Początki Zet-u w Królestwie
Spis treści
Z DZIEJÓW PAMIĘTNEGO "ZETU"
Stefan Surzycki
Źródło
"Myśl Narodowa" nr. 42 i 43 z 1930 r. - Domena Publiczna - śródtytuły historia.ofop.eu
Początki
W LISTOPADZIE r. 1885, na tajnym obchodzie rocznicy Listopadowej, który urządziła sobie młodzież uniwersytecka, z różnych środo- wisk pochodząca, padło hasło utworzenia tajnej organizacji młodzieży akademickiej. Każdy z uczestników obchodu tego zobowiązał się w kole swoich kolegów, pochodzących z gimnazjum, gdzie uzyskali maturę, a stąd lepiej się znali, zorganizować w ciągu dwóch tygodni koło studenckie. Dele- gaci tych kół (z pochodzenia) gimnazjalnych zebrali się po dwu tygodniach i utworzyli t. zw. "Koło Centralne Studentów Uniw. Warszawskiego" z rodzajem Statutu, czy regulaminu, który regulował stosunek poszczególnych Kół gimnazjalnych do Centralnego Koła i określał działalność jego na terenie uniwersyteckim. Centralne Koło miało decydować większością głosów swoich delegatów o wszelkich wystąpieniach młodzieży polskiej na zewnątrz - zwłaszcza w stosunku do władz uniwersyteckich, także w stosunku do innych studentów - moskali lub żydów, podejmowało wspólne sprawy studenckie (inicjatywę w życiu studenckiem i jego organizowaniu: czytelnie, kuchnie studenckie i t. d.). Koło Centralne zbierało się co najmnIej raz na mIeSIąc, czasem częściej, koła zaś gimnazjalne mniej więcej co które tydzień. Z powodów technicznych, to jest braku miejsca, większe koła gimnazjalne rozbijały się na dwa koła, nawet czasem na trzy. Naprzykład Lubliniacy mieli w 1886 r. dwa koła - mniej więcej po 50 członków w każdem, to samo Radomiacy. Kół gimnazjalnych warszawskich było zdaje mi się pięć, bo w I-em (potem Staszica), jako czysto rosyjskiem, nie było wcale Polaków.
Koła prowincjonalne
Te koła prowincjonalne (gimnazjalne) miały swoją autonomję wewnętrzną, miały swoje własne instytucje, jak kuchnie studenckie lub kasy pomocy, wybierały swojego prezesa, który był zarazem delegatem do Centralnego Koła (z zastępcą). Naprzykład: my Lubliniacy posiadaliśmy (wspólnie dwa koła) - wspólną kuchnię własną i kasę pomocy. Pamiętam to dobrze, bo kuchnię tę sam założyłem i jakiś czas prowadziłem. Była w 1886 r. na ulicy Chmielnej Nr. 28, a w 1887 na Brackiej Nr. 11: od podwórza w oficynie dwa duże pokoje.
Tam to, na rocznicy styczniowej w 1887, poznałem Stefana Żeromskiego, zdaje się w mundurze studenta weterynarji, gdy deklamował nam Lubliniakom i zaproszonym delegatom z innych kół - "Grób Agamemnona". Tak. jak dziś, pamiętam tę chwilę - jego czarny duży zarost, głos głęboki, silny i pałające oczy. Taki lokal kuchenny był zarazem czytelnią i klubem naszym - tam się odbywały niekiedy i nasze tajne zebrania, ale niekiedy, gdyż nie chciano na taki lokal ściągać uwagi policji, gdyby częściej były tam zebrania, a chodziło o utrzymanie kuchni własnej, bo to zbliżało jeszcze bardziej nas - Lubliniaków w koleżeńskich serdecznych stosunkach. To samo robiła i wspólna kasa pomocy lubelska - utworzona np. w naszem lubelskiem kole z kilku stypendjów, których się zrzekli koledzy mniej potrzebujący na rzecz kasy pomocy, koledzy, którzy je mogli otrzymać często jako rodzinne lub fundacyjne stypendja. Takie było też polecenie Centralnego Koła, które doprowadziło w końcu 1886 r. do wielkiej scysji w uniwersytecie, gdyż niektórzy stypendyści nie chcieli się zrzec na rzecz swoich kas pomocy takich stypendjów, i trzeba było ich zmuszać do tego pod grozą opinji koleżeńskiej.
Pamiętam doskonale otwarcie tej naszej lubelskiej kuchni kołowej, - jak przybyli na jej otwarcie prezes Centralnego Koła wraz z sekretarzem. Prezesem był wówczas student III-go czy IV-go roku prawa Winawer, a sekretarzem Fabiani (późniejszy dyr. gimnazjum w Radomsku). Winawer zaś był wybrany, choć był żydem, jako gorący opozycjonista narodowy polski. Tenże sam Winawer po skończeniu Uniw. Warsz. pojechał do Petersburga, gdzie go wziął w swoją opiekę Spasowicz (Winawer pracował nad dawnem prawem polskiern) i protegował. Nie przeszkodziło mu to potem stać się rosyjskim kadetem i, jak słyszałem od kolegów, posłów do Dumy, najzacieklejszym wrogiem Polski - zdaje się do końca życia (umarł na emigracji rosyjskiej w Paryżu).
Stosunek do Żydów
Winawer stał na czele delegacji studenckiej, która wyrażała współczucie i protest młodzieży polskiej wobec usunięcia przez rząd rosyjski z uniwersytetu prof. Baranowskiego, on to urządzał i manifestacje młodzieży. Pamiętam go doskonale: był małego wzrostu, z dużą brodą długą - nosił się wielce pysznie jako prezes Centr. Koła i nie spotykał się, jako 'żyd, wówczas z żadną niechęcią-oprócz Koła siedleckiego "Sarmacji", go nieco szykanowało. Wówczas żadnej niechęci wobec żydów studentów w Kole Centralnem nie było, przeciwnie była daleko idąca tolerancja tak, że i kilku żydów delegatów od kół prowincjonalnych (gimnazjalnych) do Centr. Koła pamiętam. Był delegatem zdaje się z któregoś warszawskiego koła Aszkenazy (obecny historyk), który nawet w czasie, gdy po wyjeździe Winawera do Petersburga powołano na prezesa Ludwika Kochanowskiego (Homer), został wybrany na rok sekretarzem Centralnego Koła. Pamiętam go dobrze w tym czasie, bo po nim ja byłem sekretarzem Centr. Koła, a przy nim byłem jego zastępcą; musiałem więc do niego chodzić po protokóły i papiery. W pamięci mi z tych czasów zostało całkowicie przesiąknięte tradycją żydowską urządzenie jego mieszkania: wszędzie tylko portrety i podobizny wybitnych działaczy i filantropów żydowskich, co wówczas, pomimo nakazanej sobie tolerancji żydów, już mocno mnie raziło.
Na zebraniach Centralnego Koła, pomimo jego tajności, nie podnoszono specjalnie spraw polityczno-narodowych, o ile sobie przypominam dlatego, że Koła te gimnazjalne składały się z członków różnych zapatrywań i politycznych i społecznych. Umyślnie nie poruszaliśmy tych spraw, starając się wysuwać raczej sprawy wewnętrznej polityki studenckiej; w kwestjach gospodarczych, samopomocy i t. d. unikaliśmy rozdźwięków, zwłaszcza w kwestji żydowskiej. Pamiętam, że jednak takiem "enfant terrible" który stale na Kole Centralnem występował przeciw Winawerowi, Aschkenazemu i żydom, był delegat "Sarmacji" Wasilkowski (później lekarz, dzielny narodowy działacz, umarł zdaje się zagranicą, czy nie w Serbji). Delegatów żydów, oprócz Winawera i Aschkenazego, było jeszcze kilku na 32 delegatów kół prowincjonalnych, które przystąpiły do Centr. Koła; Wizel (później lekarz), Sterling Sewer (lekarz), Blumental (później publicysta Belmont), który zawsze poprawiał wymawianie swego nazwiska, dając akcent na drugiej zgłosce: Bluméntal, a nie Blumental.
Wogóle do Centralnego Koła za moich czasów w 1886 i 1887 roku należały 32 koła prowincjonalne i około 500 członków, co na owe czasy represyj policyjnych po Apuchtinadzie i ogólnej dosyć niechęci studentów należenia do tajnej organizacji, było ilością znaczną, pomimo że ta organizacja tajna była w poczynaniach swoich politycznych bardzo umiarkowana. My, którzyśmy utworzyli tę organizację i ją prowadzili, czuliśmy, że jej wówczas do żadnej żywszej akcji narodowo-politycznej na razie użyć nie możemy, że wystarcza już, jeżeli jest i może kierować opinją uniwersytecką i że powoli można ją będzie rozbudować, zwłaszcza w kierunku oddziaływania na kółka, powstałe w gimnazjach, organizując w nich przez wyszłych z nich studentów uniwersytetu nauczanie historji i literatury polskiej, rozbudzając w nich ducha polskiego. Trzeba się było liczyć z tern, że po niedawnej historji z Apuchtinem relegowano z Uniwersytetu najżywsze narodowe elementy, że więc wszystko było przyduszone, co po relegacjach zostało w Uniwersytecie i dopiero nowy nasz narybek z 1885 i 1886 r. niósł więcej żywszego ruchu narodowego do UnIwersytetu. PamIętam, że na obchodzIe pogrzebowym Kraszewskiego już było znacznie żywiej, że już narodowcy manifestowali wówczas mocniej swoje uczucia narodowe, że już pewna większa z nas grupa udała się do restaurącji na I piętrze na rogu Ordynackiej i Nowego Swiatu, ażeby wyrazić Popławskiemu i M. Bohuszowi, jako redaktorom "Głosu", swoją solidarność z nimi. Bałamuctwa socjalistyczne krążyły wśród młodzieży i pewne żywioły od niej przyciągały - były to czasy "proletarjatu" i jego procesu (1886) z Bardowskim, Kunickim, Waryńskim i t. d. - ale ogół młodzieży był pozatem apolityczny.
Misja Zygmunta Balickiego
W owym to czasie, w listopadzie 1886 r. zjawił się tajemniczy delegat młodzieży polskiej z zagranicy pod nazwą Karczewskiego; był nim Zygmunt Balicki. Ponieważ był on ongiś w lubelskiem gimnazjum, więc zgłosił się do delegata I Koła Lubelskiego, Antoniego Kośmińskiego, którego znał z dzieciństwa i do Antoniego Bielińskiego (mieszkał Bieliński na stancji w Lublinie u rodziców Zygmunta) i powoli badał grunt. Chodzili razem na salę szermierki - i wówczas w rozmowach z Bielińskim i Kośmińskim zaczął Balicki wysuwać plan zorganizowania całej młodzieży polskiej, gdziekolwiek ona jest, do pracy narodowej na terenie uniwersyteckim, a potem w kraju.
Znałem i ja Zygmunta Balickiego z czasów gimnazjalnych, a więc potem po paru tygodniach i ja wziąłem udział w tych rozmowach, gdyż mieszkałem razem z Bielińskim w jednym pokoju na ulicy Złotej nr. 36 czy 34 (ówczesny). W tym to pokoju odbyły się pierwsze nasze rozmowy o tej sprawie i tam zaczęliśmy omawiać, jak tę sprawę należy wprowadzić na obrady Centralnego Koła, którego członkami byliśmy obaj: Kośmiński i Bieliński z I Koła Lubelskiego, a ja z II Koła Lubelskiego. Porozumieliśmy się jesz ze z kilkoma bliższymi kolegami, z Kośmińskim Antonim (a nie Stanisławem, Antoniego zwano "Wnuczkiem", a Stanisława "Dz;adkiem"), z Ludwikiem Kochanowskim (Homerem), z Czekalskim (późniejszym literatem), z Chełchowskim Stanisławem (delegatem Koła przyrodników w Centr. Kole).
Wybór delegacji do Krakowa
Trzeba było działać b. ostrożnie, bo nie byliśmy pewni wszystkich członków Centr. Koła, jak przyjmą podobną akcję o charakterze niepodległościowym na zewnątrz, gdy dotychczas ograniczali się tylko do pracy na wewnętrznym terenie. Trzeba więc było po kolei tych, którzy nam się wydawali żywszymi pod względem narodowym, osobno każdego obrabiać i do tej myśli zjednoczenia całej młodzieży polskiej narodowego kierunku przyciągnąć. To się udało - mieliśmy zapewnioną większość. Pamiętam, pominęliśmy celowo żydów, zdaje się oprócz Sterlinga. Aschkenazy, Wizel i inni o celach bliższych tego zrzeszenia ogólnopolskiego nie byli powiadomieni.
Na koniec listopada 1886 r. Kochanowski zwołał Centralne Koło do mojego mieszkania na Złotej i zaprosił Karczewskiego (pod tem nazwiskiem) dla wyłożenia tego planu zrzeszenia ogólnego. Dzisiaj wydawać się może nieco dziwnem to ostrożne działanie wśród samej młodzieży, ale taki był wówczas jeszcze niepewny nastrój młodzieży do tego rodzaju szeroko sięgających poczynań.
Karczewski przybył, wspaniale i jędrnie przemówił, ale zgodnie z naszą radą ostrożnie namawiając tylko Centralne Koło do wysłania delegatów na Zjazd prowizoryczny w styczniu 1887 r. (a więc za kilka tygodni) do Krakowa, gdzie miano się porozumieć tylko, czy wogóle da się takiego zrzeszenie ogólne zorganizować i na jakich podstawach; o celach politycznych narodowych mówiono tam stosunkowo oględnie, żeby nie przerażać niektórych wyraźnem postawieniem dążenia do niepodległości Polski i działaniem młodzieży w tym kierunku. Pamiętam, że dyskusja była bardzo burz- liwa, gdyż odzywały się głosy, żeby pozostać przy obecnej uniwersyteckiej działalności w zakresie skromnym: gospodarczym, oświatowym i samopomocy. O ile pamiętam i Aschkenazy i Wizel nie byli za wysłaniem delegacji do Krakowa, a jeżeli miano wysyłać, to raczej dla obserwacji tylko i zdania potem sprawy. Centralne Koło wówczas większością głosów uchwaliło wysłać jako delegatów na ten Zjazd Krakowski: prezesa Kochanowskiego, Antoniego Kośmińskiego i Czekaiskiego, a jako zastępcę, gdyby kto z nich nie mógł pojechać, mnie. Mieliśmy instrukcję: przyjrzeć się tej pracy i zdać sprawę po powrocie Centr. Kołu, które poweźmie wówczas decyzję. ,
W pierwszej połowie stycznia 1887 r. wróciliśmy ze świąt do Warszawy i wówczas pokazało się, że Czekalski wskutek zaziębienia jechać nie może i pojechaliśmy we trzech: Kochanowski, Kośmiński i ja.
Koło katalogowe
Do Koła Centralnego nie należało wtenczas "Koło katalogowe". Należeli tam przeważnie radykali, a raczej socjaliści teoretyczni, jak nazywano ich, "czerwoni", którzy do "białego" (jak je nazywano) Centr. Koła należeć nawet nie chcieli i którzy zabawiali się raczej teoretycznie socjalizmem, układając nigdy nieskończony, zdaje się, katalog dla samouków. Przypuszczam, że rozumowany podręcznik dla samouków Michalskiego Stanisława z tego źródła powstał. Należeli do tego Koła Katalogowego najbardziej wyrobieni myślowo studenci. O ile sobie przypominam, bo miałem z nimi potem bliższe po powstaniu Z-etu stosunki, było ich koło 25 - 30; z nazwisk przypominam sobie tylko: Dąbrowskiego Wiesława (obecnie lekarza), Dąbrowskiego Ignacego (lekarza), Harusewicza Jana (lekarza), Sacewicza Kazimierza (lekarza), Białobrzeskiego (lekarza), Offenberga Jana (lekarza), Troczewskiego Ant. (lekarza), Eberharda (matematyka, późniejszego wiceministra kolej), Kozerskiego Tadeusza (prawnika - siedział w Cytadeli wówczas za stosunki jakieś z Proletarjatem), Szaniawskiego (lekarza), Łazowskiego (lekarza). Innych nazwisk nie przypominam sobie.
Katalogowcy nie byli międzynarodowcami i to ich odróżniało od "proletarjatczyków", którzy byli czystymi międzynarodowcami, z odrazą i nienawiścią odnoszącymi się wówczas do narodowych id ej i do sprawy niepodległości Polski. Związek z młodzieżą rewolucyjną rosyjską oddalał "proletarjatczyków" od polskiej młodzieży narodowej, jakimi byliśmy w Centr. Kole, od "białych". Socjaliści ówcześni, a na ich czele stał Daszyński Feliks (brat Ignacego), zagranicą, ze swoją "Walką klas", byli zdecydowanymi antynarodowcami i nie uznawali niepodległości Polski.
To też Karczewski (Balicki Zygm.) nie mógł trafić do nich przez Centr. Koło, tylko musiał z nimi osobno traktować, ażeby też wysłali swego delegata, jakby od "czerwonych", zbliżonych jednakże do narodowych idej, a nie wrogich im, jak "proletarjatczycy", do których nie było poco się zwracać. Udało mu się katalogowców namówić na wysłanie delegata, którym został Harusewicz. Miał on jechać osobno.
Zjazd
Zjazd był postanowiony na 13 lub 14 stycznia - wyjechaliśmy 12 stycznia rano o 6-tej - w Strzemieszycach przy dzwonku stacyjnym miał stać człowiek z przepustkami dla nas 3-ch, Harusewicz jechał w innym wagonie. W Strzemieszycach wyskoczył po te przepustki Antek Kośmiński, tymczasem nikogo nie było, a nie miał już czasu wskoczyć do nas do wagonu, pozostał w Strzemieszycach, myśmy zaś pojechali obaj z Kochanowskim do granicy. Tam, nie mając przepustek, musieliśmy symulować, że przyjechaliśmy tu do granicy w okolice do znajomych. Jednak żandarmi po jakimś czasie zaczęli nas przypierać do muru, skąd jesteśmy, do kogo przyjechaliśmy. Musieliśmy zmyślić, że do p. Rykowskiego, ojca naszego kolegi, który o niczem nie wiedział, że koni nie wysłano po nas i t. d. Tymczasem widzieliśmy, jak Harusewicz siedział już w wagonie, odjeżdżającym do Krakowa. powiedział nam potem w Krakowie, że wcisnął rubla w łapę żandarmowi i ten go puścił bez przepustki. Musieliśmy obaj z Kochanowskim, wyrzuceni przez żandarmów koło 4-ej popołudniu z dworca na granicy, pójść piechotą, brnąc w śniegu, lasem do gminy Niemcy koło granicy i ledwie w nocy dobrnęliśmy do owego p. Rykowskiego, któregośmy wcale nie znali. Ten jednak ujrzawszy dwu zmarzniętych studentów, po ojcowsku się nami zajął, ugościł, a że był starym powstańcem z 1848 r., domyślił się, że to jakaś konspiracyjna sprawa i na drugi dzień przepustki na Modrzejów nam znalazł (na Granicę wobec znających nas żandarmów już nie można było). Odnaleźliśmy w Strzemieszycach Kośmińskiego i z nim pod noc do Krakowa udaliśmy się. Było to w nocy z 13 na 14 stycznia 1887 r. W Krakowie rano 14 go zeszliśmy się w umówionem przez Zygmunta Balickiego miejscu, to jest w mieszkaniu jego krewnego Aurelego Balińskiego, powstańca i poety, na ulicy Batorego nr. 24 czy 26, parter. Trzeba było wobec policji austrjackiej, która o wszystkich poruszeniach młodzieży donosiła policji rosyjskiej, także b. ostrożnie w Krakowie postępować. To też nie chodziliśmy na żadne większe zebrania młodzieży, ani do Czytelni Akademickiej, żeby uwagi nie zwracać. Na Zjeździe tym znaleźli się oprócz nas 4 ech (z Harusewiczem razem, który reprezentował młodzież czerwieńszą), ze Lwowa Zygmunt Seweryn (stud. politechn.), z krakowskiej młodzieży - Jan Homolicki i Pietkiewicz (imienia nie pamiętam - obaj z zaboru rosyjskiego), z Instytutu Puławskiego - Jackowski, zdaje się na imię Aleksander i od zagranicznej młodzieży - Zygmunt Balicki (pod nazwą Karczewskiego, gdyż był przedtem wydalony z Austrji). Ta dziewiątka była też zaczątkiem Z-etu Balicki przedstawił już prawie gotowy projekt Statutu nowego Związku Młodzieży Polskiej, który, dyskutując miejscami nawet bardzo zajadle, gdy chodziło o działania społeczne i narodowe, po dwuch dniach przyjęto i zaraz go na kilka egzemplarzy na cieniutkim papierze przepisano dla przeniesienia zagranicę. W pierwszym artykule Statutu organizacyjnego, oczywiście tajnego, pamiętam, był taki ustęp mówiący o zasadniczym charakterze Związku: "Z. Mł. P. dąży do niepodległości Polski i stoi na gruncie sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej".
Zapisy statutu
Poczem szło w następnych artykułów szczegółowe wyjaśnienie, co Związek ma rozumieć pod tą sprawiedliwością polityczną, narodową i społeczną. Pojęte to było w zakresie bardzo szerokim, oczywiście teoretycznym, gdyż warunki ówczesne nie pozwalały nawet w wielu punktach i marzyć o realizacji współczesnej tej sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej. Chodziło tutaj o wytyczne idealne, a mniej praktyczne, chyba w odniesieniu do traktowania innych narodowości, wyznań, klas społecznych w stosunku do sprawy polskiej - obecnie, i w przyszłości w Polsce niepodległej.
Gdyśmy te artykuły układali w stosunku do Polski niepodległej, to wydawały się one nam wówczas, nieabstrakcją, ale czemś żywem, żyjącem, takiem co lada chwila się może spełnić, że jest to jakby nowa Ewangelja narodowa dla Polski, którą mamy odtąd wszystkim opowiadać -- a zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Balicki, który te punkty sformułował i w konsekwentnym logicznym związku je nam wyłożył, wydawał się nam jakimś prorokiem narodowym, które na nowe życie nas wprowadza. Nie pamiętam później w życiu chwili wznioślejszej, chyba dostanie się - 1891 r. do X pawi- lonu Cytadeli. Czułem, że przeżywam jakąś niezmierną historyczną chwilę, która się więcej nie powtórzy już taką, jaką wówczas była, że staję się współuczestnikiem jakiegoś wielkiego narodowego czynu, który ma przerodzić cały naród. Biła ogromna siła i powaga z tych artykułów Satutu Związkowego, które mówiły, jak ma młodzież polska przeobrazić dotychczasowe swe życie w służbę stałą narodowi, jak ma się do tej służby teraz wśród studjów przygotowywać i co ma już teraz z tej służby spełniać.
Było tam doskonałe psychologiczne ujęcie duszy młodej, z jej pragnieniami i tęsknotami, i wciągnięcie jej w surowe jarzmo obowiązku pracy dla tej przyszłej Polski Niepodległej, która wysiłkami naszemi musi stanąć. Były to poprostu nakreślone i wytyczone kanony, według których mieliśmy dalej żyć i pracować i to w wyrazach nie patetycznych, tkliwych, napuszonych, lecz w formie zwykłych rozkazów, jakby wojskowych. Stosunek do kolegów, bliższych, dalszych, do społeczeństwa własnego w jego różnych warstwach, do społeczeństw obcych, żyjących w Polsce - stosunek do wiary, do moralności - wszystko tam było poruszone i określone w sposób kategoryczny, rozstrzygający, bez pozostawiania pola do wątpliwości- pod kątem widzenia służby dla sprawy polskiej. Określone i wyznaczone były wyraźnie tereny pracy wśród młodzieży własnej, starszej, młodszej, obcej narodowo, wśród włościan, wśród robotników, wśród inteligencji i jej różnych zawodów, jak zajmować placówki służby na tych terenach, ażeby sprawie narodowej jaknajskuteczniej służyć.
Cała struktura organizacji miała charakter służbowy, prawie że wojskowy - stąd i wprowadzenie celowe hierarchji organizacyjnej, która swoją tajemniczością i dyscypliną musiała pociągać i olśniewać młode umysły świeże, niezblazowane, które takiej hierarchji łaknęły i chętnie jej zwykle posłuch dawały. Na czele stał Centralny Komitet Z-etu dla wszystkich grup lokalnych uniwersyteckich, czy innych wyższych szkół akademickich, które wybierały też oprócz tego swoje lokalne zarządy. Centralny Komitet, inaczej zwany Centralizacją Z-etu (na podobieństwo Centralizacji Emigracyjnej swego czasu), był wybierany na Centralnym rocznym Zjeździe delegatów wszystkich grup lokalnych akademickich, wysyłających po jednym 2-ch lub 3-ch od tych grup, zależnie od ilości członków danej grupy. Tylko jeden członek Centralizacji był jawnym i jawnie wybieranym - reszta ich, (a było ich 5-ciu) to jest 4-ch w tajnem głosowaniu na ręce jawnego członka, najpierw wybieranego, który zawiadamiał poufnie owych 4-ch o ich wyborze do Centralnego Komitetu.
Zasada tajności
Ta zasada tajności przy wyborach była utrzymana i przy wyborach w Komitetach lokalnych grup akademickich i niższych, ażeby ochronić i zapawnić lepsze bezpieczeństwo organizacji od wykrycia przez policję. - Istotnie ta metoda dała dobre rezultaty - i policja austrjacka, rosyjska i pruska nie dotarły nigdy do sedna organizacji, pomimo że wpadły jej w ręce takie łub inne fragmenty organizacyjne. Pamiętam, że gdy siedziałem w 1891 r. w Cytadeli Warszawskiej, aresztowany przez żandarmerję rosyjską na polecenie Departamentu policji z Petersburga, do której znów wpłynęło doniesienie na mnie austrjackiej policji z Krakowa, to prowadzący wówczas śledztwo kapitan źandarmerji von Płotto (późniejszy generał, który następnie zginął od bomby w Radomiu), czytając mi te doniesienia policji lub sprawozdania z Sądu w Krakowie, dotyczące sprawy kolegi Machajskiego, brata Z-etowego, o przygotowywaniu wraz ze mną pierwszego obchodu 3-go maja w Warszawie (takie sprawy wówczas były wysoce karygodne politycznie) nie mógł nic konkretnego zarzucić, bo nie wiele wiedział o Z-ecie i jego organizacji, choć mieliśmy wówczas w kwietniu 1891 tajny zjazd prowincjonalny Z-etu galicyjskiego w Krakowie, pod okiem policji krakowskiej, czującej, że coś się robi, ale nie wiedzącej ściślej, kto i co robi.
Zasadą było organizacyjną przy formowaniu władz i ustalaniu stosunków organizacyjnych w Z e- cie, że każdy członek Organizacji ma wiedzieć tylko tyle o sprawach i stosunkach organizacyjnych, zwłaszcza personalnych, ile dla sprawy jest potrzebne - nie więcej, i znać tylko tych, z którymi musiał mieć bezpośrednie stosunki. To chroniło w pewnym stopniu od niepotrzebnego gadulstwa, mogącego dojść i do policji, a przy ewentualnych aresztowaniach znacznie zwężało krąg aresztowanych, bo znali nie wielu innych członków.
Kręgi wtajemniczenia
Organizacja Z-etu posiadała członków w trzech kondygnacjach, z tem, że tylko najwyższa - t.zw. "Bracia" wiedzieli o 2-ch niższych: średniej "Towarzyszach" i najniższej "Kolegach", ale ci znów o nich ("Braciach") nie wiedzieli: "Koledzy" nie wiedzieli o "Towarzyszach" i "Braciach", "Towarzysze" zaś o "Braciach". Miało to pozory masońskie, tem bardziej, że były ustanowione pewne znaki, po których się członkowie tych 3-ch stopni poznawali. Statut zaś organizacyjny był w stosunku do tej zasady względnej znajomości sprawy także ułożony: osobny dla "Kolegów", osobny dla "Towarzyszy", osobny dla "Braci".
Oczywiście zasady ideowe były wszędzie jednakowo przedstawione, ale już metody pracy były odmienne ułożone dla każdego z tych stopni: Koledzy widzieli tylko, że należą do organizacji z władzą tajną, z którą ich pośrednikiem jest w każdej grupie t. zw. »starszy kolega". Ten "starszy kolega" należał do grupy "Towarzyskiej", z której został przez nią wyznaczony do kierowania daną grupą "Kolegów", który też przed swą grupą "Towarzyszy" składał sprawozdanie z pracy swojej grupy "Kolegów", którą prowadził. Tak samo było w grupach" Towarzyszów": prowadzili je osobno wyznaczeni przez wyższą Władzę tajną-"Starsi Towarzysze", którzy musieli należyć do stopnia "Braci" i w grupie "Braci" składali sprawozdania z pracy swej grupy "Towarzyszów". Jeżeli te grupy "Kolegów" lub "Towarzyszów" były niezbyt liczne, to zbierały się razem, to jest w grupie "Kolegów"- wszyscy "Koledzy" wraz z właściwymi "Towarzyszami" i nawet "Braćmi", którzy dla "Kolegów" byli tylko "Kolegami", a w grupie "Towarzyszów"- "Towarzysze" i "Bracia", nieznani jako tacy, "Towarzyszami". Jeżeli zaś było zbyt wielu członków, tak, że wówczas dyskusja i sprawozdania byłyby zbyt trudne technicznie, to grupy rozpadały się na mniejsze według pracy, jaką podejmowały: a więc włościańskiej, robotniczej, inteligencji i t. d. Stwarzało to pewne niedogodności: Bracia i Towarzysze oprócz zebrań swoich własnych grup braterskich lub towarzyskich, musieli mieć zebrania z kolegami koleżeńskie i to pochłaniało masę czasu, ale dawało za to pożądany wpływ i oddziaływanie moralne i intelektualne na poszczególne grupy i przez to ochroniło grupy od rozbieżności oraz pozwalało lepiej poznawać członków w ich pracy, a stąd i ich kwalifikacje do przejścia do grupy wyższej.
Poszczególni członkowie Z-etu dostawali polecenia od swojego "Starszego" (czy to "Kolegę", czy "Towarzysza"), do jakiej pracy mają należeć, i wówczas tworzyli dla danej pracy, z innymi do niej przeznaczonymi, odpowiednią sekcję pracy. W takiej specjalizacji pracy, wyrabiali się powoli coraz lepiej i przez to później w życiu społecznem mieli pewne większe wyrobienie zawodowe w danej pracy społecznej, czy to w oświatowej wiejskiej, czy miejskiej, czy w pracy zawodowej robotniczej itd. To było b. ważne dla późniejszej pracy społecznej i narodowej, na prowincji zwłaszcza, po skończeniu lub wyjściu ze Szkoły Akademickiej. Ta potężna sprawna siła, jaka już w dziewięć lat potem ujawniła się w działaniach tajnej organizacji narodowej, czy to w Królestwie, czy w zaborze pruskim a nawet i w Galicji (tu przy jawności pracy społecznej i narodowej najmniej to było potrzebne), która obok stworzenia ogromnej odporności wobec naszych wrogów, obok zorganizowania systematycznej, sprawnej pracy społecznej w różnych kierunkach, dała i ogromną siłę polityczną dla tej tajnej organizacji narodowej (wybory do Dumy, Sejmu pruskiego), była wynikiem poprostu tego przeszkolenia w Z-ecie wielu pracowników, o którem mówię, przygotowała i potem ten potężny obóz narodowy, jaki przez .40 .lat aż do dnia dzisiejszego w Polsce prowadzIł i prowadzi pracę narodową. W Z-ecie tkwiły jego korzenIe.
Taki był ogólny zarys organizacyjny Z-etu, jaki ułożyliśmy na Zjeździe Krakowski w styczniu 1887, później poprawiony i uzupełnIony. nIeco, ale w głównej swej osnowie pozostał prawie nIezmIenIony.
Pamiętam, z jaką dumą zaszywałem w rękaw ten zwitek wałeczkowy papieru, na którym na 3-ch arkusikach była spisana nasza "Ewangelja" młodzieńcza chcąc ją szczęśliwie przewieść przez dobrze strżeżoną granicę pruską w Katowicach i rosyjską w Sosnowcu. U dało się szczęśliwie. Przyjechawszy zabraliśmy się zaraz do roboty w mIeszkaniu Harusewicza, który mieszkał w tymże domu na Złotej w oficynie. Chodziło o to, ażeby wybrać odpowiednich ludzi najpierw do "Braci", a z nimi potem do "Towarzyszy" i do "Kolegów". Wtenczas bliżej zapoznałem się z Harusewiczem i wówczas nabrałem już wielkiego szacunku dla niego z powodu jego niezmiernej ścisłości i obowiązkowości, które robiły pozór wielkiej surowości, a to był gołębiej prostoty człowIek. Z wIelką obiektywnością i subtelnością dokonywał oceny swoich kolegów bliższych i przyjaciół z koła katologowego dla przyjęcia do "Towarzyszy", .a tembardziej "Braci", a potem przy wyborze jawnego członka Centralizacji i Warszawskiego KomItetu.
Praca nad organizacją tych grup i wyznaczaniem im roboty, zajęła nam kilka tygodni, ale po miesiącu organizacja warszawska była gotowa - Wciągnięto około 100 członków ogółem w tych 3 stopniach. Zapał ogarnął wszystkich przyjętych- czuli oni, że coś nowego zaczyna się w ich życiu i w życiu narodowem. Wobec Centralnego Koła złożyliśmy bardzo ogólne sprawozdanIe o odbyciu Zjazdu, o wymienionych. tam poglądach, ale nIe wpomnieliśmy o utworzeniu organIzacji Z-etu, gdyż nie chcieliśmy Centr. Koła niczem wiązać z Z-etm, a uważaliśmy je tylko za cenny surowy materjał, z którego mieliśmy brać lepszych do Z-etu, ażeby kierować organizacją Centralnego Koła. I to się zupełnie udało. Wrotce większość delegatów do Centr. Koła była w Z-ecie.
Zet w Halle i w Lipsku
W organizacji Warszawskiej pozostawałem do listopada 1887, gdyż zostałem nagle wydalony z Uniwersytetu Warszawskiego bez prawa wstąpienia do innych, rozkazem ówczesnego MInIstra Oświaty Deljanowa za "polityczną nieprawomyślność" (politiczeskuju niebłagonadiożnost). Z począku nie mogłem zrozumieć, o co chodziło, bo mnIe nie aresztowano, później przez brata swojego w Petersburgu dowiedziałem się, że zostałem zadenuncjowany przez policję krakowską, która doniosła, że przywiozłem w lecie 1887 do Krakowa adres młodzieży polskiej do T. T. Jeża w 50-lecIe ogłoszenia odezwy Towarzystwa Demokratycznego w Paryżu (emigracyjnego), jako do ostatniego wraz z Janowskim żyjącego członka Centralizacji owego, już nie istniejącego, Towarzystwa. Istotnie, tak było i byłem nawet autorem tego adresu, który przewiozłem w lecie 1887 r. do Krakowa, ażeby po podpisaniu przez krakowską młodzież wysłać do Jeża. Tymczasem mało zakonspirowana młodzież krakowska nie umiała utrzymać tego adresu w tajemnicy - zdaje się przez swoich szpiegów wśród młodzieży w Czytelni Akademickiej policja się o tem dowiedziała adres skonfiskowała i odesłała do Namiestnictwa' do Lwowa (zapewne gdzieś tam w aktach leży), relację zaś o mnie, jako o prawdopodobnym propagatorze adresu w .WarszawIe, do Petersburga doniosła. W notatce bowIem w Departamencie policji w Petersburgu mieścił się passus, że adres ten był "prestupnago" sodierżanja. Nie mogąc być przyjętym do żadnego uniwersytetu w Rosji - chciałem wyjechać zagranIcę, ale mI paszportu nie dano. Musiałem więc wejść w życie praktyczne (stąd z prawa przerzuciłem się. na rolnictwo), pójść na praktykę rolniczą, stąd i wystąpić formalnie z Z-etu, a wstąpić do tworzonej wówczas już organizacji narodowej tajnej.
Dopiero w 1889 r. w jesieni uzyskałem paszport zagraniczny i wstąpiłem do Akademji Dublańskiej gdzie wstąpiłem napowrót do Z-etu, a gdy po roku wydalony z Akademji z powodów politycznych na życzenie namiestnictwa Iwowskiego, przeniosłem się wraz z 5 również wydalonymI ze mną kolegami, do Uniwersytetu w Halle, tam założyłem grupę Z-etu. Wracając po roku 1890/91 w sierpniu 1891 r. do domu z Halli, zostałem aresztowany przez żandarmerję rosyjską na skutek znów, jak się dowiedziałem na śledztwie w Cytadeli, denuncjacji policji krakowskIej, z rozkazu Departamentu policji w Petersburgu, przesiedzIałem się kilka miesięcy w X pawilonie, wypuszczony zostałem za kaucją - i tu mnie o Z-et się dopytywano.
Przez 2 1/2 lata oczekiwałem na wolności wyroku który przyszedł z Petersburga w listopadzie 1893' r., gdy pracowałem, jako rolnik, w Ihnatyczach u Jelskich w Mińszczyźnie. Ostrzeżony przez Janka Popławskiego o zapadłym wyroku, który mnie podobno skazywał na 3 lata Krestów, a potem na wygnanie na 3 lata do Wiąckiej guberni, uciekłem przy pomocy Janka zagranicę przez stację pograniczną Wieruszów w gub. kaliskIej, gdzie przeprowadził mnie nas kolega z Z-etu Nepom. Godlewski, lekarz tamtejszy. Uciekłem do Krakowa, chcąc tutaj wstąpić na utworzone wówczas Studjum Rolnicze. Nie przyjęty, także z powodów politycznych, musiałem wyjechać do Lipska i tam wstąpiłem bez przeszkody na tamtejsze Studjum Rolnicze, przyjęty pod opiekę rektora i dyrektora Studjum, prof. Kirchnera, ażeby nIe być wydanym policji rosyjskiej. Tu też założyłem grupę Z-etu. W Lipsku w 1896 r. doktoryzowałem się i wróciłem do Krakowa. Stąd więc byłem obznajmiony z tokiem spraw w Z-ecie aż do 1899 r. i miałem sposobność poznać bliżej wielu wybitniejszych potem Polaków. Byłem wtenczas w korespondecji, będąc w 1891 r. w HallI, ze Stanisławem Grabskim, który wówczas był redaktorem socjalistycznej "Gazety Robotniczej", wytykając Jej, że nie stoi na narodowem polsklem stanowisku, a jest organem polskIm nIemIeckiej socjal-demokracji, co bardzo ubodło redakację "Gazety Robotniczej".
Zetowcy w innych partiach
Niedawno b prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski, powiedział mu wprost: "Znamy się z Z-etu". Zdaje się, widziałem go na Zjeździe jakimś w Warszawie. Widocznie należał w czasie swoich studjów szwajcarskich do Z-etu, bo tę przynależność swoją, nawet do grupy "Braci", dobrze pamiętał. Powiedział mi bowiem w lipcu 1927 r., gdy przyjeżdżał do Krakowa obejmować odemnie Dyekcję Instytutu Spółdzielczego i gdyśmy te wspomnienia o Z-ecie, siedząc na obiedzie u Hawełki, odnawiali, w obecności mojego asystenta Dr. Kłapkowskiego, "a wie pan, gdy zostałem prezydentem, mianowałem wojewodami dwóch dawnych braci: Stefana Bądzyńskiego- wojewodą białostoc- kim, a Pękosławskiego wojewodą kieleckim". Mówił następnie, że już potem (zdaje się, po wyjeździe ze Szwajcarji) nie należał do Z-etu i wtedy zapewne przeniósł się do P. P. S.
Ze starych obecnych socjalistów, Daszyńskiego i in. - nie pamiętam, żeby ktokolwiek należał do Z-etu; odpychała nas od nich ich międzynarodowość antynarodowa, z której dopiero po Zjeździe swoim paryskim zaczęli nieco wyłazić. Ale za to wśród N. P. R. są dawni Z-etowcy, z których pomocą Liga założyła później Narodowy Związek Robotniczy. Z Piastowców nie pamiętam nikogo;- może gdzie byli - weszło ich kilku potem do Ligi, ale nie przez uprzedni pobyt w Z-ecie.
Oto garść wspomnień, naprędce spisanych.
Inne informacje
zob. ZET