Polskie społeczeństwo i transformacja: zakończony proces?
Piotr Frączak Konspekt wypowiedzi wygłoszonej w trakcie dyskusji zorganizowanaej przez Ambasadę Królestwa Niderlandów oraz Fundację im. Stefana Batorego, która odbyła się 27 września 2007 r. w Warszawie
Notka opublikowana na Salon24 19.06.2008
Spis treści
Wprowadzenie
Mówiąc o transformacji często jednym słowem opisujemy dwa różne zjawiska – dlatego warto rozróżnić pojęcia transition i transformation. Pierwsze jest po prostu przejściem z jednego systemu do drugiego (czyli np. pomysłem na przekształcenie realnego socjalizmu w zachodni kapitalizm), drugie jest procesem zmian, których kierunek nie jest dobrze określony, jest budowaniem czegoś nowego. Można by rzec – upraszczając w sposób znaczny istotę polskiej transformacji – że w sferze projektu przemian (i to nie tylko ze strony polityków, ale i większości społeczeństwa) mieliśmy wizję prostego (nawet jeśli z założenia okupionego koniecznością poświęceń) transition, zaś w praktyce mamy do czynienia z dość chaotyczną transformation.
Występuję tu w roli praktyka, który patrzy na te procesy w kategoriach budowy społeczeństwa obywatelskiego, czyli trzeciego – obok gospodarczego i politycznego – wymiaru tego, co prof. Morawski definiował jako „tworzenia się i krystalizowania nowych reguł”. Właśnie w kontekście społeczeństwa obywatelskiego jako instytucjonalizacji społeczno-kulturowej, a więc w dużej mierze sektora organizacji pozarządowych, chciałem zwrócić uwagę na trzy obszary, które według mnie stają się kluczowe dla tego procesu i powodują, że w istocie transformacja z punktu widzenia społeczeństwa obywatelskiego jest w Polsce ciągle jeszcze niedokończonym procesem. Co więcej, ciągle nie wiemy, w jakim kierunku dążymy, co wpływa wyraźnie na efekty transformacji również w innych obszarach, takich jak gospodarczy czy polityczny ład instytucjonalny. Te trzy obszary to:
- Brak wizji kierunku przemian, a co za tym idzie, brak debaty.
- Pomocniczość na odwrót, czyli sytuacja, gdy władza określa kształt społeczeństwa.
- Raczej odgórny niż oddolny proces samoorganizacji, czyli dialog bez partnerów.
Wizja kierunku przemian, czyli byle do przodu
Bezideowość polskiej transformacji po 1989 roku była wyraźna. Powszechne przekonanie, że mamy do czynienia po prostu z przejściem z jednego systemu do drugiego, było
- z jednej strony zadziwiające – z uwagi na fakt, iż to właśnie polskie społeczeństwo lat osiemdziesiątych formułowało najbardziej śmiałe wizje społecznej przemiany,
- z drugiej strony zrozumiałe – z uwagi na fakt, że system poprzedni był wprowadzany odgórnie i wydawało się, że wystarczy go jedynie rozmontować, by Polska wróciła na typową dla Zachodu ścieżkę rozwoju. Widać to wyraźnie w wypowiedziach zachodnich obserwatorów „jesieni ludów”. Ash dla przykładu mówił, że „idee, których czas nadszedł, są stare, dobrze znane i sprawdzone”, Dahrendorf, że „rewolucja w Europie nie ma w sobie elementu walki o nowe ideały”. Claus Offe pisał z kolei: „wstrząs ten stanowi przykład rewolucji pozbawionej historycznego wzoru i teorii”.
Wydaje się, że miało to – i ma do dziś – daleko idące konsekwencje. W debacie politycznej często usprawiedliwia się popełnione błędy nieprzygotowaniem opozycji w 89 roku do przejęcia władzy. Według mnie dotyczy to właśnie braku wizji raczej niż braku umiejętności. To ten brak wizji spowodował, że zerwana została więź między przywódcami a tymi, których reprezentowali. I mniej dotyczyło to całego procesu niezbyt demokratycznych metod odbudowy struktur Solidarności, zakulisowych rozmów w Magdalence, ale raczej tego, co prof. Gliński nazywa „zdradą elit”. W 1980 r. wszelkie rozmowy z władzą były transmitowane przez radiowęzeł, po 1989 właściwie przestano się komunikować ze społeczeństwem. Do załatwienia bowiem były tylko techniczne kwestie, nie było o czym dyskutować.
Za tym szło coś więcej, niechęć do wszelkich eksperymentów, do nowości. Tu dobrym przykładem był stosunek do samorządu pracowniczego i wszelkich form własności pracowniczej, który wynikał przecież głównie z założeń ideowych i braku zaufania do pracowników przedsiębiorstw państwowych. Podobnie było z ideą komitetów obywatelskich, które w sferze politycznej próbowały tworzyć nową (obywatelską) jakość, ale przegrały z tradycyjnym, jedynie partyjnym postrzeganiem demokracji.
Mieliśmy więc do czynienia ze zjawiskiem, które określił Stefan Bratkowski „pozostawieniem ludzi na ulicy”, czyli zostawieniem ich samym sobie, w sytuacji gdy trudny proces transformacji, ale także dziedzictwo komunizmu, wymagały szerokich działań edukacyjnych, włączających. Ukróciło to jakąkolwiek debatę publiczną, bo poza problemami ideowymi (jak np. legalność aborcji) nawet teoretyczna debata o przystąpieniu do Unii Europejskiej miała raczej wymiar propagandowy niż rzeczowej dyskusji. A dziś silnie odczuwamy brak demokratycznego wykształcenia i umiejętności prowadzenia debaty. Ta potrzeba refleksji nie objęła niestety również sektora pozarządowego, który nie odwoływał się do własnych tradycji (ani tych przedwojennych, ani z okresu pierwszej Solidarności, ani nawet aktywności podziemnej z lat 80.). Raczej bezdyskusyjnie przejmował wzorce zachodnie.
Pomocniczość na odwrót
Ten brak wizji kierunku rozwoju Polski. Zachwyt polityków, że weszliśmy do NATO i Unii Europejskiej wskazuje właśnie na brak zrozumienia, że można być w Unii czy w strukturach NATO z silnym lub słabym społeczeństwem obywatelskim, z przyjazną i nieprzyjazną obywatelowi władzą. Ten brak debaty publicznej, a więc w istocie bezalternatywność wprowadzanych rozwiązań, powoduje wiele zamieszania, choćby brak skrystalizowania sceny politycznej (która przecież do tej pory nie potrafi się ustabilizować w oparciu o jakieś klarowne paradygmaty – dla wielu nie jest ciągle jasne, kto jest bardziej liberalny – PO czy SLD, kto jest bardziej prospołeczny – PIS czy SLD, kto jest bardziej „transformacyjny” – PIS czy PO? Charakter dzisiejszej kampanii wyborczej, gdzie merytoryczne argumenty nie tylko przestały odgrywać rolę, ale w ogóle zaczynają być pomijane, jest przerażający.
A jednak społeczeństwo musiało się organizować. Tyle że nie w oparciu o realne interesy, których artykulacja była utrudniona (często zresztą uważano to za atak na transformację). A jeżeli nie o realne interesy, to w oparciu o co? Oczywiście, po pierwsze, w oparciu o resentymenty. Tu przykład Samoobrony i hasła „Balcerowicz musi odejść” jest chyba symboliczny. Jednak drugim obszarem samoorganizacji były doraźne interesy związane m.in. z polityką społeczną. Tu dochodzimy do organizacji pozarządowych, które pozarządowe są coraz bardziej z nazwy. Spontaniczny ruch budowania instytucji społeczeństwa obywatelskiego z uwagi na słabość społeczeństwa (chodzi tu o brak poparcia zarówno finansowego, jak i moralnego) w dużej mierze stymulowany był i profilowany przez dostępne środki. Jeżeli popatrzymy np. na burzliwy rozwój branży pomocy społecznej, szczególnie w zakresie świadczenia usług, to więcej jest w tym efektu stosowanych polityk, czy nawet bardziej prozaicznie – właśnie dostępnych środków, niż oddolnej, spontanicznej aktywności. Cała maszyna wsparcia dla obywateli jest ukierunkowana na taki profesjonalny model świadczenia usług, a nie na rozwój oddolnego, prawdziwie obywatelskiego zaangażowania (efekty wprowadzenia ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie świadczą o tym wymownie). Nic dziwnego, że dla wielu przedstawicieli administracji pomocniczość oznacza pomoc, jaką władza może uzyskać od obywateli.
Instytucje bez treści, czyli dziwny dialog społeczny
Oczywiście nie jest tak, że nie ma u nas przykładów dobrych lokalnych organizacji, opartych na społecznej aktywności, że nie mamy organizacji rzeczniczych z prawdziwego zdarzenia, że nie działają instytucje kontrolujące władzę. Jednak tych prawdziwie obywatelskich inicjatyw, które potrafią z władzą rozmawiać nie o własnych interesach, a o rozwiązywaniu problemów, jest stanowczo za mało. A przecież od samego początku transformacji sektor pozarządowy pozostaje pod silną presją tworzenia własnej reprezentacji. Bez zaplecza w postaci licznych, silnych organizacji podstawowych sektor musiał podejmować wspólne decyzje. I to nie tylko w obronie swoich interesów, ale także w obronie interesów obywateli – w kwestii prawa do zrzeszania się, udziału w debacie publicznej, reprezentowania osób wykluczonych społecznie.
Przez wiele lat system ten funkcjonował w oparciu o doraźne działania podejmowane przez poszczególne osoby czy instytucje. Od 2003 roku mamy do czynienia z procesem kształtowania się reprezentacji w postaci Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych. Ponieważ reprezentuję tę organizację, nie chcę oceniać jej działalności, ale z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, iż proces instytucjonalizacji tej formy reprezentacji daleki jest od zakończenia. Podobna sytuacja jest w innych, regionalnych czy branżowych federacjach. To proces na lata, a każde przyspieszenie wiąże się z niebezpieczeństwami. Cóż, kiedy transformacja nie będzie czekać, aż sektor okrzepnie, wypracuje skuteczne mechanizmy. Mamy sytuację, gdy przedstawiciele organizacji pozarządowych muszą nie tylko brać udział w skomplikowanych konsultacjach, ale i dialogu obywatelskim rozumianym jako udział w podejmowaniu ważnych decyzji. Takim miejscem, gdzie głos organizacji może być znaczący, są np. Komitety Monitorujące Programów Operacyjnych. Niestety, zarówno doświadczenia udziału przedstawicieli organizacji w Komitetach w poprzednim okresie programowania, jak i słabość sektora w trakcie wyborów do obecnych Komitetów (nieliczne głosy poparcia, brak zainteresowania) powodują, że być może i ta forma uczestnictwa przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego w debacie publicznej może okazać się jedynie działalnością pozorną. Jako Federacja robimy wiele, aby tak się nie stało, choćby poprzez tworzenie zaplecza dla działań tych przedstawicieli, którzy dostali się już do tych ciał. Jednak bez zainteresowania organizacji, bez ich aktywności, bez poczucia wspólnoty i wizji docelowej wykorzystanie i tej możliwości może się okazać bardzo trudne, a efekty znikome.
Podsumowując:
Transformacja w sferze społeczno-kulturalnej się nie dokonała. Mimo że procesy zmian są bardzo głębokie, to nie ma jasności, jaki kształt instytucjonalny wyłania się z tego procesu. Nie mamy jasnej wizji miejsca społeczeństwa obywatelskiego w państwie (nadal nie jest wyraźnie rozgraniczona sfera obowiązku państwa od przestrzeni dla aktywności obywatelskiej – choćby w służbie zdrowia czy pomocy społecznej).
Po drugie, co prawda mamy już w jakimś sensie ukształtowane struktury społeczeństwa obywatelskiego, ale
- z jednej strony nie bardzo odzwierciedlają one rzeczywiste potrzeby czy nawet możliwości obywateli, o czym świadczy choćby niskie zaangażowanie społeczeństwa w działalność NGO.
- z drugiej zaś są przystosowane raczej do realizacji doraźnych celów wyznaczanych polityką (a co za tym idzie określonymi środkami finansowymi) samorządu, państwa czy Unii Europejskiej, co łatwo może skutkować załamaniem się ich w sytuacji nawet drobnych zmian w dostępie do środków publicznych..
Po trzecie zaś, struktura reprezentacji społeczeństwa obywatelskiego tworzy się w dużej części w oparciu nie o potrzeby i samoorganizację, ale o procedury i mechanizmy zewnętrzne dla instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Może to oznaczać jego wzmocnienie poprzez korporacyjne włączenie w system społeczno-polityczny, ale może także zwiększyć alienację struktur i brak rzeczywistego zaplecza społecznego.
Jednym słowem, pytanie, jakie może być społeczeństwo obywatelskie w Polsce, pozostaje pytaniem otwartym.