Polityka personalna
Poza Rządem Salon24 wpis z 13.01.2009
O tym jak się uprawia politykę w Polsce AD 2009 wiele już napisano. Pytaniem, na które ciągle nie znalazłem odpowiedzi, jest jednak problem dlaczego tak jest. Prosta hipoteza mówi, że to wina polityków - są kiepscy i dlatego kiepską mamy politykę. Jest jednak też inna - politycy nic nie mogą (jedynie tworzyć coraz to nowe fakty medialne - typu co to jest prostytuowanie się w polityce), a w istocie wszystko zależy od urzędników. Osobną kwestią czy są oni polityczni czy apolityczni, ale to oni w istocie mają wpływ i to coraz większy na decyzje i ich realizację (o tym więcej może kiedy indziej). Jest też inne wytłumaczenie. Jest jak jest, bo takie zachowanie jest w istocie najskuteczniejsze. Możemy się denerwować, że ktoś nie dotrzymuje danego słowa, zmienia zdanie (równie często jak partie) czy też decyzję, ale nic mu za to nie możemy (jako obywatele) zrobić. Po co on (polityk, urzędnik) ma się nami przejmować, jeśli jego sukces zależy od zupełnie innych czynników niż nasze samopoczucie.
Ale chciałbym do tych hipotez dorzucić jeszcze jedną, która mówi, że to my, obywatele jesteśmy trochę współwinni. To my obywatele przymykamy oczy na drobne "uproszczenia w procedurze", bardziej zainteresowani jesteśmy tym, aby nasza sprawa była załatwiona niż to, że załatwiona została w sposób nie do końca zgodny z procedurami.
Przykładów jest wiele, za każdym razem słyszę. Nie warto pisać pism, występować formalnie. Znajdź tego kto odpowiada za dana sprawę i wytłumacz mu o co chodzi. I dodam od razu, ze nie chodzi tu o żadne łapówki. Po prostu urzędnicy są w zasadzie dobrzy i przyjaźni, ale trzeba ich oświecić, wyjaśnić, porozmawiać.
A ja chciałbym inaczej, aby takie przyjacielskie rozmowy nie miały żadnego wpływu na decyzje urzędniczą, aby przychylność polityka nie zdobywało się ujmującym zachowaniem podczas rozmowy, ale argumentami merytorycznymi, zgłoszonymi w formalny sposób. Że nigdy nie uda się wyeliminować prywatnych sympatii i antypatii poszczególnego polityka czy urzędnika to jasne, chciałbym jednak wierzyć, że dobry polityk i urzędnik z zasady potrafi wynieść się ponad swoje guściki i zgodnie z prawem podejmować merytoryczne decyzje.
Zastanawiam się jak często poszczególni urzędnicy, po mniej lub bardziej prywatnej rozmowie, podejmują decyzję np. o wpisaniu lub wykreśleniu jakiegoś fragmentu dokumentu (chociażby w Rocznych Planach Działań - dokumentach, które decydują na jakich zasadach będą przekazywane środki unijne w kolejnym roku) i czym to się w ostatecznym rozrachunku różni (mówię o kwestii moralnej a nie karnej) od słynnego "lub czasopisma". Jestem przekonany, że dokąd będzie społeczne przyzwolenie (przecież to dla słusznego celu) na nieformalne działania władzy, tak długo ta władza będzie to robiła i to z przekonaniem, że zrobiła coś dobrego (zareagowała na skargi obywateli czy obywatela).
Tu anegdotka przytoczona na jednym z publicznych spotkań przez jednego z urzędników - Minister spotyka się na kawce z przyjacielem, który mówi mu o jakiś problemie, a następnie minister przekonany o wadze przeprowadzonych przez siebie "konsultacji" społecznej (w końcu komu ma ufać jak nie przyjacielowi), wymyśla zmianę ustawy jako sposób zaradzenia katastrofie. Sukces pełen.