Szkic do historii ekonomii społecznej w Polsce

Z MediWiki
Wersja z dnia 12:15, 11 sty 2025 autorstwa Piotr Frączak (dyskusja | edycje) (Utworzono nową stronę "=Autor= ===Piotr Frączak=== =Żródło= http://www.owes.info.pl/biblioteka/11_fraczak_historia.pdf =Szkic do historii ekonomii społecznej w Polsce= ==Wstęp==...")
(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Autor

Piotr Frączak

Żródło

http://www.owes.info.pl/biblioteka/11_fraczak_historia.pdf

Szkic do historii ekonomii społecznej w Polsce

Wstęp

Chciałem z góry zastrzec, że nie jest to praca historyczna. To raczej próba sformułowania, w oparciu o dość swobodny dobór materiału historycznego, kilku hipotez dotyczących obszarów, na których odwołanie do tradycji ekonomii społecznej w Polsce byłoby możliwe. Bezdyskusyjna wydaje się potrzeba włączenia doświadczeń historycznych do dzisiejszej debaty na temat ekonomii społecznej w Polsce, jednak brakuje materiału, który umożliwiłby szersze spojrzenie na te, podejmowane spontanicznie przez naszych przodków, próby budowania lepszego świata w oparciu o zasady solidarności i wzajemności. Opracowania próbujące opisać naszą historię w tej właśnie perspektywie są nieliczne i w dużej mierze przyczynkarskie. Co prawda, mamy bogaty dorobek teoretyczny spółdzielców. Tutaj chociażby dzieła Stanisława Wojciechowskiego, bądź co bądź prezydenta II Rzeczypospolitej, mogą stać się źródłem wiedzy i pomysłów. Cóż, kiedy trudno mówić o ciągłości w historii polskiej spółdzielczości, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę lata okupacji i czasów stalinowskich. Symbolicznego faktu nabiera ostateczne zlikwidowanie w 1951 roku pozostałości utworzonego przez Staszica Towarzystwa Hrubieszowskiego (na podsatawie dekretu Bieruta). Ta polska praspółdzielnia, o której będzie jeszcze mowa, przetrwała zabory, dwie wojny światowe – w sumie przeszło sto lat.

Mamy też bogatą literaturę dotyczącą „pracy organicznej” czy „pracy u podstaw” jako pozytywistycznego sposobu na bogacenie się narodu i... uzyskanie niepodległości . W dużej części pokrywa się ona z historią spółdzielczości, ale też te wspólne korzenie utrudniają wyraźne odróżnienie działalności społecznej filnatropów i postępowców od działalności nastawionej na nowe rozwiązania systemowe, od „rewolucjonistów”. W nurcie tym nie można przeoczyć publicystyki Stefana Bratkowskiego, który przez wiele lat próbował przekształcać historyczne przykłady, w tym także polskie, w propozycje dla współczesnych „przedsiębiorców społecznych”. Właśnie od Bratkowskiego wielu uczyło się przekonania, że to nie indywidualna własność prywatna, odgórne zarządzanie i aspołeczne cele decydują o skuteczności, że można – tak jak udowadnia to m.in. „najdłuższa wojna nowoczesnej europy” – osiągnąć sukces, także ekonomiczny, jeżeli podejmie się wspólny wysiłek.

Mamy też wiele informacji dotyczących szeroko rozumianej historii działań dobroczynnych. Bowiem historia ekonomii społecznej w Polsce wiele nauk może czerpać z działań organizacji społecznych, które podejmując działania samopomocowe i wzajemnościowe nie unikały pytań o system stabilności finansowej instytucji filantropijnych. Wydaje się, że warto podkreślać , iż dobroczynność ma wiele więcej wspólnego z ekonomią społeczną, niż się powszechnie wydaje. To właśnie takie szerokie spojrzenie umożliwia krytyczną refleksję i możliwość świadomego poszukiwania własnych korzeni. Tu wydaje się, że m.in. opracowania Ewy Leś mogłyby rozpocząć debatę nad istotą i rolą filantropii w historii Polski.

Tak oto, niezależnie od tego, czy ES będziemy rozumieć jako alternatywne rozwiązanie dla kapitalizmu (czyli w dużej mierze gospodarkę pozarynkową, wspólnotową, wymienną), czy też formę korekty zasad działania rynku we współczesnym świecie (czyli w istocie „kapitalizm z ludzka twarzą”), poszukiwać będziemy tradycji ekonomii nie w oparciu o ideologie, ale o konkretne przykłady. Historia i współczesne „dobre praktyki” pokazują, że wiele z tego, co wydaje się utopią, można zrealizować w rzeczywistości, że jeżeli się chce, prawie wszystko jest możliwe. To przekonanie usprawiedliwia odwołanie się do przykładów nawet z zamierzchłej przeszłości, bo nic tak nie inspiruje, jak fakt, że innym się udało. Niezależnie więc, czy mamy współczesną wspólnotę leśną (nadaną np. według tradycji jeszcze przez Jagiełłę), która umie wspólne pieniądze przeznaczyć na budowę mostu, czy też inicjatywę, która potrafi zorganizować i zatrudnić grupę bezdomnych przy hodowli ginących gatunków trzody, dotykamy tu tego samego problemu, aktualnego od wieków. Ludzie działający wspólnie mogą osiągnąć więcej, ze wspólnym pożytkiem.

Usprawiedliwiając się więc z tej próby prezentacji doświadczeń ES w Polsce, trzeba podkreślić, że po pierwsze, doświadczenia polskie są bardzo specyficzne i szukanie odniesienia do historii ekonomii społecznej w ogóle może być bardzo mylące. Po drugie, ostatnie stulecie (jeżeli nie dwa) tyle razy było świadkiem zrywania ciągłości, przekłamywania historii (w tym historii działań społecznych), że połapanie się w tej tradycji nie może być łatwe. Jak oddzielić prawdę od propagandy, watpliwości od ideologicznej polemiki? To pomieszanie tradycji może być naszym przekleństwem, ale też naszym atutem. Zależy to od tego, czy uda nam się z wystarczającą pokorą pochylić się nad naszą historią. Ale my musimy szukać z określonej perspektywy tych wydarzeń, które będą uprawdopodabniać tezę, że możliwe jest osiągnięcie sukcesu przez współdzialanie. Z góry więc zakładamy pewne rozwiązanie i nasze poszukiwania są z gruntu ideologiczne. Dlatego, mimo że nie jestem historykiem, podejmuję się tej próby określenia propozycji obszaru historycznych poszukiwań.

„Nie dla nas, Panie, nie dla nas, lecz dla chwały Twego imienia”

„Nie dla nas, Panie, nie dla nas, lecz dla chwały Twego imienia”

„Z niego my wszyscy”

Osobą, którą szczególnie trzeba uhonorować, jest Stanisław Staszic (1755-1826). Nie dlatego, że był pierwszy, ale dlatego, że w jego działaniach odnajdziemy połączenie tego, co stanowiło o istocie gospodarki społecznej z czasów odchodzącej Rzeczypospolitej Szlacheckiej, jak i tego, co w dużej mierze określało (poza oczywiście przygotowywaniem zbrojnego powstania) aktywność Polaków na najbliższe 100 lat, czyli szeroko rozumianą pracę organiczną połączoną z ogromnym zaangażowaniem (jeśli nie poświęceniem) społecznym. Ogromna różnorodność działań, które podejmował, do dziś może stanowić wzór dla inicjatyw społecznych opartych o rozumne gospodarowanie pieniędzmi. Wyświęcony w 1779 roku na księdza Staszic swoją działalność społeczną rozpoczyna w okresie Sejmu Czteroletniego jako autor anonimowych dzieł „Uwagi na życiem Jana Zamoyskiego” i „Przestróg dla Polski”. W tym ostatnim piętnuje zachowania, które „zamiast wiązania, łączenia wszystkich Polaków w dzisiejszej okoliczności rzucają między familie nienawiść i niezaufanie; zamiast powstawania na zbrodnie jawne a zachęcania do cnót, uwielbianych tak w przodkach, jako i współżyjących, niszczą rzadkie a najpiękniesze przykłady, podają w wątpliwość wszystkie cnoty; owszem, jakby się lękali, że jeszcze mało w Polsce nieprawości...”[Chyra-Rolicz 1980, s. 40]. Ta współcześnie brzmiąca wypowiedź jest zapowiedzią działań, które próbowały łaczyć wysiłki na rzecz odrodzenia się narodu i rozwoju gospodarczego zgodnie z jego dewizą „paść może i naród wielki, zniszczeć – tylko nikczemny”

Więcej

„Dla ojczyzny ratowania…”

Ekonomia społeczna w Polsce XIX wieku ma specyficzny koloryt, który w sposób oczywisty zaciążył nad jej formami. Charakterystyczne dla organiczników było przekonanie, że „odrodzenie społeczeństwa naszego wymaga nieustającej, ciągłej, niezmordowanej czynności, wymaga pracy i wytrwałości tym większej, im smutniejsze nasze położenie, im niepewniejsze rozwiązanie przyszłości wydać się może. Zawodami zaś, których tyle na polu prac organicznych doznaliśmy, nie zrażajmy się (...) Bo jeśli na dzieje ludzkości spoglądniemy z wyższego, tj. filozoficznego, a nie kramarskiego stanowiska, to przekonamy się, że właściwie nie ma nieudanych prac organicznych, chyba że prace te były przedsię- wzięciem w celach osobistych, partykularnych, a więc nie były pracami wynikłymi z potrzeb ogółu społeczeństwa i mającymi jego dobro na celu” [Florian Ziemiałkowski za: Droga do niepodległości 1988, s. 170]. Moim celem nie jest opisywanie idei, które uzasadniały stosowanie pracy organicznej, ale konkretnych przykładów realizacji tych idei. Jednak to, co było w tych działaniach najważniejsze, to fakt, że kwestia polskości, rozwoju gospodarczego narodu była czymś, co pozostawało motywem przewodnim. Z punktu widzenia tradycji nie bez znaczenia był fakt, że rozwój poszczególnych form odbywał się w trzech różnych zaborach, czyli w różnych środowiskach – i to różnych zarówno pod względem prawnym i politycznym, jak i ekonomicznym czy społecznym.

Twardy rdzeń ekonomii społecznej w Polsce kształtował się na terenie zaborów w różnym stopniu i różnym czasie. Jednak rzeczywistego znaczenia nabrał w latach 60. XIX w., „gdy ziemie te przeżywały przyspieszone, aczkolwiek cząstkowe, właściwe krajowi zacofanemu gospodarczo procesy modernizacyjne” [Kochanowicz s. 2].

„Dla ojczyzny ratowania…”


Próba podsumowania

Nie jest intencją tego tekstu próba wysnuwania ogólnych wniosków z histoii polskiej ekonomii społecznej. Chciałem raczej zachęcić do podjęcia tematu, zainteresować rozległością zagadnień, rozpocząć dyskusję. Ale też właśnie dlatego chciałbym, w formie pewnych hipotez raczej niż udowodnionych tez, sformułować kilka wniosków, które nasunęły mi się podczas przyglądania się różnym przejawom historycznej działalności, która, choć nie dla zysku, podejmowana często, aby sfinansować działalność społeczną, cele wspólnotowe, odwoływała się do mechanizmów ekonomicznych jako źródła finansowania.

Różnice prawne

Polskie doświadczenia pod zaborami pokazują w szczególny sposób, jak niewiele znaczy prawna forma działalności. Zakładano spółki, stowarzyszenia, spisywano akty notarialne, umawiano się „na gębę”, powierzając, tak jak w Liskowie, prowadzenie sklepu jednemu z „udziałowców”. Tworzono towarzystwa kredytowe, pożyczkowo-oszczędnościowe, banki ludowe. Wszystko to w różnych systemach prawnych, w oparciu o różne akty (lub ich brak), a jednak podobień- stwa co do sposobu działania, istoty podejmowanej aktywności pozostają wyraźne. To nie prawo determinowało sposoby działania. Różnice wynikały nie tyle z regulacji prawnych, ile z istniejących warunków społecznych, z tego, kto anagżował się w działalnośc społeczną. Upraszczając, mieliśmy do czynienia z dwoma nurtami w „economie sociale” w Polsce rozbiorowej. Jeden to nurt liberalno-narodowy z silnymi inspiracjami Kościoła katolickiego (może raczej należałoby powiedzieć przy dużym wsparciu księży, takich jak Wawrzyniak czy Bliziński), drugi to oparty o postępowe (czy socjalistyczne – tak się wówczas mówiło, choć dla dzisiejszego czytelnika pojęcia te mają już inne konotacje) środowiska inteligenckie i robotnicze. Powałane w 1906 roku Towarzystwo Kooperatystów (z założycielami takimi, jak Edward Abramowski czy późniejszy prezydent RP Stanisław Wojciechowski) propagowało ideę kooperatywy jako sprawy „wyzwolenia ludu pracującego”. Ale ekonomia społeczna w takiej skali nie byłaby w Polsce możliwa, gdyby nie jej zakorzenienie w szerokim ruchu obywatelskim. Kółka rolnicze, towarzystwa kulturalne, bractwa abstynenckie, tajne organizacje – to wszystko nie tylko uzupełniało działalność ekonomiczną spółdzielni, ale wręcz ją umożliwiało. Oczywiście zaplecze to miało, jak wspominałem, różne oblicza ideowe. Ruchy silnie katolickie obok robotniczych, masoni i samoorganizacja chłópów, ugodowcy i rewolucjoniści. Od podejścia ideowego zależała jednak nie tyle praktyka spółdzielcza, co pewna wizja. Czy zaczynając od kas zaliczkowych połączonych z kasami oszczędności, poprzez towarzystwa wspólnego zakupu, potem towarzystwa konsumpcyjne i towarzystwa wzajemnej pomocy, dochodzić „do stopnia najwyższego, do towarzystw produkcyjnych (...) Są one najwyższym wykwitem ruchu stowarzyszeń” [Romanowicz za: Wojciechowski 1939, s. 35], czy uznać, że „najprzód robotnikom idzie o to, aby mieć jak najtańszą żywność (spółki spo- żywcze). Następnie zaoszczędziwszy pewną sumkę i dawszy dowód swego prowadzenia sie, starają sie o kredyt (banki zaliczkowe). W końcu mając oszczędności i kredyt, zabierają się do prowadzenia interesów na własna rękę i wiążą się wówczas w spółki produkcyjne” [Makowiecki za: Wojciechowski 1939, s. 35]. Te różne perspektywy zależą w dużej mierze od tego, do kogo jest adresowany program spółdzielczy, czy do samodzielnych rolników i drobnych przedsiębiorców (jak w zaborze pruskim i austriackim), czy głównie do środowisk robotniczych (jak w zaborze rosyjskim). Jednak sama idea tego ruchu była jasna i niezależna od systemu społecznopolitycznego. „Historia ruchu spółdzielczego we wszystkich krajach uczy, że dla jego powstania i rozwoju potrzebne jest nie tylko sprzyjające środowisko w postaci licznej rzeszy zarobkujących lub samoistnych wytwórców, pragnących poprawić swoje położenie za pomocą akcji zbiorowej, ale w niemniejszym stopniu – obecność oświeconych, moralnie niezachwianych jednostek, umiejących z poświęceniem torować drogę nowej organizacji i zacieśniać wypadkowo zawiązane węzły braterstwa. Obecność takich jednostek jest szczególnie potrzebna w krajach o nizkim poziomie kultury, jest potrzebna w początkach ruchu, a jeszcze bardziej wtedy, gdy spółdzielnie obejmują tysiące członków. Jeżeli takich jednostek brak, to kierownictwo dostaje się w ręce ludzi albo zmaterializowanych, traktujących spółdzielnie jako zwykłe przedsiębiorstwo, albo słabych, nie posiadajacych dość sił moralnych i wiedzy, ażeby przeciwstawić się rozkładowym czynnikom i wyprowadzić spółdzielnię na właściwą drogę. W pierwszym wypadku grozi spółdzielni niebezpieczeństwo zmaterjalizowania, zwyrodnienia, a drugim – zastoju lub upadku” [Wojciechowski 1923, s. 47].

Powiązania z biznesem i administracją

Polska ekonomia społeczna, z uwagi na fakt, iż społeczeństwo przez ponad wiek pozbawione było własnej państwowości, bardzo niechętnie odnosiła się do współpracy z państwem. Wielokrotnie w przytaczanych cytatach ta potrzeba niezależności się pojawiała. Co więcej, ta chęć samostanowienia jest tu jednym z najważniejszych bodźców do działania. W Wielkopolsce wyraźnie widać, że silniejsze są te organizacje spółdzielcze, które muszą konkurować na swym terenie z podobnymi instytucjami niemieckimi. Częściowa pomoc administracji dla ruchu samoorganizacji ekonomicznej w zaborze austriackim osłabiała pozycję takich instrumentów, jak np. własny bank. Pozostaje pytanie, na ile „odcięcie się” od administracji publicznej jako systemu osłabiającego wolę samoorganizacji jest aktualne do dziś. Na przykładach historycznych taką tezę dałoby się chyba obronić.

Zupełnie inną sprawą jest współpraca z biznesem. We wszystkich trzech zaborach mamy przykłady zaangażowanych biznesmenów – choćby wspominani wyżej Cegielski w Wielkopolsce i Szczepanowski w Galicji, czy np. Kronenberg w Królestwie. Na podstawie tych najbardziej znanych przykładów można sformułować taką oto hipotezę. Przedsiębiorcy jak źródło finansów, czy jako siła fachowa wspierająca ekonomię społeczną, są niezastąpieni. Jednak zbyt bliskie powiązania, pomieszanie sektorów nie wychodzi na dobre ani jednej, ani drugiej stronie. Wielkość Stanisława Szczepanowskiego, którego rola dla rozwoju Galicji jest niepodważalna – i to nie tylko w wymiarze czysto ekonomicznym, czyli udziału w rozwoju przemysłu naftowego, ale także, że tak powiem współczesnym językiem, „dla rozwoju zasobów ludzkich” i społecznego rozwoju, była ogromna. „Kto przeżył z nim razem ów szereg lat – mówił jeden z jego współpracowników – nie zdoła zapomnieć nigdy owego cudotwórczego przewrotu, jaki się dokonywał w oczach naszych, na ludziach, stosunkach i pojęciach. Widzieliśmy wytwornych paniczyków garnących się z zapałem do ręcznej, ciężkiej roboty, dawnych próżniaków, graczy nałogowych i wykolejeńców kręcących z zamiłowaniem żerdzie wiertnicze lub szlifujących kurki po rafineriach. Pamiętamy dyplomowanych inżynierów obchodzących uroczyście wyzwoliny na majstra wiertacza. Znamy ludzi, których całym wychowaniem był warsztat lub szkoła marynarska, a którzy dziś czynną służbą obywatelską, królewską ofiarnością ciężko zdobytego mienia są chlubą swoich powiatów” [za: Kieniewicz, s. 186]. A mimo to ten człowiek, któ- ry bliski był ogromnej fortuny (gdyby nie musiał sprzedawać szybów, zanim zaczęły przynosić prawdziwe zyski), skończył nie tylko na ławie oskarżonych (oczyszczono go z zarzutów raczej z uwagi na zasługi, niż z powodu niewinności), ale także doprowadził prawie do upadku szacowną instytucję ekonomii społecznej, jaką była Galicyjska Kasa Oszczędno- ści. Po prostu przeinwestował – i to dla celów społecznych... Czy oznacza to, że zbyt bliska współpraca podmiotów ekonomii społecznej z biznesem jest niebezpieczna? Na pewno warto uważać.

Infrastruktura ekonomii społecznej

Czytając informacje o działalności spółdzielni polskich pod zaborami ma się czasem wrażenie, że historia ta nie tyle odnosi się do oddolnych, lokalnych inicjatyw, ile opisuje dzieje ogólnokrajowych instytucji. Jest to wrażenie, z jednej strony, bardzo mylące, bo prawdziwa praca odbywała się lokalnie. Bez setek inicjatyw, z ich sukcesami i porażkami, bez rzeszy anonimowych dziś społeczników, którzy „robili swoje”, nie byłoby ruchu spółdzielczego. Warto wspomnieć, że w cytowanej przeze mnie nagminnie „Historii spółdzielczości polskiej do 1914 r.” Stanisława Wojciechowskiego wspomina się Lisków bodaj tylko raz – z okazji zorganizowania w tamtejszej szkole kursu mleczarskiego. A przecież historia „Małej Ameryki”, jak Lisków nazywano, to opowieść sama dla siebie, bardzo „dobra praktyka”, aby użyć współczesnego słownictwa. Wioska, która jak opowiada sam inicjator tego „cudu” ks. Wacław Bliziński, o sytuacji społeczno-gospodarczej takiej, „że nie ma bodaj wsi, która znajdowałaby się w gorszych warunkach, a choćby w tak złych warunkach, w jakich ta wioska była (...) Po pewnych potajemnych nawoływaniach zebrało się trzydziestu dwóch mądrzejszych gospodarzy i przy ich pomocy w roku 1902 (...) założyliśmy ten pierwszy sklepik spółdzielczy, który był zarazem jakby gospodą chłopską czy klubem. Do sklepu każdemu przecież wolno było przyjść. Policja nie mogła, nie miała tytułu, rozpędzać zgromadzonych w sklepie chłopów. (...) Dlatego też tę pierwszą spół- dzielnię, ten sklepik spółkowy nazywamy matką wszystkich innych instytucji, które się następnie zrodziły. (...) Tak powstała myśl, ażeby załozyć piekarnię spółdzielczą. W roku 1916 nabyliśmy młyn parowy. (...) nasza spółdzielnia budowlana (...) sporo zrobiła w okolicy, bo –wyrabiając około miliona cegły rocznie w piecu Hoffmanowskim, daje możność powstania około 30 budynków rocznie. (...) te cztery spół- dzielnie połączyły się razem w jedną spółdzielnię rolniczohandlową i mają jeden zarząd, jedną radę, tych samych urzędników i jedne książki buchalteryjne. Jednak dla ścisłej kontroli w książkach tych każda spółdzielnia ma oddzielną rubrykę, czyli samorząd do pewnego stopnia został zachowany (...) Skąd na to wszystko pieniądze? (...) Urządzaliśmy rozmaite loterie, przedstawienia, jasełka, wypuszczaliśmy akcje, zaciągaliśmy pożyczki, otrzymywaliśmy też niekiedy drobne ofiary. Parafianom mym nawet nie proponowałem żadnych składek, bo prawdopodobnie nie dostałbym. Ale za to na propozycję, żeby dawali pomoc ręczną, nieomal wszyscy parafianie się zgodzili, tak że na 800 gospodarzy przy bu - dowie Domu Ludowego zaledwie dwóch znalazło się takich, którzy nie okazali zupełnej pomocy (...) Od szeregu lat instytucje te nie tylko nie potrzebują już żadnej pomocy, ale one pomagają jeszcze innym związkom kulturalnym, mając kil - kanaście tysięcy rocznie czystych nadwyżek do dyspozycji, tym bardziej, że członkowie się do tego przyzwyczaili, aby nadwyżek nie zabierać, lecz przeznaczać w pewnej części na cele filantropijne, na oświatę; biblioteki, czytelnie, na sierociniec, a znaczną większość pozostawiać na powiększenie kapitału obrotowego.” [Bliziński 1927]. Trudno tu przytaczać całą historię, ale gdy do wyżej wymienionych inicjatyw do - damy mleczarnię, Kasę Stefczyka, Szkołę Handlową, Szkołę Mleczarska, Szkołę Rzemieślniczo-Przemysłową, sierociniec (a mówimy tu tylko o tych większych działaniach), to do - cenimy sukces, jaki udało się osiągnąć w tym niemajacych, jak się zdawało, żadnych szans rozwojowych miejscu, w tak niekorzystnych jak zabór rosyjski warunkach.

Jednak myliłby się także i ten, kto patrząc na konkretne przy - kłady nie doceniałby roli patronatu, instytucji finansowych, zjazdów i związków. Pojedyncze sukcesy – we wszystkich trzech zaborach – tylko dzięki tym instytucjom nie tylko po - zwalały rozwijać się nielicznym, ale dawały szanse i nadzieje innym. Patronat, czyli organizacje wspierające, dostarczały wiedzy, pomagały, ale też kontrolowały. Zarówno w Wielkopolsce, jak i w zaborze austriackim lustracje spółdzielni robione były, zanim nakazało to prawo. Co wiecej, dzieki temu funkcjonujące w związkach spółdzielnie uniezależnione były od lustracji zewnętrznej. Tak było, gdy w 1903 roku ogłoszona została ustawa wprowadzająca przymusową re - wizję stowarzyszeń z zewnątrz, Związek stowarzyszeń (tak samo jak wcześniej w Wielkopolsce Związek spółek zarobkowych) otrzymał od ministerstwa uprawnienie do dokonywania takich rewizji, co nie było dziwne, gdyż od wielu lat jego członkowie poddawani byli corocznej (a nie, jak chciała ustawa, raz na dwa lata) lustracji.

Tak więc tylko dzięki troistej strukturze (obecnej we wszystkich trzech zaborach), opartej na organizacjach wspierają - cych rozwój i podnoszenie kwalifikacji (patronat), na wspólnych instytucjach finansowych oraz formach reprezentacji, które umożliwiały poszczególnym członkom branie udziału w ustalaniu kierunków rozwoju spółdzielczości, w Polsce przed I wojną światową udało osiągnąć tak imponujące rezultaty. W 1914 roku na terenie ziem polskich działało 3 74 5 spółdzielni zrzeszających 1 4 58 562 członków o udzia - łach w wysokości 162,7 mln „franków złotych”, a wkładach oszczędnościowych dochodzących do miliarda „franków złotych”.

Bibliografia

Bliziński Wacław, 1927, Działalność spółdzielni i organizacji rolniczych w Liskowie, wystąpienie na zjeździe spółdzielni w Wilnie 18 grudnia za: http://www.tvp.com.pl/parafia/dokumenty.htm

Bratkowski Stefan, 1999, Pieniądz zdrowego rozsądku, w: Tygodnik „Wprost” nr 879 (3 października)

Bratkowski Stefan, 2000, „Podróż do nowej przeszłości”, VEDA Warszawa

Bratkowski Stefan, 2002, „Samoorganizacja w Rzeczypospolitej szlacheckiej i w okresie zaborów”, w: P. Gliński P.

Lewenstein B., Siciński A. „Samoorganizacja społeczeństwa polskiego: Trzeci sektor”, IFIS PAN, Warszawa

Chyra-Rolicz Zofia, 1980, Stanisław Staszic, PWN, Warszawa

Droga do niepodległości, 1988, „Droga do niepodległości czy program defensywny? Praca organiczna – programy i motywy”, Wybór i wstęp Tomasz Kizwalter i Jerzy Skowronek, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa

Galos Adam, 1971, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego w zaborze pruskim, w: Stefan Inglota (red.), Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa

Giełżyński Wojciech, 1986, „Edward Abramowski. Zwiastun »Solidarności«”, Polonia, Londyn

Hurbyk Andrij, 1999, „Wspólnota wiejska na Ukrainie w XIVXVIII w. Ewolucja podstawowych form społeczno-terytorialnych”, Przegląd Historyczny, zeszyt 1

Inglota Stefan, 1971, Przedspółdzielcze formy współdziałania w dawnej Polsce, w: Stefan Inglota (red.), Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa

Jasiennica Paweł, 1967, „Polska Jagiellonów”, tom II, PIW

Karaskiewicz Katarzyna, 1999, „Miłosierdzierdzie według Michała Jerzego Poniatowskiego”, w: Urszula Augustyniak i Andrzej Karpiński, Charitas. Miłosierdzie i opieka społeczna w ideologii, normach postępowania i praktyce społeczności wyznaniowych w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, Semper, Warszawa

Karwowski Stanisław, 1907, „Cechy szewskie w Poznaniu i na przedmieściach”, Poznań

Kautsky Karol, 1949, „Poprzednicy współczesnego socjalizmu”, Książka i Wiedza, Warszawa

Kieniewicz Stefan, 1964, „Dramat trzeźwych entuzjastów. O ludziach pracy organicznaj”, Wiedza Powszechna, Warszawa

Kłoczkowski Jerzy, 1987, „Od pustelni do wspólnoty”, Czytelnik, Warszawa

Kochanowicz Jacek, 1992, „Economie sociale” w Polsce, tłumaczenie tekstu z „Revue des Etudes Cooperatives, Mutualistes et Associatives” nr 41

Kumor Bolesław, 1999, Opieka społeczna Kościoła w świetle ustawodawstwa synodalnego w Polsce (do 1795),w: Urszula Augustyniak i Andrzej Karpiński, Charitas. Miłosierdzie i opieka społeczna w ideologii, normach postępowania i praktyce społeczności wyznaniowych w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, Semper, Warszawa

Leś Ewa, 2001, Zarys historii dobroczynności i filantropii w Polsce, Prószyński i S-ka, Warszawa

Maciuszko Janusz T., 1999, „Miłosierdzie w rozumieniu historycznego protestantyzmu”, w: Urszula Augustyniak i Andrzej Karpiński, Charitas. Miłosierdzie i opieka społeczna w ideologii, normach postępowania i praktyce społeczności wyznaniowych w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, Semper, Warszawa

Majka Józef, 1987, Katolicka Nauka Społeczna, Studium historyczno-doktrynalne, Rzym-Lublin, za http://www.jezuici. pl/iss/majka/majka3.htm

Markiewicz Stanisław, 1982, „Protestantyzm”, KAW, Warszawa

Markiewicz Stanisław, 1985, „Chrześcijaństwo a związki zawodowe”, IWZZ, Warszawa

Morawski Wojciech, 1998, „Słownik historyczny bankowości polskiej do 1939 roku”, Muza S.A., Warszawa

Najdus Walentyna, 1971, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego w zaborze austriackim, w: Stefan Inglota (red.), Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa

Niklewska Jolanta, 2001, Warszawskie środowiska inteligenckie w walce o kulturę narodową w latach 1904-1908,