Tradycje partycypacji - trzecia droga, trzecia siła czy trzeci sektor
Animacja Życia Publicznego nr 1-2/2010
Mówiąc o tradycjach partycypacji nie możemy nie odwołać się do historii działań reformatorskich, które oddolnie, mocą społecznej aktywności przyczyniały się do kształtowania dzisiejszej demokracji, dzisiejszych systemów socjalnych, dzisiejszych koncepcji włączania obywateli w system społeczno-polityczny. To właśnie także w średniowiecznych bractwach, w rybackich maszoperiach, instytucjach pomocy wzajemnej, w pierwszych inicjatywach spółdzielczych i późniejszych formach samoorganizacji, doświadczeniach rewolucji doszukiwać się możemy zarówno form ekonomicznej, ale i politycznej emancypacji obywateli
Spis treści
- 1 Ład korporacyjny
- 2 Tworzenie się nowego społeczeństwa
- 3 Ewolucja czy rewolucja
- 4 Przełom wieku
- 5 Państwo opiekuńcze czy totalitarne?
- 6 Rewolucja uczestnictwa – kryzys państwa opiekuńczego i państwa realnego socjalizmu
- 7 W poszukiwaniu tradycji
- 8 Słowa, słowa, słowa
- 9 Czy rewolucja może czegoś uczyć?
- 10 Dwa modele, dwa procesy
- 11 Literatura wykorzystana:
Ład korporacyjny
Trudno mówić o dzisiejszych organizacjach pozarządowych bez odwołania się do feudalnego systemu korporacyjnego. Wynika to z faktu, iż tworzył się on i ostatecznie ukształtował w oparciu o skomplikowaną strukturę zrzeszeń i instytucji (takich jak np. fundacje). I nie wydają się przesadzone głosy, jak choćby historyka Nourrissona, który stwierdził, iż „wszystkie ważniejsze osiągnięcia w średniowiecznym życiu politycznym i gospodarczym opierają się na różnych formach stowarzyszeń”. Zresztą taka forma samoorganizacji mogła być dobrym wzorcem, i była, dla szukających rozwiązania problemów XIX wiecznego kapitalizmu. I trzeba tu powiedzieć, że do wzoru średniowiecznych korporacji odwoływał się nie tylko Kościół Katolicki i konserwatyści w swoich wizjach solidaryzmu i korporacjonizmu (tu punktem odniesienia jest oczywiście encyklika Piusa XI Quadragesimo anno z 1931 roku). Do tych tradycji odwoływali się także zdeklarowani przeciwnicy religii i zwolennicy postępu jak choćby Karol Kautsky, który w klasztorach widział pierwowzór „stowarzyszeń wytwórczych proletariuszów naszych czasów”, bo jak te „były próbą rozwiązania »kwestii socjalnej« dla pewnego ograniczonego kółka własnymi siłami uczestników”, czy anarchista książę Kropotkin, odwołujący się do wzorów pomocy wzajemnej w miastach średniowiecznych. Jednak to, co wydaje się jeszcze ważniejsze i dla czego nie sposób mówić o dzisiejszych organizacjach bez odwołania się do tamtych czasów, to fakt, iż wiele z instytucji z czasów średniowiecza przetrwało i wpisało sie w działalność społeczną w wiekach następnych, a niektóre z nich pełnią istotne rolę do dnia dzisiejszego. To w średniowieczu również korzenie ma, co stwierdza Pankoke „[k]onstrukcja prawna niezależnej »osobowości korporacyjnej«, zinstytucjonalizowana w tradycyjnych fundacjach (Stiftungen) – niezależnych zarówno od interesów politycznych aktualnego rządu, jak i od interesów prywatnych ich założycieli lub członków – miała stanowić pierwotną formę autonomii instytucjonalnej”.
W dziejach reformacji i kontrreformacji (choć oczywiście wojny religijne trudno uznać za dobre doświadczenia), w rozwoju świeckich bractw, konkurencyjnej działalności niektórych zakonów (np. o prym nad oświatą) widzimy początki pluralizmu. To przecież w łonie angielskich gmin wyznaniowych w pierwszej połowie XVIII w. można szukać pierwowzorów współczesnych organizacji rzeczniczych, które zdaniem Daniela Grinberga „walcząc o równouprawnienie religijne, wykorzystywały wszystkie podstawowe techniki działania dzisiejszych stowarzyszeń – propagandę ustną i pisemną, petycje, działania kuluarowe w Parlamencie”, co zostało przeniesione twórczo na kontynent amerykański. Wpływu na rozwój dzisiejszych organizacji dopatrywać się będziemy również w doświadczeniach związanych z prądami umysłowymi oświecenia (np. różnego rodzaju towarzystwa naukowe z jednej i loże wolnomularskie z drugiej strony), a ówczesne doświadczenia bractw czeladniczych wyprzedzały tworzące się stowarzyszenia robotnicze.
Tworzenie się nowego społeczeństwa
Niewątpliwie jednak za symboliczną cezurę oddzielającą „tradycje dawnej kultury wspólnotowej Europy” od „aktywnego społeczeństwa czasów dzisiejszych” możemy uznać rok 1789. Jak pisze Pankoke „Nowoczesne przejawy zaangażowania obywatelskiego mają swe korzenie w epoce rewolucji europejskich (1789-1848)”. Jednak początki były trudne, a wprowadzany na przełomie wieków XVIII i XIX w krajach Europy zakaz stowarzyszania się – wynikający m.in. z niechęci przedstawicieli nowego ładu do średniowiecznych form korporacyjnych, a także ze strachu przedstawicieli ancien régime przed rewolucją – miał zasadnicze znaczenie dla rodzących się rozwiązań. Dość przypomnieć, iż w Wielkiej Brytanii obowiązywał on do 1824 roku, podczas gdy we Francji – formalnie – do początków XX wieku (ustawa z 1901 roku). Jak twierdzi Kazimierz Sowa: „Nie pozostało to bez wpływu na życie społeczne. Francja była najbardziej rewolucyjnym krajem XIX stulecia, podczas gdy Anglia, która wcześniej dopuściła do głosu grę sił społecznych, rozwijała się – zwłaszcza od połowy stulecia – harmonijnie”. Nie oznacza to, że nie było tu konfliktów i konieczności nacisku na rządy. Powstawały tu ruchy i organizacje, które walczyły o zmiany. W Anglii chociażby w 1865 roku powstała Narodowa Liga Reform, która doprowadziła do uchwalenia w 1867 roku nowej ustawy o reformie parlamentu (umożliwiającej głosowanie rzemieślnikom i części robotników), a w 1869 roku Narodowa Liga Wychowania, która doprowadziła (mimo stworzenia przeciwstawnej Unii Wychowania Narodowego związanej z kościołem anglikańskim) do uchwalenia w 1870 roku ustawy szkolnej.
W Ameryce rozwój reformatorskich stowarzyszeń obywatelskich (zwanych volontary associations) wiąże się z tworzącymi się wówczas tajnymi organizacjami Synów Wolności, czy Komitetami Korespondencyjnymi, których rolę w rewolucji amerykańskiej trudno przecenić. Tak więc już pod koniec XVIII wieku obywatele amerykańscy organizowali się we wszystkich ważniejszych kwestiach, które później osiągnęły apogeum w następnej epoce. Różnica w tym pierwszym okresie dotyczyła form działania. Pierwsze pokolenia reformatorów, zgodnie z tym, co opisywał de Tocqueville, opierały się raczej na działaniach, które już to odwoływały się do prób realizujących, najczęściej religijne idee, wspólnotowe cele, bądź były próbą agitacji na rzecz oczekiwanych rozwiązań (w kwestii niewolnictwa było to przekonywanie właścicieli do uwalniania niewolników lub próby ich wykupywania). To czas – jak to formułuje Tomasz Żyro – „gorączki komunitarnej” i eksperymentów z utopią – „Brook Farm, rodziny shakerskie, falanstery, Oneida, osiedla mormońskie usiłują naprawić zarówno wszelkie defekty społeczne, jak i wady natury ludzkiej: znieść niewolnictwo, własność i hierarchie społeczne, stłumić lub rozładować agresję i namiętność, wyplenić błędy w edukacji lub lenistwo duchowe”, których rozkwit zbiega się w czasie z ekspansją terytorialną na zachodzie. Jak zauważa Grinberg, dopiero gdy te „[n]owe sekty powstające w kręgu działania ewangelizmu (unitarianie, metodyści, rappiści, shakerzy) (...) napotykając trudności w osiągnięciu pożądanego ideału, wyciągały logiczny wniosek, iż dzieło przebudowy moralnej zacząć trzeba od świata zewnętrznego. Skoro piana z oceanu zła brukała nieustannie wyspy czystości, jakie tworzyły wspólnoty, a dobry przykład nie wystarczał do wywołania pożądanych przemian, należało zaangażować się aktywnie po stronie reform. Natchnienie do działania czerpano na równi z Biblii i Konstytucji”.
W Europie kontynentalnej Wielka Rewolucja francuska rozpoczęła burzliwy wiek konfliktów związanych z jednej strony z rozwojem systemów demokratycznych i rozprzestrzenianiem się ideałów republikańskich, często powiązane z działaniami ruchów narodowo-wyzwoleńczych czy narodowo-zjednoczeniowych, a z drugiej z gwałtownym rozwojem kapitalizmu, a co za tym idzie rozwojem ruchu robotniczego. Na scenę polityczną ostatecznie wkroczył lud (demos), ale na pełną demokrację musiał jeszcze poczekać. Był to więc czas spisków, organizacji tajnych i prób tworzenia legalnych czy też tolerowanych organizacji. Kolejne rewolucje dawały szansę inicjatywie samoorganizacji (Wiosnę Ludów określa się czasem jako wiosnę asocjacji). Wywalczone wolności często nie były trwałe i kończyły się represjami i prześladowaniem, nawet tych nierewolucyjnych wcale, organizacji. W tej początkowej fazie, obok inicjatyw, z których utworzą się w przyszłości w obszarze polityki partie polityczne zaś w gospodarce związki zawodowe powstało całe spektrum innych organizacji. Część z nich na zasadzie samopomocy budowała podstawy ruchu spółdzielczego, czyli organizacji, które miały pozwalać zarabiać lub obniżać koszty i równocześnie podejmować ważne cele społeczne. Inne na zasadzie filantropijnej (czasem określa się wiek XIX „wiekiem filantropów”) budowały zaplecze dla inicjatyw mających pomóc osobom nie dającym sobie rady. W tej aktywności „spotkali się – zdaniem Radwana-Prągłowskiego i Frysztackiego – działacze natchnieni duchem rewolucji francuskiej, nowego rozumienia religii katolickiej, obowiązkiem chrześcijańskim i miłością bliźniego, czy wreszcie ideami socjalizmu”. Ta nowa działalność oczywiście, jak podkreśla Ewa Leś, „nie przeszkadza kontynuacji wielu tradycyjnych form działalności charytatywnej”. Nową jakość w tej działalności w Europie przypada na czas działania Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników (popularnie zwanego I Międzynarodówką).
Ewolucja czy rewolucja
Kwestia robotnicza zdominowała w Europie debatę na tematy społeczne. Trzeba tu wspomnieć o dyskursie, który wyraźnie wpływał na ukształtowanie się różnych form samoorganizacji. Toczył sie w rozmaitych środowiskach ideowych. Szczególnie gwałtownie przebiegał wśród socjalistów. Widoczne było to szczególnie w ramach I Międzynarodówki i było jedną z podstawowych przyczyn jej rozpadu. Dziś niewielu pamięta wielki spór tamtych czasów, czyli walkę Marksa z Proudhonem (bez odwołania się do idei głoszonych przez tego ostatniego trudno mówić o dzisiejszych koncepcjach pomocniczości czy ekonomii społecznej), a później z Bakuninem, czyli między komunistami a anarchistami. To bardzo ważna debata, która pokazywała, że socjalizm nie musiał przyjmować autorytarnej formy. Koncepcja zmiany systemu nie poprzez przejecie władzy politycznej, a zmiany ekonomiczne, wizja federalistyczna budowania ruchu robotniczego, jak i przyszłego społeczeństwa stanowiły wyraźną różnicę w stosunku do centralistycznych tendencji Marksa. Tu trzeba też wspomnieć również o wcześniejszych wizjach tzw. socjalistów utopijnych, których idee zapoczątkowały serię czasem całkiem udanych eksperymentów. Przede wszystkim Robert Owen, który zanim poniesie klęskę na kontynencie amerykańskim zdąży stać się duchowym prekursorem zarówno dzisiejszego odpowiedzialnego biznesu (zarządzając fabryką w New Lanark potrafił udowodnić współczesnym, że ludzkie traktowanie pracowników przynosi zyski), jak i ruchu spółdzielczego, czy ruchu związkowego w Wielkiej Brytanii. Trzeba też wspomnieć o Karolu Fourier, który jak i Owen „tajemnicę sukcesu robotników widział w zrzeszaniu się”. Tak więc socjalizm, który zanim stał się marksizmem, był bardzo różnorodny i przeciwny raczej „autorytarnym” zapędom Marksa, opierał się bowiem na samoorganizacji i przyjmował albo formę stowarzyszeń gospodarczych (spółdzielnie) albo związków zawodowych (syndykalizm). Co więcej, często ten socjalizm przyjmował formę socjalizmu chrześcijańskiego.
Nic też dziwnego, iż podobną dyskusję widzimy w Kościele katolickim, który co prawda dopiero w 1891 roku encykliką Rerum Novarum Leona XIII zmienił swoje nastawienie wobec kwestii społecznych, ale ruchy reformatorskie w Kościele istniały od dawna. Zarówno nawiązujące do zasad ewangelii spółdzielnie, jak i myśl społeczna, która odwołując się do cechów widziała przyszłość w korporatyzmie, a który to miał w opinii Radwana-Prągłowskiego i Frysztackiego „doprowadzić do uwłaszczenia pracy, zapewniając każdemu nie tylko dostatek materialny, lecz i możliwość korzystania z dóbr kultury”. Z jednej strony mieliśmy takie działania jak np. Związki Katolickich Stowarzyszeń Czeladniczych bł. ks. Adolfa Kolpinga, z drugiej działalność Kościoła i jego solidarystycznej wizji idei korporacyjnych.
Jeśli chodzi o ruch spółdzielczy, to jego znaczenie pokazuje doskonale, jak dobre przykłady mogły stać się podstawą szerokiego ruchu na rzecz zmian. Ponieważ wiele z inicjatyw spółdzielczych i to odwołujących się do różnych tradycji ideowych: socjalistycznej, liberalnej i chrześcijańskiej osiągnęło sukces, a ruch spółdzielczy rozwijał się dość intensywnie. Co więcej, wychodząc z założeń o prymacie człowieka nad kapitałem, solidarnością nad konkurencją, starając się godzić zysk ekonomiczny z działalnością socjalną, kulturalną czy edukacyjną nie poprzestawał na pojedynczych sukcesach, ale propagował je i rozwijał się tworząc własne struktury współpracy. Wielu widziało w nim sposób na pokojowe przekształcenie kapitalizmu i alternatywę dla rewolucji.
W Ameryce to czas Wielkich Reform, kiedy zachodziło znaczne umasowienie ruchów poszukujących nowych form działania, popularnych zresztą do dziś, na przykład odwoływanie się do osób o głośnych nazwiskach, wynajmowanie menedżerów i agentów, masowa korespondencja, artykuły prasowe. Podstawowe ruchy społeczne tamtych czasów, takie jak ruchy abolicjonistów, sufrażystek, natywistów czy ruchy na rzecz prohibicji miały znaczący wpływ na legislację i znalazły swoje rozwiązanie w kolejnych poprawkach do Konstytucji – od zniesienia niewolnictwa (XIII poprawka z 1865 roku) do uznania praw kobiet (XIX poprawka z 1920 roku). Cechą charakterystyczną tych ruchów była bezkompromisowa walka wszelkimi dostępnymi środkami. Dobrym przykładem stała się działalność domagającej się prohibicji Anti-Saloon League, która jak pisze Grinberg „kładła zdecydowany nacisk na skuteczność działań kosztem demokracji wewnętrznej; korzystała z usług zawodowych lobbystów i polityków nie gardzących alkoholem (...) nie gardziła jednak środkami fizycznego nacisku w postaci sfanatyzowanych działaczek, demolujących parasolkami wnętrza knajp, czy witryny sklepowe”.
Przełom wieku
Pod koniec XIX wieku proces napięcia pomiędzy społeczeństwem a państwem osiągnął znaczną kulminację. Po obu stronach oceanu z rąk zdesperowanych anarchistów giną głowy państw. Walka między światem pracy i kapitału nasila się i często przyjmuje formę krwawych starć. Jednak świadomość roli, jaką mogą odgrywać zorganizowani obywatele, nawet jeśli się ich traktuje jako motłoch, jest coraz większa. Władza poddana jest coraz większej społecznej kontroli i naciskom.
W Ameryce, gdzie ruch socjalistyczny nigdy nie zdominował życia społecznego była to „era progresywizmu” czyli szerokiego i różnorodnego ruchu obywatelskiego przełomu XIX i XX wieku na rzecz poddania większej kontroli władzy, tak na szczeblu lokalnym jak i rządowym, a także biznesu. Skorumpowana władza samorządowa, dominacja monopoli i bezradność władz federalnych wobec istniejących nieprawidłowości i zaniedbań wymagały daleko idących zmian. To właśnie dzięki tym inicjatywom udało się ograniczyć wpływ polityków (bossów partyjnych) na samorząd, zwiększono wpływ wyborców zarówno na poziomie lokalnym jak i stanowym (inicjatywa ustawodawcza, referendum) bezpośredni wybór senatorów, poddano kontroli publicznej spółki kolejowe, ograniczono możliwość działalności trustów i monopoli. Charakterystyczne dla tamtego okresu są takie organizacje jak np. National Municipal League, mające na celu poprawę administracji miejskiej czy National Consumers’ Leaque, zajmująca się obroną konsumentów. Ruch progresywistyczny w dużej mierze sukces osiągał dzięki zmianie ustawodawstwa. I tak np. 1890 roku powstał Sherman Antitrust Act, a w 1914 Clayton Antitrust Act, które znacznie ograniczały praktyki monopolistyczne. W 1906 roku została uchwalona ustawa o czystej żywności i lekarstwach, która była zdaniem Aldony Jawłowskiej „jak na owe czasy radykalnym krokiem w kierunku ochrony konsumenta i wyprzedziła o wiele lat ustawodawstwo innych krajów zachodnich”.
W Europie w większości krajów działają rządy konstytucyjne, choć prawa wyborcze są ciągle dalekie od powszechności. Walczą o prawa wyborcze robotnicy, sufrażystki. W Afryce Południowej od walki o prawa wyborcze dla Hindusów rozpoczyna swoją działalność Mahatma Gandhi. Szczególną rolę zaczyna odgrywać ruch pokojowy. To pod presją opinii publicznej, przy naciskach różnorodnych stowarzyszeń na rzecz rozbrojenia i arbitrażu czy wielu kongregacji religijnych, państwa zgodziły się na pokojowe kongresy w Hadze (w 1899 i 1907 roku). Mimo, że żadne z państw, oprócz Rosji, która nie nadążała za wyścigiem zbrojeń, nie było zainteresowane ani uczestnictwem, ani sukcesami konferencji, żaden bowiem z krajów nie chciał być tym, który się pierwszy sprzeciwi, to jednak w obliczu nacisków, spotkali się w opinii Barbary Tuchman „w nastroju tak beznadziejnego sceptycyzmu co do jakichkolwiek dobrych wyników”. Siła ruchu pokojowego była podobna do efektów konferencji w Hadze, więcej więc znaczyła w sferze gestów niż realnych działań. Nawet w Stanach Zjednoczonych duch imperialny zwyciężył a The American AntiImperialist League nie potrafiła zablokować aneksji Filipin. Z kolei ruch pokojowy nie potrafił zapobiec wybuchowi I wojny światowej, zaś międzynarodowy ruch robotniczy, który deklarował strajk powszechny w odpowiedzi na rozpoczęcie działań wojennych, również uległ dezintegracji.
Państwo opiekuńcze czy totalitarne?
Wbrew pozorom zwycięstwo rewolucji bolszewickiej, a następnie rewolty faszystowskiej było efektem tego samego procesu, który pchnął państwa zachodnie w kierunku państwa opiekuńczego. Co więcej, straszak nadchodzącej rewolucji był jednym z ważnych argumentów w zwycięstwie socjalnych zabezpieczeń i interwencjonizmu państwowego. Niemniej okres do lat 30. traktowany jest jako czas – nazywany przez Ewę Leś – okresem „instytucjonalizacji państwa opiekuńczego”. Równocześnie „oczekiwaniu, że państwo – według Bankowicza i Tkaczyńskiego – przejmie odpowiedzialność za doprowadzenie i utrzymanie ogólnego dobrobytu, przy zachowaniu rzecz jasna społecznej sprawiedliwości, towarzyszył proces poszerzania funkcji państwa”. Niezależnie od tego, na ile uzna się rzeczywisty wpływ idei na rzeczywistość, trudno zaprzeczyć, że totalitaryzmy XX wieku, zarówno komunizm jak i faszyzm zwyciężały wykorzystując wizje syndykalistyczne i korporacjonistyczne i to niezależnie od tego, w jakim stopniu przyjmowane rozwiązania odbiegały od założeń. To czas autorytarnego przywództwa i organizacji masowych. Jak stwierdza Pankoke, doszło do przeobrażenia się idealistycznych ruchów społecznych „w fundamentalistyczną mobilizację” społeczną. Zaś „pośrednicząca” rola wolnych stowarzyszeń poddana została kontroli i interwencji zasad wodzowskich i aparatu nadzorującego”. Taki los spotkał organizacje społeczne w Trzeciej Rzeszy, które – poza Niemieckim Czerwonym Krzyżem – zostały zdaniem Ewy Leś „podporządkowane reżimowi nazistowskiemu (…) i włączone w skład Narodowo-Socjalistycznej Ludowej Organizacji Pomocy”. W systemie komunistycznym również starano się zlikwidować lub upaństwowić wszelkie formy aktywności obywatelskiej, do tego stopnia, że w realnym socjalizmie działalność społeczna (poza działalnością dysydencką) była koncesjonowana i uzależniona od struktur partyjno-państwowych. Trudno nie zauważyć, że inkorporacja zorganizowanych obywateli w struktury państwa była jednym z efektów nacisku ze strony wcześniej zrzeszających się obywateli. Rezultatem tego samego nacisku było tworzące się państwo opiekuńcze, którego cechą charakterystyczną było marginalizowanie roli aktywności społecznej na rzecz przejmowania przez państwo zadań społecznych, które do tej pory realizowane były głównie przez organizacje społeczne. Podział ten zachował się i po II wojnie światowej, gdzie mieliśmy do czynienia zarówno z państwami odwołującymi się do idei korporatystycznych (Hiszpania, Portugalia), demokracji opiekuńczej (Europa Zachodnia), jak i idei realnego socjalizmu (w Europie Środkowo-Wschodniej). Podobnie było w Stanach Zjednoczonych. W latach 1935-1960 funkcjonowało „opiekuńcze państwo minimum”, w którym według Ewy Leś „władze federalne zostały uprawnione do prowadzenia polityki społecznej”.
Rewolucja uczestnictwa – kryzys państwa opiekuńczego i państwa realnego socjalizmu
Ożywienie aktywności obywatelskiej w końcu lat 60. to zarówno wynik szczytu powojennej prosperity, aktywność nowego pokolenia wychowanego po wojnie, jak i zaktywizowania się grup społecznych np. przeciw dyskryminacji rasowej – w tym działalność Martina Luthera Kinga, przeciw wojnie w Wietnamie, itp. Rozruchy młodzieżowe, kontrkultura, bunt studentów w 1968 roku w wielu częściach świata, w tym i – choć z zasadniczo innych przyczyn - w Polsce, to przejawy nowego spojrzenia na rolę obywatela we współczesnym świecie. Pojawiły się nowe ruchy społeczne, które co prawda podnosiły ponadczasowe kwestie (równouprawnienie, pacyfizm, ekologię), ale formuła ich działania ulegała istotnym zmianom. Demokratyczna opozycja w krajach realnego socjalizmu, aktywność społeczna w krajach Ameryki Łacińskiej i demokratyzowanie się krajów takich jak Hiszpania i Portugalia, oraz pojawienie się nowych form aktywności społecznej w krajach ugruntowanej demokracji to wyraźny przejaw odnowienia pojęcia obywatelskości. Odżywa też w związku z tymi nowymi wyzwaniami termin „społeczeństwo obywatelskie”. Zmiany są głębokie, a obywatele chcą współrządzić, pojawia się też hasło „demokracji uczestniczącej”. Zaś zawołanie „Myśl globalnie, działaj lokalnie” nabiera rzeczywistego wymiaru. „Lata 70. – według opinii Andrzeja Majera - były już okresem upowszechnienia się w całych Stanach Zjednoczonych standardu przestrzegania obywatelskich praw do uczestnictwa w procesie tworzenia lokalnego prawa i sprawowaniu władzy wykonawczej. Ogólną tendencją stało się upublicznienie wszelkich czynności wykonywanych przez administrację i uczynienie ich w pełni otwartymi”. Podobny proces, który cechował się wielością konfliktów między władzą lokalną a organizującymi się mieszkańcami, dosięgnął pod koniec lat siedemdziesiątych miasta europejskie.
Swoista rewolucja w zakresie uczestnictwa dotyczyła bardzo różnych obszarów. W pomocy społecznej, jak pisał Staś Gawroński „był to już najwyższy czas na radykalne działanie, które sięgnęłoby samych korzeni problemów, przekroczyło granicę bezkrytycznej i niewystarczającej dobroczynności i które obnażyłoby wewnętrzną słabość całego systemu społecznego. Zdecydowanie potwierdził się polityczny wymiar pracy na rzecz ludzi z marginesu społecznego jako działania zmierzające do zmiany społeczeństwa, które często samo ów margines tworzy”. Przemiany w sferze uczestnictwa obywateli zbiegały się dodatkowo z kryzysem ekonomicznym i narastającym kryzysem państwa opiekuńczego. Nowe formy zarządzania prowadziły do zwiększenia roli organizacji pozarządowych jako dostarczyciela usług, co jak twierdzą eksperci, np. Jane Lewis, „może świadczyć przede wszystkim o ich instrumentalnym traktowaniu przez państwo, które przywiązuje małą wagę do roli organizacji społecznych wykraczającej poza świadczenie usług”. Jednak jest to ponowne odkrycie organizacji pozarządowych jako pożądanego partnera do współpracy. Negatywne skutki tendencji do prywatyzacji usług społecznych i uzależnienia organizacji od kontraktów z jednej strony, a deficyt demokracji, szczególnie widoczny na poziomie Unii Europejskiej z drugiej zmusza do poszukiwania nowych form współpracy. Przyjmuje to m.in. postać różnego rodzaju paktów, jak na przykład brytyjski compact oraz działań w ramach Unii Europejskiej do włączania organizacji pozarządowych jako partnera w tworzeniu, realizacji, monitoringu i oceny polityk publicznych. Na przykład przekształcenie Europejskiego Komitetu Społeczno-Ekonomicznego w 2000 roku nadaje nowy wymiar działań trzeciego sektora. Poszukiwanie nowej roli dla aktywności zorganizowanych obywateli budzi nadzieję na nowe otwarcie i jak twierdzą niektórzy nadejście czasu partnerstwa jako nowego rozdziału w relacjach partycypacji obywateli w życiu publicznym. Charakterystyczne są tu słowa Jane Lewis „Jeśli partnerstwo się powiedzie, może to zaowocować nową kulturą obywatelską”.
W poszukiwaniu tradycji
Z tego – z konieczności pobieżnego i wyrywkowego przeglądu historii działań, które mieszczą się w szeroko rozumianym ruchu partycypacyjnym widać wyraźnie, że nie możemy mówić o jednej tradycji działań na rzecz partycypacji obywatelskiej. To raczej mnogość idei, ruchów, organizacji czy działania konkretnych osób, które angażowały się na rzecz umożliwienia wszystkim współuczestniczenia w życiu publicznym. Kluczowe jednak znaczenie ma pojęcie emancypacji. Stefan Bratkowski przypomina o znanym stwierdzeniu, że tak jak wiek XIX był czasem emancypacji chłopów, wiek XX miał być czasem emancypacji robotników. Ale przecież równolegle mieliśmy działania na rzecz zniesienia niewolnictwa, czy późniejszą emancypację kobiet. Obecnie ważną sferą, m.in. w ekonomii społecznej, jest przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu poszczególnych grup społecznych. W tym kontekście możemy mówić o trzech procesach
- przeciwdziałaniu wobec dominującej rzeczywistości, czyli w istocie linii rewolucyjnej od ruchów kacerskich do ruchu Solidarności i symbolicznego obalenia muru berlińskiego
- demokratyzacji życia, od praw człowieka przez prawo do udziału w wyborach, aż do możliwości współdecydowania
- samoorganizacji, od średniowiecznych cechów i bractw do dzisiejszych organizacji pozarządowych.
Odpowiadać temu mogą, dość arbitralnie przeze mnie określone rozumienia partycypacji, takie jak:
- Trzecia droga, czyli poszukiwanie nowych rozwiązań – pojęcie trzecia droga powstało jako wizja alternatywy wobec systemu socjalistycznego i kapitalistycznego, ale traktowałbym to szerzej (choćby w odwołaniu do pewnych tendencji w środowiskach katolickich czy socjalistycznych) jako poszukiwanie alternatyw systemowych, w tym odwołanie się do idei rewolucji.
- Trzecia siła z kolei to sposób wpływania na rzeczywistość społeczną; w tym przypadku organizacje pełnią ważną rolę jako rodzaj społecznego nacisku, który prowadzi do działań reformistycznych lub, rzeczniczych na rzecz ulepszenia systemu.
- Trzeci sektor w końcu to w istocie działania równoległe (od konkurencyjnych poprzez komplementarne, aż do zadań zlecanych) wobec działań rządu (administracji publicznej); w tym obszarze mieści się cała sfera bezpośredniego udziału zorganizowanych obywateli w rozwiązywaniu problemów.
Oczywiście te trzy tradycje, a pewnie można by wymienić ich jeszcze więcej, nie dają się łatwo rozdzielić i pewnie np. różnice ideologiczne często w bardziej znaczący sposób dzielą poglądy i postawy. Jednak z punktu widzenia partycypacji to te rozróżnienie wydaje się podstawowe.
Słowa, słowa, słowa
Poszukując tradycji partycypacji, do których możemy się odwołać w dzisiejszych czasach, nie możemy dystansować się od wydarzeń historycznych, które z naszej, zwłaszcza polskiej perspektywy, wydają się bardzo obce. Odczuwamy to szczególnie, gdy pojęcia, które wówczas były nagminnie używane straciły swoje pierwotne znaczenie. Jeżeli dziś będziemy mówić o milicji, o komunie, o radach robotniczych nasze nastawienie będzie raczej negatywne. A przecież czytając XIX-wieczne wizje pożądanej partycypacji obywateli w życiu publicznym, a także przykłady takiej partycypacji, co chwila natrafiać będziemy na te słowa. Historia odzyskania niepodległości łączy się nieodłącznie z tworzeniem się różnego rodzaju lokalnych milicji i straży obywatelskich. Zaś rady delegatów robotniczych, które kojarzą nam się z sowietami (stąd obowiązująca nazwa „związek radziecki” czyli „sowiecki”) stawały się często miejscem pierwszej władzy polskiej. Dla przykładu w Tomaszowie Mazowieckim w 1918 w taką radę zorganizowali się robotnicy, aby po pierwsze rozbroić garnizon niemiecki, a po wtóre by zaprowadzić porządek w mieście. Byli tak sprawni, że funkcjonująca wówczas rada miejska przekazała im swoje uprawnienia. A komuny, to w wielu wypadkach określenie średniowiecznego poprzednika naszego samorządu, a nie wzór dla XX-wiecznej ideologii komunistycznej. Tak więc, gdy przeczytamy gdzieś u Abramowskiego, że „komuna uważa braterstwo ludzi za podstawę wszystkich ideałów” nie wyciągajmy zbyt pochopnych wniosków, że był on zwolennikiem ustroju komunistycznego wprowadzanego w ZSRR. Ostrzegał on przed socjalizmem państwowym na długo przed jego powstaniem.
Czy rewolucja może czegoś uczyć?
Możemy się oczywiście oburzać, możemy podkreślać, że absolutnie nie zgadzamy się na rozmaite tradycje działań, które niosą ze sobą historie rewolucji. Nie zgadzamy się na przemoc, na siłowe dochodzenie swoich praw, na myślenie, że mniejszość może starać się myśleć, co jest dobre dla większości, a tym bardziej wcielać to w życie. Ale już nasze powstania narodowe traktujemy z większym pobłażaniem. Piłsudskiemu wybaczamy ekspropriacje, rozumiemy zamach na Kutcherę, zaś rewolucje, które nie stosowały przemocy – jak chociażby nasza solidarnościowa „samoograniczająca się rewolucja” z 1980 – traktujemy ciągle jeszcze jako wzór do naśladowania dla innych. Nauczeni latami zaborów i okupacji łatwo zgadzamy się z Martinem Lutherem Kingiem, że prawo niesprawiedliwe nie jest prawem. Czy więc rewolucja to samo zło? Czy chęć uczestniczenia we władzy tych, którzy są poza marginesem społecznym, możemy tak od razu potępiać? Mawia się, że rewolucja pożera własne dzieci i wtedy mamy na myśli Robespierre’a czy Trockiego. I to jest główny błąd. W rzeczywistości rewolucja przede wszystkim niszczy władzę opartą na społecznej partycypacji i od razu przypomnijmy, że do tego niszczenia walnie przyczynili się także Robespierre i Trocki. A mowa tu o samodzielnie tworzonych formach samorządu, który w historii przybierał formę różnych rad i komitetów. Te formy samoorganizacji doskonale opisała Hanna Arendt w swojej książce o rewolucji. Wydała ją w latach sześćdziesiątych więc nie mogła do niej włączyć doświadczenia Solidarności, ale Rewolucję Węgierską 1956 roku udało jej się odnotować. Znamy te rady (czy inaczej sowiety) z propagandy Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, nie zastanawiając się, dlaczego bolszewicy bardzo szybko zlikwidowali niezależne sowiety (zresztą bunt Kronsztadu w 1921 roku odbywał się pod hasłem obrony sowietów). Ale nie chciałbym tu zostać posądzony o sentyment do sowietów. Rady robotnicze w ówczesnej Europie powstawały nie tylko w Rosji, tworzyły się i w Niemczech i na Węgrzech. Powstawały i w Polsce. Takich rad powstało setki, szczególnie w Zagłębiu Dąbrowskim, ale i w Warszawie czy Lublinie. Rozwiązane zostały dopiero w 1919 roku. I trzeba pamiętać, że większości w nich nie tworzyli komuniści z SDKPiL, ale socjaliści z PPS.
Ten rodzaj władzy rewolucyjnej charakterystyczny jest dla największych wystąpień antykomunistycznych. Jak twierdzi Arendt „rady czy sowiety wyrastały na każdym kroku całkiem niezależnie od siebie: rady robotników, żołnierzy i chłopów w Rosji, najróżniejsze odmiany rad w przypadku Węgier – rady sąsiedzkie powstawały we wszystkich dzielnicach mieszkaniowych, tak zwane rady rewolucyjne wyrosłe ze wspólnych walk ulicznych, rady pisarzy i artystów zrodzone w kawiarniach Budapesztu, studenckie i młodzieżowe rady na uczelniach, robotnicze rady w fabrykach. Najbardziej uderzającym aspektem tych spontanicznych tworów jest fakt, że w obu przypadkach w ciągu kilku tygodni (w Rosji) czy zaledwie kilku dni (na Węgrzech) te niezależne i wysoce zróżnicowane ciała potrafiły rozpocząć proces koordynacji i integracji poprzez tworzenie rad wyższego stopnia o charakterze regionalnym, z których mogli być wybierani delegaci do zgromadzenia reprezentującego cały kraj”.
W końcu historia rewolucji, to w dużej mierze historia Europy. Są one równie ważnym elementem naszego dziedzictwa jak i wojny światowe – czy tego chcemy czy nie – ukształtowały nasz dzisiejszy świat. Tym bardziej, że wbrew czarnej propagandzie rewolucje to nie tylko czas terroru. To także czas eksperymentów, samoorganizacji, emancypacji kolejnych grup czy warstw społecznych, włączania ich w życie publiczne, czyli czas partycypacji.
Dwa modele, dwa procesy
Opis trzeciej siły i trzeciego sektora (pojęcia te jak już wspomniałem są umowne i służą raczej do prowadzenia narracji, a nie systematyki) spróbujmy opisać jako dwa równoległe procesy rozwoju dwóch typów organizacji: usługowych i rzeczniczych. Warto się tej różnicy przyjrzeć w kontekście tworzenia się różnych modeli. Alexis de Tocqueville, którego trudno nazwać zwolennikiem rewolucji, w klasycznym dla zrozumienia istoty działalności obywatelskiej dziele O demokracji w Ameryce tak porównywał aktywność obywateli w ówczesnej Francji i Stanach Zjednoczonych: „Kiedy pierwszy raz usłyszałem w Stanach Zjednoczonych, że sto tysięcy ludzi publicznie zobowiązało się, że nie będą używać alkoholu, rzecz wydała mi się raczej zabawna i nie mogłem z początku zrozumieć, dlaczego ci tak wstrzemięźliwi obywatele nie zadowolili się po prostu piciem wody we własnym domowym zaciszu. W końcu pojąłem, że sto tysięcy Amerykanów, zaniepokojonych wzrastającym wokół pijaństwem, postanowiło dać przykład abstynencji. (...) Można przypuszczać, że gdyby te sto tysięcy ludzi żyło we Francji, każdy z nich zwróciłby się do rządu z prośbą o sprawowanie nadzoru nad karczmami na terenie królestwa”. Dziś wiemy, że to właśnie w Stanach Zjednoczonych w efekcie nacisków zorganizowanych obywateli, najpierw poszczególne stany wprowadziły prohibicję, a następnie w 1919 r. przegłosowano XVIII poprawkę do Konstytucji i prohibicja, aż do 1933 roku objęła całe Stany Zjednoczone. Nie zmienia to faktu, iż przykład ten dobrze oddaje istotę dwóch idealnych, w sensie weberowskim, modeli, które choć w istocie nigdzie nie występowały oczywiście w stanie czystym to jednak pokazują znaczące różnice w działalności organizacji.
Po pierwsze, mamy model społeczeństwa budowanego od dołu albo obok państwa. Obywatele organizują sie i sami rozwiązują swoje problemy. O historycznych przykładach możemy mówić zarówno jeśli chodzi o średniowiecze zorganizowane w system korporacji, gdzie zarówno zakony, jak i komuny (średniowieczne miasta) budowały się od dołu, zachowując często dużą autonomię wobec świata zewnętrznego. Podobny proces można zaobserwować szczególnie w czasie powstawania Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie formy samoorganizacji wywodziły się z działalności grup religijnych oraz grup narodowych, ale obie czerpały z tradycji angielskich gmin. Dzisiaj temu modelowi w jakimś sensie odpowiada cały obszar świadczenia usług przez organizacje pozarządowe, i to zarówno tych realizujących zadania administracji publicznej, jak i tych, które z założenia mają być alternatywą dla działań administracji. Trzeba także zwrócić uwagę na rolę jaką pełniły konkretne próby wprowadzenia w życie nowych rozwiązań (dziś określilibyśmy je jako innowacje), do których można zaliczyć różnego rodzaju działania, od eksperymentalnych szkół, towarzystw ubezpieczeniowych, wzorcowych gospodarstw rolnych, nowatorskich form zarządzania (np. inicjatywy spółdzielcze), czy wreszcie inicjatywy różnego rodzaju wspólnot czy komun. Nawet pozornie bierna postawa samodoskonalenia, w istocie mogła wynikać z przekonania, że prawdziwą poprawę porządku socjalnego osiąga się tylko przez etyczne doskonalenie się poszczególnych jednostek.
Z drugiej strony, mamy ruchy na rzecz przemian, które przyjmowały czasami charakter reformatorski, czasem rewolucyjny, ale ich celem miała być zmiana świata na lepsze. Chodzi tu nie o zmiany w mikroskali, ale o rozwiązania systemowe. Są więc to ruchy zarówno stricte polityczne, których celem było przejęcie lub przynajmniej udział we władzy, jak i społeczne, zorientowane na rozwiązanie konkretnej kwestii (one couse). Oczywiście metod działania jest tu całe mnóstwo, od propagandy, lobbingu, nacisków czy wręcz groźby czy przygotowywania użycia siły. Napotkać tu można zarówno znaczące, często masowe organizacje, jak i małe, czasem tajne, organizacje polityczne. I tutaj znajdziemy przykłady ze średniowiecza, wskazując na różne ruchy kacerskie i ich walkę z władzą świecką i z Kościołem katolickim (zresztą między reformatorami a kacerzami granice były czasem dość płynne), jak i ruchy religijne związane z reformacją. Poszczególne ruchy społeczne przyjmowały, podobnie jak w Ameryce, formę stowarzyszeń o charakterze ruchów społecznych (movement – like voluntary associations) lub obrastały całym mnóstwem różnych organizacji. W większości ich celem było bronienie interesów lub dopominanie się o własne interesy lub prawa (polityczne, obywatelskie, socjalne).
Oczywiście, takie idealne modele są znacznym uproszczeniem problemu. Bowiem gdy patrzymy na dzisiejsze organizacje pozarządowe to nie mieszczą się one w sztywnych granicach i nie dają się wtłoczyć zarówno w typową dychotomię państwowe – prywatne, jaki i myślenie o polityce w partyjnych kategoriach rząd – opozycja. Wielokrotnie stykałem się na różnych konferencjach z tymi dwoma skrajnymi stanowiskami. Jedni wołali „nic nie chcemy od państwa, chcemy jedynie, aby nam nie przeszkadzano głupimi regulacjami prawnymi, zbytnią biurokracją, nadzorem administracyjnym”, drudzy zaś podkreślali konieczność „udziału państwa w finansowaniu realizacji zadań państwowych przejmowanych przez organizacje pozarządowe”, „bardziej światłej polityki państwa”. Zarysowane punkty widzenia stanowią podstawową różnicę w myśleniu o sektorze. Ma ona bardzo konkretne konsekwencje.
Zbiórki na rzecz dofinansowania państwowych szpitali, państwowych domów dziecka itd. w naszych warunkach (mimo spektakularnych sukcesów) budzą poważne wątpliwości. W efekcie umożliwiają niegospodarne dysponowanie środkami budżetowymi przeznaczonymi na ten cel. Warto zadać sobie pytanie, czy ogromne sumy zebrane przez organizacje pozarządowe – a przekazane np. na zakup sprzętu do szpitali – zaliczyć należy do budżetu trzeciego sektora czy też państwa, a może „prywatyzowanych” szpitali? Zasadność pewnych działań nie zależy jedynie od tego, czy znajdują poparcie w społeczeństwie i u sponsorów, lecz także od innych przesłanek, tj. form funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej. Dobrze jest wyraźnie oddzielić to, co jest obowiązkiem państwa wobec obywateli, od tego, co – chcąc nie chcąc – obywatele muszą wziąć na siebie. Amerykański system, w którym trzeci sektor to także szpitale i szkoły wyższe, uzasadnia utrzymywanie tych instytucji ze środków pozabudżetowych. Inaczej jest w krajach europejskich, w których nie jest to problem obywateli, lecz państwa (państwo socjalne). To problemem administracji jest zdobyć środki na utrzymanie tych instytucji. Oczywiście organizacje obywatelskie mogą przejąć obowiązki państwa, ale wraz z odpowiednimi środkami. Wspomaganie budżetowych instytucji przez obywateli powinno pociągać za sobą zwiększoną kontrolę nad działalnością państwa. W przeciwnym razie takie zbiórki są jedynie kolejnym podatkiem, tyle że dobrowolnym, a „zaoszczędzone” w ten sposób pieniądze (np. na służbie zdrowia) administracja może przeznaczyć na dowolne, niekoniecznie akceptowane przez obywateli cele.
Warto więc opisać podstawowe różnice między dwoma rodzajami myślenia o sektorze pozarządowym. Z jednej strony mamy samoorganizację widzianą jako forma samopomocy (rozumianej szeroko – łącznie z pomocą dla samopomocy), z drugiej – samoorganizację rozumianą jako forma partycypacji obywatelskiej, tworzenie ciał pośredniczących, niepolitycznej reprezentacji. Pierwsza to głównie sposób rozwiązywania problemów społecznych, druga to najczęściej forma artykulacji i reprezentacji interesów – zarówno własnych, jak i określonych grup upośledzonych (advocacy), a wreszcie interesu wspólnego czy „dobra wspólnego”.
Aby pokazać różnice między tymi modelami, można zwrócić uwagę na niektóre cechy, którymi się charakteryzują. Mamy więc raczej kapitalistyczną wizję samozaradności (z odwoływaniem się do jednostki jako najlepiej dbającej o własne interesy) w opozycji do podejścia solidarystycznego, gdzie dobro wspólnoty umożliwia realizację celu jednostkowego. Oznacza to perspektywę prywatnej inicjatywy, drobnej przedsiębiorczości, z założenia wspomagających konsumpcję kas zapomogowo-pożyczkowych, w przeciwieństwie do np. różnego typu spółdzielni – od mieszkaniowych po spółdzielnie producentów i konsumentów – i innych form gospodarki społecznej (w tym np. towarzystw ubezpieczeń wzajemnych). W obu podejściach myśli się o partycypacji pracowniczej, lecz w pierwszym przypadku jest to raczej forma akcjonariatu (np. ESOP – Employee Stock Ownership Plans), w drugim zaś jakieś formy demokracji przemysłowej. W jednym modelu placówki usług publicznych bardziej przypominają prywatny biznes, w drugim – państwową instytucję.
Obie tradycje „trzeciej siły” i „trzeciego sektora” są obecne w polskim III sektorze i w jakimś sensie się uzupełniają. Również kolejny model „trzeciej drogi” bliski jest wielu radykalnym środowiskom, w tym np. ekologicznym i kulturalnym (czy może raczej „kontrkulturowym”), i choćby w ten sposób obecny jest w myśleniu o trzecim sektorze. Tak więc gdzieś pomiędzy trzema omówionymi wyżej, głównymi tradycjami tworzy się nasza pozarządowa rzeczywistość.
Literatura wykorzystana:
Arendt H. O rewolucji, Wydawnictwo X, Kraków 1991
Bankowicz M., J.W. Tkaczyński. Oblicza współczesnego państwa, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2003
Bratkowski S. Co zrobić, kiedy nic się nie da zrobić? Rzecz o samorządach pracowniczych, Wydawnictwo WE, Warszawa 1983
Frączak P. Szkic do historii ekonomii społecznej w Polsce, FISE, Warszawa 2006
Frączak P. Wizja społeczeństwa obywatelskiego w teorii walki bez użycia przemocy Asocjacje, ZB Warszawa Kraków 1997
Gawroński S. Ochotnicy miłości bliźniego. Przewodnik po wolontariacie, Biblioteka Więzi, Warszawa 1999
Gortat R. O naturze nowych ruchów społecznych w Studia nad Ruchami Społecznymi nr 1, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 1987
Grinberg D. Stowarzyszenia obywatelskie jako siła reformatorska w dziewiętnastowiecznej Ameryce, Znak nr 10/ 1982
Jawłowska A. Ruch konsumentów, Wiedza Powszechna, Warszawa 1981
Kautsky K. Poprzednicy współczesnego socjalizmu, Książka i Wiedza, Warszawa 1949
Kropotkin P. Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju, Wydawnictwo Trojka, Poznań 2006
Leś E. Od filantropii do pomocniczości. Studium porównawcze rozwoju i działalności organizacji społecznych, Dom Wydawniczy Elipsa, Warszawa 2000
Lewis J. Państwo i trzeci sektor w nowoczesnych państwach opiekuńczych: niezależność, instrumentalizacja, partnerstwo w: Trzeci sektor dla zaawansowanych. Nowoczesne państwo i organizacje pozarządowe – wybór tekstów, Stowarzyszenie KLON/JAWOR Warszawa 2008
Majer A. Miasta Ameryki. Kryzys i polityka odnowy, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1999
Pankoke E. Dobrowolne stowarzyszenia i zaangażowanie obywatelskie. Sieci dobrowolne i pośredniczące - europejskie tradycje, dyskursy i perspektywy, w: Trzeci sektor dla zaawansowanych. Współczesne teorie trzeciego sektora - wybór tekstów, Stowarzyszenie Klon/Jawor, Warszawa 2006
Piechowski A. Rodowód przedsiębiorczości społecznej w: Zeszyty Gospodarki Społecznej nr 2/ 2007
Prawelska-Skrzypek G. Znaczenie partycypacji obywatelskiej dla rozwoju lokalnego, w: G. Prawelska-Skrzypek (red.), Partycypacja obywatelska w życiu społeczności lokalnej. Stan, bariery, rekomendacje, Fundacja Międzynarodowe Centrum Rozwoju Demokracji, Kraków 1996
Radwan-Pragłowski J., Frysztacki K. Społeczne dzieje pomocy człowiekowi - od filantropii greckiej do pracy socjalnej, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1998
Sowa K.Z. Wstęp do socjologicznej teorii zrzeszeń, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1988
Tocqueville de A. O demokracji w Ameryce, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976
Tuchman B.W. Wyniosła wieża. Świat przed pierwszą wojną światową, Czytelnik, Warszawa 1987
Żyro T. Boża plantacja. Historia utopii amerykańskiej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994