"Moja historia sektora po 1989 roku" Piotr Frączak: Różnice pomiędzy wersjami
Linia 50: | Linia 50: | ||
Chcę teraz powiedzieć o przerwanej tradycji. Tradycji, której nie zniszczyła II w.ś., nie zniszczył nawet do końca PRL. Ostatecznie przerwanie nastąpiło po 1989 roku w ramach transformacji. Pamiętam jak na początku istnienia ASOCJACJI, chcieliśmy z jednej strony "zarobić" na działalność społeczną, z drugiej wypromować nowe pismo. Idealnym pomysłem wydawał się komiks rysowany przez Jacka Federowicza, oparty na dokumentach a mówiący o Solidarności 1980-1981. Był hitowym podziemnym wydawnictwem pierwszej połowy lat 80-tych i wydawało się, że rozejdzie się jak świeże bułeczki. Tak się nie stało, było to, przynajmniej dla mnie, pierwsze zderzenie z nową świadomością społeczną III RP. Ale ciągle nie mieściło mi się w głowie, że to zerwanie jest całkowite. Chociaż już w 1992 pisałem w tekście "Społeczeństwo obywatelskie - zmarnowany potencjał" (Przegląd Społeczny nr 2/1992) o tym, że zarówno inicjatywy wywodzące się i inicjatyw sprzed wyborów (np. Społeczne Towarzystwo Oświatowe, Stowarzyszenie Działaczy Samorządu Pracowniczego, ale też Komitety Obywatelskie i Komitety Założycielskie Solidarności), jak i inicjatywy powstałe po 1989 roku zaczęły wytracać swoja dynamikę. Politycy zawiedli się na "społeczeństwie obywatelskim" bo nie wystarczająco wspierali realizowane przez nich reformy zaczęli, jak to zwykle władza, traktować niezależne inicjatywy społeczne jako problem, a nie nadzieję na rozwiazanie problemów. Piotr Gliński później określał to mianem "zdrady elit", ale opowieść o jego poglądach i ostatecznym końcu tych koncepcji, gdy sam wreszcie do elit rządzących się dostał to osobna, i chyba pouczająca, historia. | Chcę teraz powiedzieć o przerwanej tradycji. Tradycji, której nie zniszczyła II w.ś., nie zniszczył nawet do końca PRL. Ostatecznie przerwanie nastąpiło po 1989 roku w ramach transformacji. Pamiętam jak na początku istnienia ASOCJACJI, chcieliśmy z jednej strony "zarobić" na działalność społeczną, z drugiej wypromować nowe pismo. Idealnym pomysłem wydawał się komiks rysowany przez Jacka Federowicza, oparty na dokumentach a mówiący o Solidarności 1980-1981. Był hitowym podziemnym wydawnictwem pierwszej połowy lat 80-tych i wydawało się, że rozejdzie się jak świeże bułeczki. Tak się nie stało, było to, przynajmniej dla mnie, pierwsze zderzenie z nową świadomością społeczną III RP. Ale ciągle nie mieściło mi się w głowie, że to zerwanie jest całkowite. Chociaż już w 1992 pisałem w tekście "Społeczeństwo obywatelskie - zmarnowany potencjał" (Przegląd Społeczny nr 2/1992) o tym, że zarówno inicjatywy wywodzące się i inicjatyw sprzed wyborów (np. Społeczne Towarzystwo Oświatowe, Stowarzyszenie Działaczy Samorządu Pracowniczego, ale też Komitety Obywatelskie i Komitety Założycielskie Solidarności), jak i inicjatywy powstałe po 1989 roku zaczęły wytracać swoja dynamikę. Politycy zawiedli się na "społeczeństwie obywatelskim" bo nie wystarczająco wspierali realizowane przez nich reformy zaczęli, jak to zwykle władza, traktować niezależne inicjatywy społeczne jako problem, a nie nadzieję na rozwiazanie problemów. Piotr Gliński później określał to mianem "zdrady elit", ale opowieść o jego poglądach i ostatecznym końcu tych koncepcji, gdy sam wreszcie do elit rządzących się dostał to osobna, i chyba pouczająca, historia. | ||
− | Ja sam zrozumiałem, że straciliśmy to powiązanie z tradycją, bardzo późno. Przez wiele lat byłem przekonany, że ciągłość między symbolicznymi rodowodami niepokornych a dzisiejszym zaangażowaniem społecznym jest naturalna i genetycznie zapisana. Moment, kiedy zrozumiałem, że kolejne pokolenie "działaczy społecznych" nie tylko nie zna tych tradycji, ale w większości z tradycją Judymów i Siłaczek, a także ruchu robotniczego, nie chcą mieć nic wspólnego. Nie mówię już o tradycji kontestacji i kontrkultury, która była w zasadzie doświadczeniami zachodu, gdy my tkwiliśmy w realiźmie socjalistycznym. Wtedy zrozumiałem, że ucząc przez lata tego "know how" działalności społecznej zatraciliśmy jej istotę. To był zimny prysznic, ale przyszedł dopiero gdzieś na początku XXI wieku i, mimo wielu prób, sytuacja się nie poprawiła, a w wielu aspektach jest jeszcze gorsza. | + | Ja sam zrozumiałem, że straciliśmy to powiązanie z tradycją, bardzo późno. Przez wiele lat byłem przekonany, że ciągłość między symbolicznymi rodowodami niepokornych a dzisiejszym zaangażowaniem społecznym jest naturalna i genetycznie zapisana. Moment, kiedy zrozumiałem, że kolejne pokolenie "działaczy społecznych" nie tylko nie zna tych tradycji, ale w większości z tradycją Judymów i Siłaczek, a także ruchu robotniczego, nie chcą mieć nic wspólnego. Nie mówię już o tradycji kontestacji i kontrkultury, która była w zasadzie doświadczeniami zachodu, gdy my tkwiliśmy w realiźmie socjalistycznym. Wtedy zrozumiałem, że ucząc przez lata tego "know how" działalności społecznej zatraciliśmy jej istotę. To był zimny prysznic, ale przyszedł dopiero gdzieś na początku XXI wieku i, mimo wielu prób, sytuacja się nie poprawiła, a w wielu aspektach jest jeszcze gorsza. W puste pole ideowego zaangażowania weszły zupełnie inne idee. Ale po co wybiegać zbytnio do przodu. Trzeba rozliczyć się z początkiem lat 90-tych, gdy wydawało się, że jeszcze wszystko jest możliwe. |
[CDN} | [CDN} |
Wersja z 23:20, 23 lip 2021
Spis treści
Wprowadzenie
Pewnie już czas, by poukładać swoje notatki i wspomnienia z historii sektora pozarządowego po roku 1989. Osób, które mogłyby i powinny to zrobić, jest znacznie więcej. Jednak, jak się okazało, historia samoorganizacji nie jest ważnym elementem historii polskiej transformacji. To zadziwiające twierdzenie jest do bólu prawdziwe. To liberalna gospodarka, budowanie państwa jako substytutu społecznego zaangażowania, zmaganie się różnych sił partyjnych, a nie obywatelskich, były tu podstawową siłą napędzającą. Dlaczego? Będę próbował odpowiedzieć na to pytanie, ale niezależnie od odpowiedzi - fakt pozostaje faktem. Będąca jednym z podstawowych postulatów transformacji - idea społeczeństwa obywatelskiego - została potraktowania instrumentalnie.
Ja spróbuję opowiedzieć to, co pamiętam. W końcu jako redaktor sektorowych pism: Biuletynu Inicjatyw Społecznych (1989-1990), miesięcznika ASOCJACJE (1990-2001), Dziękuję (2002-2004) czy w końcu Federalistki (2010-2014), miałem okazję obserwować rozwój organizacji pozarządowych w Polsce i w wielu inicjatywach brałem udział. Zawsze wydawało mi się, że zbyt mało wiemy (my, działacze społeczni) o historii sektora przed 1989 rokiem. To prawda, to nieodrobiona lekcja, ale okazuje się, że równie mało wiemy o tym, co bezpośrednio wpłynęło na to, jaki ten sektor jest dziś. O sporach i sukcesach, o tym, jak w różny sposób pojmowaliśmy cele samoorganizacji. Warto to sobie poukładać, więc i ja spróbuję. Inaczej jednak, niż robiłem to do tej pory, siląc się na obiektywizm. Do dyskusji potrzebne są co najmniej dwa różne punkty widzenia. Spróbuję sformułować jeden. Może pobudzi to również wspomnienia innych.
Początki
Biuletyn Inicjatyw Społecznych
Był to czas wielkiego przełomu, prawie tak wielkiego jak w sierpniu 1980 roku. Mimo, że zmiany zapoczątkowane były nie zwycięskimi lecz przegranymi strajkami, co opozycji dawało słabszą pozycję wobec władzy. Więcej - ponieważ ruch społeczny nie ukonstytuował się na nowo trzeba było odwołać się do starych struktur. Ale nie było jasności czy odwoływać się do tych legalnych struktur, demokratycznie wybranych, z 1981 roku, czy tych, które ukształtowały się w wyniku walki podziemnej. Powoli, od dołu w zakładach pracy powstawała "nowa" Solidarność (dzięki temu, pracując wówczas w szkole Sanatorium Neuropsychiatrii w Józefowie, przez chwilę byłem członkiem związku). Lokalnie powstawały komitety obywatelskie Solidarności na wzór Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, zaś uwolniona, dzięki porozumieniom okrągłego stołu i wprowadzeniem ustawy Prawo o stowarzyszeniach, aktywność ruchu stowarzyszeniowego, dawała nadzieję na szybkie budowanie społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.
Wtedy Piotr Marciniak, którego znałem z Kolegium Otryckiego, zapytał czy nie chciałbym się zająć dokumentowaniem małych inicjatyw społecznych. Związane było to ze zmianami w Fundacji im. Stefana Batorego. Odwilż polityczna umożliwiała rozszerzenie formuły fundacji. Zapewne były różne pomysły - nie znam dokładnie kulis tych zmian - ale był w to zaangażowany wówczas i prof. Zbigniew Pełczyński. To on zafundował z własnej kieszeni mini-stypendium na prowadzenie tych badań. Fundacja podryfowała w trochę innym kierunku, ale dla mnie to był pierwszy krok w kierunku podjęcia obserwacji uczestniczącej w tworzącym się sektorze obywatelskim.
Założenie było takie, by dokumentować małe inicjatywy, bo istniało domniemanie, że takie duże jak Solidarność, Komitety Obywatelskie same zadbają o dokumentowanie swojej historii. Dziś wiem, że nie było to do końca słuszne założenie i wiele dużych inicjatyw przepadło bez śladu, ale wówczas chodziło o to by nie przegapić tej różnorodności. Sposobem na pozyskiwanie informacji było m.in. rozpoczęcie wydawania powielaczowego pisemka "Biuletyn Inicjatyw Społecznych" i nawiązanie kontaktu z innymi powstającymi pismami np. - "Zielone Brygady" z Krakowa, czy "Wulkan" ze Żnina. Zebrane wówczas materiały stały się też podstawą do wydanej w 1994 przez IFIS PAN publikacji "Gorączka czasu przełomu. Dokumenty ugrupowań radykalnych 1989–1990". Teraz interesują nas raczej organizacje społeczne niż polityczne. Tego dotyczył biuletyn, w którego wstępniaku czytamy:
"Społeczeństwo obywatelskie"
Ileż nadziei budzi w nas to określenie. Pewnie tym więcej, im bardziej pozostaje ciągle jeszcze w sferze mitu. A przecież tak naprawdę chodzi o sprawy bardzo konkretne. O całe mnóstwo od lat nie załatwianych problemów dotyczących tego, gdzie i jak żyjemy. Tych problemów, których nie załatwi nam nowy rząd. I to nie tylko dlatego, że pomiędzy władzą, która cieszy się społecznym poparciem, a społeczeństwem jak mur stoi biurokracja średniego i najniższego szczebla. Ten pozostawiony nam w spadku aparat państwowy, który stworzony został przecież nie po to, by służyć obywatelom, nie usprawiedliwia do końca naszej niemożności.
O funkcjonowaniu społeczeństwa decyduje również stopień jego samoorganizacji, czyli tego, co naukowcy określają mianem infrastruktury. To taka budowla społeczna, która w krajach zachodnich powstawała latami, podczas gdy u nas, choć niewątpliwie mamy dużo lepszą sytuację niż np. NRD, nadal są to tylko fundamenty. (...) W tej sytuacji, gdy na naszych oczach rodzi się ta nowa tkanka społeczna, uznaliśmy za potrzebne powstanie pisma, które umożliwiałoby kontakt pomiędzy poszczególnymi inicjatywami, ułatwiło dotarcie zainteresowanych ludzi do odpowiednich stowarzyszeń i organizacji, dostarczyłoby informacji, co i jak robi się w drugim końcu Polski. Czy takie, z założenia usługowe, pismo, jakim pragnie być Biuletyn Inicjatyw Społecznych, jest rzeczywiście potrzebne, zdecydują państwo sami" (z Biuletynu Inicjatyw Społecznych nr 1/1989).
"Samorząd a inicjatywy społeczne"
A był to czas przygotowywania wyborów do samorządów. Pisałem wtedy w tekście w taki oto sposób:
Sprowadzanie samorządności do demokratycznego wyboru, a następnie do w miarę sprawnego funkcjonowania organów przedstawicielskich jest nieporozumieniem, i to nieporozumieniem, które już w najbliższym czasie może okazać się fatalnym w skutkach. Jasnym jest, że rządowi zależy na przyspieszeniu wyborów. Przeprowadzenie ich ma umożliwić rozbicie nadal przecież nieźle funkcjonującej w terenie nomenklaturowej biurokracji oraz, co często pozostaje przemilczane, pozwoli administracji państwowej zrzucić część odpowiedzialności za trudne lub niemożliwe do rozwiązania problemy.
Z punktu widzenia społeczności lokalnej rzecz wygląda trochę inaczej. Same demokratyczne wybory niczego nie załatwią. Już teraz zresztą widać, że sfera możliwości działania przyszłych radnych jest mocno ograniczona. Rzeczywiste zmiany, przy sprzyjającym klimacie prawno-organizacyjnym (co zapewnić ma właśnie samorząd) zależne będą od inicjatywy samych mieszkańców. Tak jak dzisiaj walkę z biurokracją prowadzi się głównie przez przełamywanie biernej postawy obywateli (mienie SKR-ów odebrać można jedynie poprzez oddolne reaktywowanie Kółek Rolniczych, czynsze obniżyć poprzez strajki czynszowe, a spółdzielnie "uspołecznić" przez oddolnie inicjowany ruch wymiany Rad Nadzorczych) tak i po wyborach wszystko, lub prawie wszystko, zależeć będzie od aktywności samych zainteresowanych. Bez takiego zaangażowania ci demokratycznie wybrani, cieszący się zaufaniem przedstawiciele wcześniej czy później popaść muszą w stary i dobrze znany syndrom niemożności lub, co gorsza, w równie stare układy. Pieniędzy bowiem z oczywistych względów będzie zbyt mało, aby załatwić chociaż niektóre z najbardziej palących spraw (z Biuletynu Inicjatyw Społecznych nr 2/1989).
... i chyba moje obawy nie były, tak do końca, na wyrost.
Asocjacje
Obserwując wydarzenia wśród organizacji uczestniczyłem w różnych ciekawych wydarzeniach. Pierwszej próbie zawiązania się federacji organizacji młodzieżowych czy bardzo ciekawym spotkaniu na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowanym przez Solidarite France-Pologne. To spotkanie, organizowane przez Krystynę Vinaver, było wydarzeniem samym w sobie. To był typ myślenia o samoorganizacji bardzo mi bliski i - co trzeba będzie szczegółowiej opowiedzieć - okazał się nie być dominujący w sektorze społecznym (później zwanym pozarządowym). Jednak wtedy wydawało się, że obok dużej organizacji wspierającej rozwój samorządności Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej i odłączonej od niej części zajmującej się wspierania przedsiębiorczości (była to Fundacja Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych) powstanie trzecia organizacja zajmująca się wspieraniem aktywności społecznej. Instytucja ta miała mieć własne pismo (zauważono Biuletyn Inicjatyw Społecznych i zaproszono mnie do współpracy) i system wsparcia dla powstających organizacji.
Pismo, już jako Biuletyn Inicjatyw Społecznych "Asocjacje", zaczął wychodzić w 1990 roku. Finansowany był ze środków Solidarite France Pologne, a ja miałem stosunkowo dużą swobodę działania jako redaktor naczelny. Starałem się z jednej strony dostarczać wiedzy ogólnej, "ideologii społecznikowskiej", z drugiej praktycznych porad jak działać społeczne. Zwróciłem się do Stefana Bratkowskiego i Witolda Giełżyńskiego o teksty wprowadzające do pierwszych numerów. Sam też napisałem swoisty manifest (Asocjacje nr 2/1990). Pisałem w nim:
Początek długiej drogi
"Niewielkie znaczenie inicjatyw społecznych spowodowane jest tym, iż nie ilość tworzących się i działających grup, lecz istnienie prężnego ruchu stowarzyszeniowego mogłoby mieć tu podstawowe znaczenie. Ruch stowarzyszeniowy jest to przede wszystkim poczucie pewnej wspólnoty, umiejętność spojrzenia, przynajmniej przez ludzi aktywnie działających w różnych stowarzyszeniach, na własne zamierzenia i napotykane przeszkody przez pryzmat także innych grup. Początkowo to poczucie wspólnoty rodzi się w oparciu o konieczność działania w ramach jednakowych ustaleń prawnych, borykanie się z jednakowymi kłopotami. Potem dochodzi świadomość, że równoczesna akcja kilku inicjatyw ma większe szanse powodzenia, że całe środowisko może mieć wystarczającą siłę, aby np. domagać się zmiany praw, które ograniczają działalność społeczną. (...) Konflikty celów stawianych sobie przez poszczególne ugrupowania są w takim wypadku formą aktywnej demokracji, próbą dokonania bezpośredniego wyboru. Należy więc chyba traktową ruch stowarzyszeniowy jako próbę samoorganizowania się społeczeństwa, możliwość artykulacji artykulacji przez poszczególne środowiska swoich, głównie nie politycznych i nie ekonomicznych interesów, a jednocześnie jako metodę zaspokojenia tych potrzeb własnymi siłami.
Tak rozumiany ruch stowarzyszeniowy nie ogranicza się jednak wyłącznie do prawnie zalegalizowanych stowarzyszeń. Patrząc bowiem z punktu widzenia socjologicznych prawidłowości, a nie prawnych rozstrzygnięć, nie da się przeprowadzić wyraźnej granicy pomiędzy tym, co zalegalizowane, a tym, co nieformalne. Przecież każde stowarzyszenie jest początkowo związkiem nieformalnym. Z kolei wiele grup o luźnej strukturze może z czasem uznać konieczność rejestracji. (...) Niewątpliwie jesteśmy jeszcze na samym początku długiej drogi, która doprowadzi nas do tego, iż ruch stowarzyszeniowy zajmie równoprawne miejsce jako trzeci, obok ekonomicznego i politycznego, wymiar życia społecznego". (czytaj całość "Początek długiej drogi" Piotr Frączak)
Przeczuwałem, że zmiany wymagają czasu. Ale w najczarniejszych snach nie sądziłem, że w społeczeństwie, które doświadczyło "karnawału solidarności" i organizowało się w strukturach "społeczeństwa podziemnego", dojrzewać do myślenia w takich kategoriach zaczniemy dopiero kilkanaście lat później, a do powszechności takiego rozumienia samoorganizacji ciągle jeszcze nam daleko.
Wpływy zewnętrzne
To co później nazywano trzecim sektorem rozwijał się prężnie, ale w oparciu o wpływy (finanse) zewnętrzne. Miało to swoje ujemne strony, ale widać je dobrze dopiero z perspektywy czasu.
Przede wszystkim powstawały inicjatywy konkurencyjne, które swoje korzenie nie tyle miały w silnym społecznym zapleczu co często w źródle finansowania. Dodajmy, że to do dziś jest największa zmora polskiej działalności społecznej. Jak są środki na jakiś typ działania to pojawia się wiele - często powielajacych się inicjatyw. Mieliśmy nawet takie wielkie fale, gdy dominowały działania skierowane na partnerstwo z samorządem, na tworzenie federacji (czasem kilka w jednym regionie), na działania strażnicze, działania partycypacyjne. Wróćmy jednak do 1990 i 1991 roku, te fale to czas późniejszy i nie uda nam się ich w dalszym ciągu opowieści pominąć. Mieliśmy wtedy kilka tworzących się baz danych i inicjatyw federacyjnych. Powstawały pierwsze inicjatywy nie tyle prowadzące działalność społeczną co "obsługiwać". Wsparcie zewnętrze budowało (własną) infrastrukturę, nic też dziwnego, że do dziś mamy nadwyżki działań wspierających nad realną działalnością.
Po drugie te działania były, a przynajmniej starały się być, aideologiczne. Był to transfer "know how", a organizacje w zależności od źródeł finansowania trochę przypadkiem "wpadały" w strefy wpływów. Niby nie miało to znaczenia, a jednak uczyły się różnych rzeczy (wyjeżdżały na wizyty studyjne do różnych krajów "zachodu", czerpali ze wsparcia ekspertów). Oczywiście były w tym pewne różnice ideologiczne, ale było to raczej rozłożenie akcentów niż uświadomione sprzeczności w wyznawanych wartościach. Jak wspominałem inicjatywa Solidarite France-Pologne wiązała się z ideą ruchu społecznego (stowarzyszeniowego), ale już późniejsze aktywność związane z działalnością Fondation de France w Polsce wiązały się ze wsparciem fundacji (tak powstało Forum Fundacji Polskich). Amerykanie tworzyli ruch samopomocy (I Polsko-Amerykańska Konferencja Samopomocy Społecznej - Gdańsk 1990). Inicjatywy podejmowali (a wiele z nich ma jakieś swoje kontynuwacje) ludzie związani z Fundacją Batorego, z Centrum Informacji i Dokumentacji Rady Europy (Krajowa Rada Organizacji Pozarządowych), Komisji Europejskiej (działania w ramach programów PHARE - Regionalne Ośrodki Wsparcia czy Fundacja Fundusz Współpracy). Na amerykańskich wzorach tworzył się ruch SKOKów - w 1993 roku powstała na Pomorzu Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa im. Franciszka Stefczyka. A i później część dzisiaj dobrze funkcjonujących organizacji infrastrukturalnych powstała jako pozostałość różnych inicjatyw pomocowych (chociażby Akademia Rozwoju Filantropii w Polsce czy Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego), które przekształciły się w wyspecjalizowane organizacje.
Zmarnowany potencjał
Chcę teraz powiedzieć o przerwanej tradycji. Tradycji, której nie zniszczyła II w.ś., nie zniszczył nawet do końca PRL. Ostatecznie przerwanie nastąpiło po 1989 roku w ramach transformacji. Pamiętam jak na początku istnienia ASOCJACJI, chcieliśmy z jednej strony "zarobić" na działalność społeczną, z drugiej wypromować nowe pismo. Idealnym pomysłem wydawał się komiks rysowany przez Jacka Federowicza, oparty na dokumentach a mówiący o Solidarności 1980-1981. Był hitowym podziemnym wydawnictwem pierwszej połowy lat 80-tych i wydawało się, że rozejdzie się jak świeże bułeczki. Tak się nie stało, było to, przynajmniej dla mnie, pierwsze zderzenie z nową świadomością społeczną III RP. Ale ciągle nie mieściło mi się w głowie, że to zerwanie jest całkowite. Chociaż już w 1992 pisałem w tekście "Społeczeństwo obywatelskie - zmarnowany potencjał" (Przegląd Społeczny nr 2/1992) o tym, że zarówno inicjatywy wywodzące się i inicjatyw sprzed wyborów (np. Społeczne Towarzystwo Oświatowe, Stowarzyszenie Działaczy Samorządu Pracowniczego, ale też Komitety Obywatelskie i Komitety Założycielskie Solidarności), jak i inicjatywy powstałe po 1989 roku zaczęły wytracać swoja dynamikę. Politycy zawiedli się na "społeczeństwie obywatelskim" bo nie wystarczająco wspierali realizowane przez nich reformy zaczęli, jak to zwykle władza, traktować niezależne inicjatywy społeczne jako problem, a nie nadzieję na rozwiazanie problemów. Piotr Gliński później określał to mianem "zdrady elit", ale opowieść o jego poglądach i ostatecznym końcu tych koncepcji, gdy sam wreszcie do elit rządzących się dostał to osobna, i chyba pouczająca, historia.
Ja sam zrozumiałem, że straciliśmy to powiązanie z tradycją, bardzo późno. Przez wiele lat byłem przekonany, że ciągłość między symbolicznymi rodowodami niepokornych a dzisiejszym zaangażowaniem społecznym jest naturalna i genetycznie zapisana. Moment, kiedy zrozumiałem, że kolejne pokolenie "działaczy społecznych" nie tylko nie zna tych tradycji, ale w większości z tradycją Judymów i Siłaczek, a także ruchu robotniczego, nie chcą mieć nic wspólnego. Nie mówię już o tradycji kontestacji i kontrkultury, która była w zasadzie doświadczeniami zachodu, gdy my tkwiliśmy w realiźmie socjalistycznym. Wtedy zrozumiałem, że ucząc przez lata tego "know how" działalności społecznej zatraciliśmy jej istotę. To był zimny prysznic, ale przyszedł dopiero gdzieś na początku XXI wieku i, mimo wielu prób, sytuacja się nie poprawiła, a w wielu aspektach jest jeszcze gorsza. W puste pole ideowego zaangażowania weszły zupełnie inne idee. Ale po co wybiegać zbytnio do przodu. Trzeba rozliczyć się z początkiem lat 90-tych, gdy wydawało się, że jeszcze wszystko jest możliwe.
[CDN}