Odpolitycznić samorządy
Poza Rządem Salon24 wpis z 27.07.2009
Łatwo powiedzieć – ktoś powie i pewnie ma racje. Ale czy to powód aby nie mówić. To co, że argumenty są tak przekonywujące:
ordynacja – poza małymi gminami – utrudnia dostanie się do rad osób niezależnych od partii politycznych
partie mają swoje struktury (to co, że rachityczne, skoro wzmacniane rządowymi dotacjami), które ułatwiają im kampanię wyborczą
nawet jak się wybierze jednego czy drugiego, dla którego wazniejsze jest zdanie mieszkańców, a nie towarzyszy z partii (najbardziej nawet prawicowej), dla którego dobro lokalne nie ma nic wspólnego z rozgrywkami w stolicy to i tak zapewne nic zrobić nie będzie mógł – sfrustruje się i tyle.
Wydaje mi sie, że sa jednak i argumenty, które budzą nadzieje:
zdarzało się w wielu gminach, że partyjne komitety przegrywały z lokalnymi inicjatywami tak, że niektóre partie wolą startowac pod szyldem niezależnych
jak w samorządzie uda się zebrać sensownych ludzi to rozwiązywanie lokalnych problemów czasem staje się priorytetem (a nie zwiększenie siły swojej partii lub zmniejszeniem siły partii przeciwnej).
I pewnie bym tego nie pisał, bo choć mówić się o tym nie chce, to jest to dość oczywiste, gdyby nie artykuł w piśmie Nasza Choszczówka:
„Dzielnicy potrzebna jest siła ponadpartyjna”,
który opisuje jak spotkali się „liderzy niepartyjnych organizacji społecznych w Białołęce” i uznali „że polityczny samorząd nie jest w stanie efektywnie działać na rzecz mieszkańców i przyszłości dzielnicy”. Pomysł jest więc taki, iż „pod wspólnym szyldem będą mogli kandydować w wyborach autentyczni społecznicy, znani z wielu dużych i udanych działań dla lokalnej społeczności – ludzie z twarzą, znani i szanowani za swoją pracę dla mieszkańców. Tacy liderzy są natychmiast rozpoznawani i popierani”.
UWAGA. Nie mieszkam w Białołęce, więc nie mam żadnego interesu życzyć tej inicjatywie sukcesu, a życzę z całego serca. A dla tych, którzy lubią partyjne rozgrywki małe przypomnienie z 1999 r.: