Porozmawiajmy o spółdzielczości

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Poza Rządem Salon24 wpis z 13.01.2011

Niezrozumienie istoty spółdzielczości często wynika z tego, że traktuje się ją jako coś, co powinno mieć własną jednoznaczną logikę. Na czym polega ta cała działalność spółdzielcza? – pytają ci, dla których spółdzielczość to relikt realnego socjalizmu. Co zyskuję na wstąpieniu na spółdzielni? – pytają Ci, którzy spółdzielnie traktują jak kolejny pomysł na pomnażanie kapitału bez własnego zaangażowania. A odpowiedź wcale nie jest łatwa. To tak, jakby ktoś spytał, na czym polega ta cała działalność gospodarcza? Na zarabianiu pieniędzy? Dobrze, ale co ma wspólnego huta produkująca stal z fryzjerem? Podobnie jest ze spółdzielniami. Są to przedsiębiorstwa, które zarabiają pieniądze dzięki wspólnej aktywności swoich członków, ale każda przecież inaczej. Co więcej, zrozumienie ich istoty możliwe jest na prostym przykładzie. Wystarczy np. że spojrzymy na rodzinę jako taki wzór (pierwowzór) spółdzielni. W końcu na tym, że jesteśmy razem wszyscy korzystamy.

Po pierwsze wspólnie korzystamy z pewnych dóbr. Gdyby każdy członek naszej rodziny miał sam sobie kupić mieszkanie, swój telewizor, samochód, sedes, wannę i kuchenkę gazową, koszt naszego funkcjonowania wzrósłby niepomiernie. Na tym, że używamy wspólnego sprzętu po prostu oszczędzamy. Niczym innym jest wspólne zakupienie przez rolników sprzętu do prac polowych, bo gdyby każdy kupił swój, to po pierwsze byłoby drożej, po drugie sprzęt nie byłby wystarczająco wykorzystany.

Po drugie na tej naszej wspólnej kuchence gotujemy wspólnie zupę. Oszczędzamy czas na zakupach (co by było, gdyby każde z nas musiało pójść na bazar po zakupy dla siebie?) , na gotowaniu (jedno gotuje - reszta robi inne rzeczy), a i jakieś pieniądze na bardziej hurtowych zakupach da się zaoszczędzić. Wyobraźmy sobie zresztą te zakupy: dwa ziemniaki, ćwierć pęczka włoszczyzny, pół puszki fasolki (bo tyle jest potrzebne na zupę dla jednej osoby).

Po trzecie wspólnie gospodarujemy pieniędzmi. Sam przelew za mieszkanie, gdyby każdy z nas musiał wpłacać osobno, znacznie podwyższyłby nasze koszty. A tak - wspólnie uzbierane oszczędności mogą przynieść nam większe odsetki. Możemy też za wspólne pieniądze kupić coś, na co każdego członka rodziny z osobna nie byłoby stać.

Po czwarte wreszcie harmonijna współpraca w rodzinie nam się opłaca. O wiele szybciej idzie sprzątanie, gdy mamy kogoś do pomocy; gdy przy wieszaniu półki ktoś może nam podać narzędzie lub zwyczajnie spojrzeć „czy jest prosto”. Policzmy, ile kosztowałoby nas to wszystko, gdybyśmy domowników traktowali nie jak współgospodarzy (właścicieli), ale najemnych pracowników do sprzątania, gotowania, remontu itp.

Każde z tych działań się nam opłaca. Powoduje, że rodzina jest „konkurencyjna”. Spółdzielnie to również takie „rodziny”, które swoje przewagi konkurencyjne budują na wspólnym gospodarowaniu czy wspólnych działaniach. (...)

Słyszę już te głosy: ależ co to za filozofia?! Przecież każdy wie, że kiedy połączy się kapitały, to otrzyma się większy kapitał; jeśli coś robi się wspólnie, to robota idzie szybciej; oszczędniej jest wymieniać się sprzętem, niż go kupować itp. itd. Jeżeli też tak myślicie, to znaczy…, że rozumiecie już istotę spółdzielni i dziwię się, jeśli nie jesteście członkiem co najmniej jednej z nich. Jeżeli jednak uważacie, że łączenie kapitałów to pomnażanie ryzyka, wolicie zrobić coś samemu („bo inni zrobią to gorzej”), wyznajecie zasadę „lepsze ciasne, ale własne” w przekonaniu, że przecież ten drugi nie uszanuje wspólnej własności, to musicie jeszcze trochę popracować. Popracować nad sobą, ale i ludźmi, z którymi moglibyście współpracować. I dopiero wtedy wstąpić do spółdzielni!

Całość wpisu na www.ekonomiaspoleczna.pl