Potrzebna nam prawdziwa samoorganizacja
Poza Rządem Salon24 wpis z 09.12.2015
Edward Abramowski przed I Wojną Światową uznawał Polaków "za materiał, z którego ktoś inny urabia rozmaite formy" i twierdził, iż "przy każdej sposobności ofiarowywaliśmy siebie: zróbcie z nas to lub owo, zróbcie z nas społeczeństwo konstytucyjne, demokratyczne, zreformujcie nam szkoły i szpitale, ochrońcie nas przed nędzą i wyzyskiem. Cała mądrość polityczna zawierała się w tych prośbach czy żądaniach reformy. Wszystkie ideały chyliły się przed jednym: Państwa - opatrzności. Ono miało za nas myśleć i działać, miało nas karmić, uczyć, uzdrawiać, chronić. I to się nazywała u nas <<demokracja>>".
W kwietniu 2014 napisałem - nawiązując do tradycji Abramowskiego - tekst Potrzebna nowa zmowa! Powołajmy Towarzystwo Kooperatystów ,w którym nawoływałem aby bardziej skupić się na samoorganizacji niż na żądaniu od państwa dobrych ustaw i więcej pieniędzy. Idea, mimo dobrego odzewu utknęła w sporach stowarzyszenie czy spółdzielnia, ale istota problemu pozostało. Jesteśmy jako społeczeństwo - co by o tym nie mówić - uzależnieni od administracji. A przecież naprawdę nie ma przeciwskazań by zakładać społeczne szkoły niezgadzające się z linią władzy (mogą być narodowe, katolickie, neutralne światopoglądowo, ateistyczne itp), niezależne inicjatywy kulturalne i naukowe, społeczne formy niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej, itd, itp. Na twierdzenie, że nie ma pieniędzy i póki nie dostaniemy ich od państwa nic się nie uda - można albo się zgodzić i założyć ręce, albo powiedzieć, że nasze zdrowie, wychowanie naszych dzieci, zaspokojenie naszych potrzeb kulturalnych i duchowych nie mogą być zależne od decyzji polityków czy urzędników.
Samoorganizacja nie jest prosta. Po pierwsze trzeba coś samemu dać, a nie czekać aż nam dadzą. Po drugie wymaga wzięcia za siebie odpowiedzialności. Po trzecie wymaga dogadania się z innymi i współpracy, a indywidualnego lansowania siebie. Jednak na dłuższą metę, liczoną w dekadach, a nie tygodniach liczyć się będzie prawdziwa samoorganizacja, która nie jest robiona za pieniądze sponsorów, unijne itp. Czy jesteśmy gotowi, czy poza opowiedzeniem się po jednej lub drugiej stronie kolejnych konfliktów potrafimy zrobić coś konstruktywnego. Coś co przetrwa ten, następny i jeszcze następny rząd. Coś, co będziemy mogli przypisać sami sobie a nie łaskawości władzy czy wielkich korporacji? Co będzie naprawdę nasze?
Warto pochylić się nad doświadczeniami II Rzeczypospolitej aby zobaczyć, że jest to możliwe.