ten koniec nie ma skutku, cisną się tam damy z znacznymi posagami i urodą niepoślednią, chcące prędzej na publicznym miejscu58 wynaleźć męża do swgo upodobania niż w kącie domowym. Są też drugie i niezgrabne, i w lata podeszłe, którym stracona do zamężcia nadzieja podała ten sposób dewocyi, jakążkolwiek jeszcze otuchę do pozyskania męża zostawujący; i takie są to niby zarody na przyszłą pannę ksienią.
Ale żadnej podupadłej fortuny nie masz, chyba w dolnym chorze. Krój sukien i strój głowy jest taki jak innych dam świeckich. Idąc do choru, kładą na kornet welum białe kitajkowe i na plecy płaszcz długi błękitny, także kitajkowy. Kolor sukien dwoisty tylko: biały lub czarny. Kapelanów i kaznodziejów zażywają z rożnych klasztorów albo świeckich księży.
Rząd ekonomiczny sprawują przez jednego szlachcica pensyjonowanego, który ma rezydencją swoją za murem tuż przy klasztorze z inną czeladzią służącą – i nazywa się komisarzem. Aspirantki do tego zgromadzenia powinny szlachetność swoją wywieść do wyższego choru z ośmiu, a do niższego ze czterech herbów; która trudność podobno jest największą przyczyną, że się tam żadna z domów podupadłych nie znajduje, bo w Polszcze, gdzie częste ognie i rewolucyje wojenne niszczą archiwa publiczne, żadnego opatrzenia nie mające, ciężki jest wywód ośmiorakiego szlachectwa nawet wielkim panom.
Rozumiem, żem nie zbłądził od materyi, podciągając pod tytuł pobożności szpital, Montem Pietatis i fundusz dla panien kanoniczek, bo miłość bliźniego, z której pochodzi litość nad nędznymi, jest fundamentem pobożności chrześcijańskiej. A lubo fundacyja panien kanoniczek nie ściąga się do nędznych osób, to się dzieje przypadkiem, który często przewraca dobre zamiary. Intencyja jednak fundatorki była, uważywszy ją ściśle, poratowanie nędznych osób; nie masz bowiem nędzniejszego stanu, jak panny wysoko urodzonej, a bez posagu.
O bractwach to jeszcze mam przydać, iż te miały prócz nabożeństwa szczególnego, każdemu bractwu z osobna służącego, jedną powinność powszechną, to jest, iż zmarłym braciom i siostrom zasłużonym asystowali do pogrzebu z świecami i chorągwiami darmo, tym zaś, którzy nie byli w bractwie albo, choć byli, nie mieli w nim zasług, asystowali za rekwizycyją i zapłatą.
Opisawszy pobożność w pryncypalniejszych jej częściach i widoczniejszych, obracam pióro moje do innych zwyczajów, które także poniekąd – przynajmniej z dobrej intencyi – należałoby do pobożności.