Stracony republikanizm czy chłopska nieufność

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Poza Rządem Salon24 notka z 19.06.2008

W naszej debacie publicznej, a właściwie przy jej braku, coraz częściej pojawiają się tezy o wyraźnym konflikcie między republikańską tradycją a liberalną rzeczywistością. Jako przykład można wskazać choćby teksty pojawiające się wokół debat podejmowanych w ramach tzw. Kongresu Obywatelskiego (Gawin, Staniłko, Zarycki). Trudno nie przyznać racji takiemu podejściu. Nie chodzi tu zresztą jedynie o te zupełnie zapomniane republikańskie tradycje związane z tradycją Rzeczypospolitej Obojga Narodów – pierwszej i unikatowej republiki stworzonej na taką skalę. Ale także zupełnie inne tradycje związane w Polsce z pracą na rzecz niepodległości, a więc nie tyle z walką o prawa jednostki, ale przede wszystkim o prawa wspólnoty. Społeczeństwo obywatelskie – trzymajmy się tej nazwy – budowane było przeciw państwu (choćby słynna „Zmowa powszechna przeciwko rządowi” Edwarda Abramowskiego, którego 90. rocznica śmierci przechodzi właśnie właściwie bez echa). I nie należy tego utożsamiać jedynie z negatywnymi skutkami braku poszanowania dla instytucji państwowych (jak wielu uważa), ale przede wszystkim z tym, że tamte działania miały swój wymiar „zbiorowego obowiązku”.

W 1989 roku podejście takie zostało zanegowane. I to, trzeba wyraźnie podkreślić, nie tylko przez elity, ale po prostu przez większość społeczeństwa. Celem republikańskiego sposobu tworzenia społeczeństwa obywatelskiego przeciw państwu okazało się społeczeństwo liberalne, celem zbiorowego wysiłku był banalny indywidualizm. Można tego nie popierać, ale trzeba to zrozumieć. W tej próbie sił, w której – póki co – wygrywa bezdyskusyjnie przyjmowana (i zazwyczaj bardzo banalnie rozumiana) wizja społeczeństwa obywatelskiego jako społeczeństwa obywatelskich wolności (praw, w tym praw socjalnych), a nie obywatelskiego obowiązku, odpowiedzialności za wspólnotę (na różnych zresztą poziomach – od lokalnej do międzynarodowej).

W tym kontekście wydaje się czasem, że jeszcze tylko organizacje pozarządowe próbują myśleć w kategoriach zaangażowanego, odpowiedzialnego obywatelstwa. W dokumencie zaakceptowanym na IV Ogólnopolskim Forum Inicjatyw Pozarządowych czytamy, że „Społeczeństwo obywatelskie jest pewnym typem środowiska moralnego, umożliwiającym wszechstronny rozwój człowieka jako istoty społecznej, zdolnej do nawiązywania i podtrzymywania, nawet wbrew przeciwnościom, solidarnej więzi z innymi i zdolnej do realizacji zespołu idei demokratycznych – opartych na godności, rozumie, wolności i odpowiedzialności. Wartości takich nie da się jednak ustalać czysto administracyjnie czy politycznie”. Więcej por. Wizja Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Tezę powyższej mniej więcej treści wygłosiłem jakiś miesiąc temu. 15-16 maja odbyła się bowiem konferencja RADY EKONOMICZNE I SPOŁECZNE W KRAJACH UNII EUROPEJSKIEJ JAKO INSTYTUCJE DIALOGU OBYWATELSKIEGO zorganizowanej przez Akademię Ekonomiczną im. Karola Adamieckiego w Katowicach. Konferencja była międzynarodowa, dość specjalistyczna, więc bez masowego audytorium. Jednak jako wprowadzenie odbyła się tam dyskusja panelowa „Społeczeństwo obywatelskie w krajach Unii Europejskiej”, która choćby ze względu na panelistów, m.in. takich, jak Ks. Adam Boniecki – Redaktor Naczelny Tygodnika Powszechnego, Andrzej Wielowieyski – były Wicemarszałek Senatu, Stefan Wilkanowicz – Przewodniczący Fundacji Kultury Chrześcijańskiej „Znak”, musiała mieć bardziej ogólny charakter. Ja zostałem poproszony o naświetlenie w tej dyskusji punktu widzenia organizacji pozarządowych i próbowałem pokazać problemy, z jakimi borykają się organizacje pozarządowe w tym naszym nie do końca jeszcze obywatelskim „społeczeństwie obywatelskim”. Nie mogłem więc nie wspomnieć, między innymi, o braku tożsamości i tradycji w ruchu obywatelskim.

Ku mojemu zdziwieniu w wypowiedzi wicemarszałka Wielowieyskiego (ale nie tylko) pojawiła się polemiczna teza, wedle której za brak tradycji społeczeństwa obywatelskiego w dużej mierze odpowiada nie tyle zagubiona republikańska tradycja (jak się wydaje, rozumiana przez niego jako szlacheckie warcholstwo), ale poddańcza bierność chłopa polskiego, który nie miał wystarczająco wiele czasu, by pozbyć się pańszczyźnianej mentalności. Mentalności, którą w sposób znaczący wzmocniła jeszcze walka z podejmowanymi przez komunistów próbami kolektywizacji w latach pięćdziesiątych. Oznaczałoby to, że nasze narodowe rozdwojenie jaźni, nasza nieufność, nasz brak zaangażowania społecznego nie wynika z zapatrzenia się na kraje wysoko rozwinięte i prób doskoczenia do ich poziomu bez specjalnego wysiłku, na przykład poprzez przejmowanie form instytucjonalnych bez zrozumienia ich treści wypracowanej przez lata. Nie moglibyśmy wówczas już więcej narzekać na wpływy zewnętrzne, lecz w sobie szukać przyczyny naszej bierności. Oczywiście można powiedzieć: „nie patrzmy wstecz, weźmy się do roboty, zastanówmy się, jak mobilizować, angażować, aktywizować”. Ale przecież właśnie od diagnozy zależy, jakie zaaplikujemy lekarstwo. Czy szukać w przeszłości inspiracji, budować nasze myślenie odwołując się do narodowej tradycji rzeczypospolitej szlacheckiej, czy wręcz przeciwnie, jak XIX-wieczna inteligencja, iść „w lud” z modernizacyjną wizją postępu, by odkupić winy ojców. To chyba dwie różne drogi, być może należy podążać nimi równolegle, niewątpliwie jednak obie wymagają naszego namysłu i wysiłku. Nie może to być na pewno proste naśladowanie innych, ale poszukiwanie własnej drogi.