Prywatyzować czy uspołeczniać?
Poza Rządem Salon24 wpis z 01.08.2008
Serwis Samorządowy PAP podał informację, że Zarząd Główny Związku Nauczycielstwa Polskiego "25 lipca br. zwrócił się do Prokuratury Krajowej i Centralnego Biura Antykorupcyjnego o zbadanie legalności działań Burmistrza Miasta Jarocina Adama Pawlickiego. ZNP zarzuca burmistrzowi, że likwidując publiczne placówki oświatowe, dla których jest organem prowadzącym i przekazując je stowarzyszeniu, w którym pełni funkcję przewodniczącego komisji rewizyjnej, popełnia czyny noszące znamiona korupcji."
Pomijając kwestie dotyczące konfliktu interesów (a przecież, cokolwiek by powiedzieć, taki konflikt istnieje) sprawa jest dużo ważniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Dotyczy bowiem systemu przemiany struktury własnościowej w Polsce po 1989 roku. Pojęciem, które wyznaczać ma obszar debaty publicznej (czy może poprawniej byłoby powiedzieć politycznej), jest słowo prywatyzacja. Jedni twierdzą, że prywatyzacja jest zbyt powolna i to jest problem, inni, że nieudolna. Część chce zachować państwową własność, inni prywatyzować, ale tak, aby własność prywatna została w polskich rękach. W debacie tej pojawia się jeszcze pojęcie uwłaszczenia, ale właściwie tylko w kontekście uwłaszczenia (się) na majątku publicznym starej czy nowej nomenklatury. Uwłaszczenie obywateli, i owszem, pojawiło się również, ale w kontekście ich prywatnej własności, a nie własności wspólnej, czyli dobra wspólnego. Albo prywatne, albo państwowe... i chciałoby się za Kierkegaardem dodać... "będziesz i tego, i tego żałował". Bo trzeba wyraźnie powiedzieć, że nawet spółdzielniom zabrano to, co było (i na całym świecie ciągle jest) podstawą spółdzielczości - własność społeczną. Kiedyś, choćby w przedwojennej ustawie o spółdzielczości (jednej z lepszych w świecie, co nie dziwi z uwagi na rolę, jaką spółdzielczość odegrała w odzyskaniu niepodległości - i odbudowaniu niepodległego państwa - na początku ubiegłego wieku) spółdzielnia tworzyła wspólny majątek, który nie mógł być dzielony pomiędzy członków, a w razie zamknięcia spółdzielni miał być przekazany na inne, podobne działania. Dziś zamykając spółdzielnię członkowie dzielą się jej majątkiem.
To już lepiej jest w stowarzyszeniach i fundacjach, gdzie zdobyty majątek nie może być podzielony między członków (czy fundatorów), ale ma - przynajmniej teoretycznie - pracować na cel społeczny. Jednak i organizacje pozarządowe nie mają łatwo. Administracja, która doskonale rozumie ideę prywatyzacji, do uspołecznienia podchodzi jak do jeża. Byle organizacja - zajmująca się np. pomocą chorym dzieciom - się nie wzbogaciła albo, broń Boże, nie otrzymała na własność jakiegos majątku. Często za pieniądze publiczne finansowany jest wynajem pomieszczeń czy sprzętu, który w perspektywie (czasem nawet jednego projektu) przekracza ewentualne koszty zakupu. Ale przy wynajmie zarobi jakaś firma prywatna, a tak stowarzyszenie bedzie coś miało i czyje to bedzie? Prezesa? W pierwszym okresie transformacji takie podejście było widoczne np. w nastawieniu do idei fundacji prywatyzacyjnych .
Czy oznacza to, że nie toczy się proces uspołecznienia majatku państwowego? Wydaje się, że wspomniany wyżej przykład szkół (w tym cały ruch małych szkół) pokazuje, że jest tak nie jest. Że na majątku publicznym uwłaszcza się nie osoba prywatna, która swoje zyski przeznaczy na własny uzytek, a instytucja, która wygenerowany dochód przeznaczy na cele społeczne. Można o tym dyskutować, ale nie można uważać, że dylematu - sprywatyzowac czy uspołecznić - nie ma. Jednak tak jak czasem mamy do czynienia z dziką (a więc niekontrolowaną) prywatyzacją, tak bez społecznej kontroli dobrych unormowań mamy do czynienia z dzikim uspołecznieniem. Tak było choćby z niektórymi organizacjami (tak fundacjami, jak i stowarzyszeniami) pozarzadowymi przy placówkach budżetowych. Niektóre z nich żerowały na majątku publicznym i czasem (nie zawsze - to trzeba wyraźnie podkreślić) były tylko formą przejściową do dalszej dzikiej prywatyzacji.
Cóż więc robić? Jasne jest, że i przy uspołecznieniu tak jak przy prywatyzacji może dochodzić do nieprawidłowości. Sam proces tworzenia się - własności społecznej, o czym pisałem np. w Kwartalniku Ekonomia Społeczna nr 3 - może oznaczać wiele problemów i wątpliwości. Nie jest jednak tak, że lepiej zostawić to wszystko w rękach administracji lub w rękach prywatnych. Własność społeczna może być dobrym uzupełnieniem systemu własności, o ile przestaniemy ją dyskryminować.
Tekst ten ukazał się również na http://jaobywatel.pl/forum