Trudne dobrego początki
(Asocjacje nr 3/1990)
Stowarzyszenia, w których "spoczywa siła narodu i wolność człowieka" - jak pisał Edward Abramowski - są zazwyczaj tworami kruchymi, ginącymi jeszcze prędzej, niż się zawiązują. Jeśli pominąć chlubne wyjątki - wiodą żywot jętek-jednodniówek. Spośród kilkudziesięciu tysięcy "komun", jakie zawiązały się w świecie w ostatnim półwieczu, większość trwała tylko jedno lato, a jedynie setka obchodziła piąty jubileusz.
Ale niektóre dają początek ruchom i instytucjom trwałym, o globalnym rozmachu. Skromne stowarzyszenie spożywców, założone przez tkaczy w 1844 roku w angielskim miasteczku Rochdale, zrodziło spółdzielczość (Rochdalskie Stowarzyszenie Pionierów), która przez cały wiek wywierała duży wpływ na życie gospodarcze świata i - chociaż ostatnio schodzi na plan dalszy - nie wyczerpała jeszcze swoich możliwości. Tyle że w zmieniającym się świecie i ona musi modyfikować swe dogmaty.
Dziś, kiedy w Polsce zapanowała moda na neoliberalizm, kiedy z nadgorliwością neofitów głosimy chwałę sukcesu indywidualnego i radosne "dorabiajmy się na własną rękę" (którą to dziecięcą chorobę Zachód przeszedł jakieś sto lat temu) - idea stowarzyszeniowa musi trochę poczekać, aż się nasz "kapitalistyczny noworodek" sparzy. Pojawi się w końcu nieuchronne rozczarowanie faktem, że sukces garstki ludzi przedsiębiorczych wcale nie poprawi doli ogromnej większości społeczeństwa - wszystkich tych, co nie potrafią kupić-sprzedać-zarobić. Co więcej, ludzie poczują się ogromnie sfrustrowani samotnością w biedzie i arogancją "ludzi sukcesu"" Wtedy nastąpi nawrót ku zrzeszaniu się. Stanie się potem ten pęd "normalnością", jak w Szwecji, gdzie istnieje 30 000 różnych stowarzyszeń, jak we Francji, gdzie każdego dnia zakłada się ich około setki (ogółem jest ich ok. pół miliona). Mimo to nie wróżę (obym się mylił) że kolejna fala ruchu stowarzyszeniowego w Polsce spiętrzy się prędko i tak wysoko jak np. w końcówce systemu komunistycznego. Naszą specyfiką jest bowiem to, że społeczeństwo zrzeszało się przeciw państwu. Tak było w podziemiu lat ostatnich, tak było u schyłku doby rozbiorowej. Obecnie, kiedy mamy nasze państwo, już prawie niepodległe i z grubsza rzecz biorąc demokratyczne, pokusa "bycia przeciw" jest znacznie mniejsza niż nadzieja na honory i apanaże, jeśli się człowiek z nową władzą utożsami. Jeszcze zbyt wątły jest prąd tych aspiracji czy zainteresowań, bez oglądania się, czy to dla państwa będzie miłe, czy niemiłe.
- * * * *
Pierwsza eksplozja ruchu stowarzyszeniowego na ziemiach polskich wiązała się z narodową klęską, a nie ze zwycięstwem - była efektem kolejnej depresji po przegranej rewolucji lat 1905-1906. Po raz kolejny okazało się, że wysiłek zbrojny wąskich elit politycznych (wtedy lewicowych, bo prawicowe wiernie stały przy carze) nie przyniesie niepodległości, choć jest konieczny, by rany nie zabliźniły się, a dusze nie sparszywiały od lojalizmu wobec okupanta. Wtedy to, z inicjatywy albo przy udziale niezmordowanego Abamowskiego, zawiązało się kilkanaście organizacji społecznych, które stanowiły "miękkie podgłębie ruchu niepodległościowego" - w czasie, gdy ci, co wojowali "na ostro" (z Piłsudskim na czele) lizali rany i na nowo skrzykiwali się w Galicji. Powstał Związek Towarzystw Samopomocy Społecznej - półjawna federacja kilkunastu stowarzyszeń, które tworzyły zręby ruchu spółdzielczego w Kongresówce, pierwsze chłopskie organizacje polityczne, a przede wszystkim całą gamę działań edukacyjnych od szczebla podstawowego na wsi, aż po "latające uniwersytety".
Cele deklarowane były jednak mniej istotne, aniżeli cel utajniony i konsekwentnie realizowany: przywrócić Polakom wiarę w sens autonomicznych, zwróconych przeciw wrogiemu rządowi działań społecznych, zintegrować ich w "służbie społecznej", przygotować do dalszej rundy walki o wolność (znamienne jest, że z kręgu "abramowszczaków" pochodziła większa część kadry legionowej); następnie zaś użyć tych ludzi do budowy wolnej Polski. Co też nastąpiło w niewiele lat później, z pełnym powodzeniem.
W tworzeniu ZTSS, zwłaszcza licznych kół inteligenckich oraz Towarzystwa Kooperatystów (które w niepodległej Polsce zorganizowało potężny ruch spółdzielczy) - kluczową rolę odegrało wolnomularstwo Wielkiego Wschodu; jego ideologiem i odtwórccą w Polsce był także Abramowski. Znaczny był również, zwłaszcza w organizacji oświaty, udział stowarzyszeń narodowych, zaś w rozwijaniu spółdzielczości (poza Kongresówką) - kręgów kościelnych. Radykalne lewica, z której wyłoniła się KPP, potępiała zrzeszanie się społeczeństwa - szczególnie robotników i chłopów - w organizacjach bez wyraźnego stempla partyjnego, gdyż to "odciągało masy od walki klasowej i rewolucji proletariackiej". Lewica demokratyczna natomiast, z PPS na czele, uważała ruch stowarzyszeniowy za swoją naturalną bazę. Bardzo często stowarzyszenia, którym patronował PPS, zazębiały się z tymi, które zawiązano pod egidą masonerii. W szczególności dotyczyło to ruchu ludowego oraz spółdzielczego w Kongresówce.
Kiedy Polacy wybili się na niepodległość i radowali się z "odzyskanego śmietnika" - właśnie ci ludzie, którzy najpierw uczestniczyli w "kołach etyków" i "związkach przyjaźni", a następnie w stowarzyszeniach skupionych w ZTSS - ciągle pod inspirującym wpływem Abramowskiego - tworzyli zinstytucjonalizowane życie gospodarcze, polityczne i społeczne. To oni ułożyli Konstytucję Marcową i organizowali scalenie ziem trzech rozbiorów; zakładali nowe uniwersytety; odbudowywali kraj ze zniszczeń wojennych, które były nie mniejsze niż po II wojnie światowej; wspierali wysiłek zbrojny, gdy Polska jeszcze nie miała granic i toczyła sześć obronnych wojen; budowali międzynarodowa pozycję Polski i jej służbę dyplomatyczną. Oczywiście, stopniowo rozchodziły się polityczne drogi tych pionierów - jedni szli za Piłsudskim, inni przeciw niemu.
- * * * *
Jakże podobnie wygląda to, a raczej mogłoby wyglądać dziś, kiedy przed Polską, na nowo wyzwalającą się, stoją podobne zadania. Mamy niemałą kadrę ludzi, wypróbowanych w działaniach podziemnych, w setkach tajnych organizacji i związków; i ich także, jak wtedy "abramowszczaków", łączył wspólny duch demokratyzmu i służby społecznej; i póki walczyli przeciw wspólnemu wrogowi, z rzadka tylko w ich postawach brała górę osobista ambicja lub prywata
Czemu zatem przed dwoma laty, jeszcze przed rokiem, było tak dobrze, a teraz odczuwamy wielki kociokwik i obserwujemy wojnę wszystkich przeciw wszystkim, choc daleko do spełnienia zadań, jakie stoją przed generacją konspiratorów?
Nie sposób odpowiedzieć na to w paru zdaniach; czy zresztą możliwa jest wiarygodna odpowiedź? Czy ktokolwiek jest w stanie bezstronnie spojrzeć i zrozumieć obecne zawęźlenie namiętności?
Wątpię. Nie wątpię natomiast, że jednym z lekarstw na to fatalne schorzenie Polaków roku 1990 mógłby być jakiś nowy impuls ku zrzeszaniu się w stowarzyszeniach - obojętnie ku jakim celom zwróconych - które by abstrahowały od politycznej teraźniejszości i w praktycznym działaniu realizowały wspólnie odczuwane problemy. Zresztą nie owe realizacją są w tym przypadku najważniejsze, nie wytyczone cele; najważniejszy byłby sam ruch społeczny - ruch ludzi, którym "nie jest wszystko jedno", jak lubił mówić prezes Bratkowski.
Sądzę, że nowa epoka, która dopiero nadciąga - nazywam ją "wspólnotową" bądź "solidarnościową" - będzie się odznaczała tym, że miliony ludzi znowu poczną zrzeszać się przeciw niebezpieczeństwom, jakie niesie współczesna cywilizacja oraz utrzymujący się podział świata. Historia się nie kończy, wbrew wróżbie modnego Japończyka - ona się zaczyna na nowo. Kto ciekaw szczegółów - odsyłam do mojej książki "Ani Wschód, ani Zachód" Została niezauważona. To nic. Za jakiś czas ktoś znów odkryje to samo.
Wojciech Giełżyński