Organizacje, apolityczność, lewica...
Poza Rządem Salon24 wpis z 08.01.2010
Tekst Agnieszki Graff w Gazecie Wyborczej na temat organizacji pozarządowych wzbudził we mnie konsternacje. Niby wszystko prawda, ale nie do końca, zaś wnioski jakieś takie niekonkretne..
Ale po kolei. Przede wszystkim nie jestem pewien czy prawdą jest, że problem „NGO-izacji” to temat „raczej na prywatne spotkanie niż na konferencję prasową”. Tak rzeczywiście było jeszcze kilka lat temu, ale dziś? Po takich aferach jak z tzw. ekoharaczami, po wypowiedziach prof. Mirosławy Marody w Tygodniku Europa w 2004 o społeczeństwie postobywatelskim, czy prof. Jana Winieckiego we Wprost określających organizacje pozarządowe jako największego hamulca XXI wieku, stwierdzenie, że organizacje nie zawsze pełnią swoje funkcje, że się biurokratyzują i są „dotacjożercami” naprawdę nie jest nowością. Postawiłbym nawet tezę, ze dziś odwagi wymaga zupełnie inna postawa - bronienie organizacji – niż ich krytyka. Od momentu gdy w 1984 rząd premiera Pawlaka uznał fundacje jako jeden z przejawów przestępczości gospodarczej, powoli narastał głos niezadowolenia. I tu zastrzeżenie. Nie, że chcę bronić organizacji – zdarzało mi się je krytykować wielokrotnie – ale dziś jest już czas na proponowanie rozwiązań, a nie diagnozowanie sytuacji.
Wróćmy do „NGO-izacji”, bo tak naprawdę trudno zrozumieć, czym to zjawisko jest. Zachwycamy się wszechogarniającą komercjalizacją. Osobom i instytucjom, które funkcjonują na rynku bez wystarczających sukcesów, serdecznie współczujemy. Czego chcemy to albo prywatyzacji alibi renacjonalizacji, o uspołecznieniu nikt nawet sie nie zająknie. A jak w tym czarno-białym kontekście organizacje próbują się dostosować to dopiero się obruszamy. Albo cieszmy się z tego, albo powiedzmy sobie wprost – sukces to nie sukces ekonomiczny. Osoby, które nie dają sobie rady w grze rynkowej zasługują na taki sam szacunek, jak te, które z rynku potrafią wyciągają tyle, że nie są wstanie tego przejeść. Zwycięzca nie zawsze ma racje. Jeżeli uznamy te racje jesteśmy w domu. Jeśli nie to zostawmy w spokoju organizacje, które próbują się utrzymać na rynku, które wbrew sobie, ale zgodnie z logiką np. funduszy unijnych, realizują szkolenia, czy poradnictwo. To nie one są winne. Nikt, łącznie z ich członkami, nie kiwnie palcem (a przede wszystkim portfelem), aby ich sukces różnił się od sukcesu zwykłych przejadaczy środków, z których działalności nic specjalnego nie wyniknie. Nie wzięcie głupio zaplanowanych dotacji jest traktowane jak głupota, a nie obywatelska odpowiedzialność. Dają trzeba brać. Więc albo zaczniemy znów szanować Judymów i Siłaczki, za to, że nie osiągają sukcesów, albo zakceptujemy sytuację, że grant decyduje o tym, co NGO będzie robiło.
Ale idźmy dalej. Zmierzmy się z zarzutem apolityczności. Prawda, jak amen w pacierzu, ale poszukiwanie jej w myśleniu dysydenckim lat 80-tych (dlaczego 80-tych a nie 70-tych tego nie wiem dokładnie, ale może to kwestie z zakresu polityki historycznej, więc lepiej od tego z daleka) jest zastanawiająca. Wtedy wszystko było polityczne. Apolityczność znaczyła tyle co dystansowanie się od kwestii władzy, ale poza tym zajmowała się wszystkim co polityczne (od konstytucji, poprzez system represji, do samorządu w przedsiębiorstwie państwowym). To nie apolityczność przed 1989, ale jakaś wolta intelektualna po 1989, sprawiła, że daliśmy się (niewątpliwie z całą odpowiedzialnością mówię my) zepchnąć na margines. To nie granty psują organizacje, tak jak nie łapówki psują biznes. To ci, którzy biorą, choć nie powinni, są winni. A to już są, jeśli nie konkretne osoby, to konkretne instytucje. Z wymienionych przez autorkę organizacji, żadnej akurat nie podejrzewam o bezpośredni udział w tym „procederze”, choć jak sądzę nie umyka to ich uwadze. To nie apolityczność jest winna, ale komercjalizacja.
I tu dochodzimy do obszaru – jak mi się wydaje – na którym rozgrywa się podstawowy problem. Czyje są organizacje pozarządowe? Czy lewica je sobie darowała a prawica przejęła? Czy odwrotnie, to lewica obsadziła tam stanowiska? Kiedyś przedrukowując w ASOCJACJACH fragmenty Przeglądu Społecznego i Przeglądu Politycznego powoływałem się na sformułowanie Kuby Wygnańskiego, że przeciwnikiem sektora pozarządowego nie jest lewica, ani prawica tylko tendencje centralistyczne. I – niezależnie od moich osobistych sympatii – nadal mam przekonanie, że świat organizacji pozarządowych to świat wartości. Różnych wartości, często sprzecznych. Ale nie jest to świat ekonomicznego sukcesu, ani politycznej dominacji. Czy organizacje obronią swoją niezależność? I to niezależność od sfery partyjnej polityki (nie ustępując ani o krok w kwestii, że każdy ma prawo wypowiadać się w kwestiach publicznych i być wysłuchany) i ekonomicznego sukcesu (nie dając się przekonać, że reklama jest ważniejsza od produktu, a zysk ważniejszy od ludzi). Jeżeli obronią swoją niezależność, to w ramach ich działalności będziemy się spierać co jest bardziej społecznie potrzebne, jak lepiej pomóc konkretnej rodzinie. Ale tu są potrzebne organizacje. Nie te skomercjalizowane i nie te upolitycznione. Te, które chcą coś zmienić w naszej rzeczywistości, tak w ekonomii jak i polityce.