"Moja historia sektora po 1989 roku" Piotr Frączak: Różnice pomiędzy wersjami

Z MediWiki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Linia 180: Linia 180:
  
 
[[Prawo bez obywateli, obywatele bez prawa|Prawo bez obywateli Kultura Liberalna 2011]]
 
[[Prawo bez obywateli, obywatele bez prawa|Prawo bez obywateli Kultura Liberalna 2011]]
 +
 +
[[Bunt pozarządowców|Czy bunt pozarządowców? Salon24 2011]]
  
 
[[Organizacje pozarządowe, czyli szklanka do połowy pusta|Atak na organizacje Kultura Liberalna 2016]]
 
[[Organizacje pozarządowe, czyli szklanka do połowy pusta|Atak na organizacje Kultura Liberalna 2016]]

Wersja z 11:13, 30 sty 2022

Zrzut ekranu 2020-09-03 o 12.53.51.png

Wprowadzenie

Pewnie już czas, by poukładać swoje notatki i wspomnienia z historii sektora pozarządowego po roku 1989. Osób, które mogłyby i powinny to zrobić, jest znacznie więcej. Jednak, jak się okazało, historia samoorganizacji nie jest ważnym elementem historii polskiej transformacji. To zadziwiające twierdzenie jest do bólu prawdziwe. To liberalna gospodarka, budowanie państwa jako substytutu społecznego zaangażowania, zmaganie się różnych sił partyjnych, a nie obywatelskich, były tu podstawową siłą napędzającą. Dlaczego? Będę próbował odpowiedzieć na to pytanie, ale niezależnie od odpowiedzi - fakt pozostaje faktem. Będąca jednym z podstawowych postulatów transformacji - idea społeczeństwa obywatelskiego - została potraktowania instrumentalnie.

Ja spróbuję opowiedzieć to, co pamiętam. W końcu jako redaktor sektorowych pism: Biuletynu Inicjatyw Społecznych (1989-1990), miesięcznika ASOCJACJE (1990-2001), Dziękuję (2002-2004) czy w końcu Federalistki (2010-2014), miałem okazję obserwować rozwój organizacji pozarządowych w Polsce i w wielu inicjatywach brałem udział. Zawsze wydawało mi się, że zbyt mało wiemy (my, działacze społeczni) o historii sektora przed 1989 rokiem. To prawda, to nieodrobiona lekcja, ale okazuje się, że równie mało wiemy o tym, co bezpośrednio wpłynęło na to, jaki ten sektor jest dziś. O sporach i sukcesach, o tym, jak w różny sposób pojmowaliśmy cele samoorganizacji. Warto to sobie poukładać, więc i ja spróbuję. Inaczej jednak, niż robiłem to do tej pory, siląc się na obiektywizm. Do dyskusji potrzebne są co najmniej dwa różne punkty widzenia. Spróbuję sformułować jeden. Może pobudzi to również wspomnienia innych.

Początki

Biuletyn Inicjatyw Społecznych

Był to czas wielkiego przełomu, prawie tak wielkiego jak w sierpniu 1980 roku. Mimo, że zmiany zapoczątkowane były nie zwycięskimi lecz przegranymi strajkami, co opozycji dawało słabszą pozycję wobec władzy. Więcej - ponieważ ruch społeczny nie ukonstytuował się na nowo trzeba było odwołać się do starych struktur. Ale nie było jasności czy odwoływać się do tych legalnych struktur, demokratycznie wybranych, z 1981 roku, czy tych, które ukształtowały się w wyniku walki podziemnej. Powoli, od dołu w zakładach pracy powstawała "nowa" Solidarność (dzięki temu, pracując wówczas w szkole Sanatorium Neuropsychiatrii w Józefowie, przez chwilę byłem członkiem związku). Lokalnie powstawały komitety obywatelskie Solidarności na wzór Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, zaś uwolniona, dzięki porozumieniom okrągłego stołu i wprowadzeniem ustawy Prawo o stowarzyszeniach, aktywność ruchu stowarzyszeniowego, dawała nadzieję na szybkie budowanie społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.

Wtedy Piotr Marciniak, którego znałem z Kolegium Otryckiego, zapytał czy nie chciałbym się zająć dokumentowaniem małych inicjatyw społecznych. Związane było to ze zmianami w Fundacji im. Stefana Batorego. Odwilż polityczna umożliwiała rozszerzenie formuły fundacji. Zapewne były różne pomysły - nie znam dokładnie kulis tych zmian - ale był w to zaangażowany wówczas i prof. Zbigniew Pełczyński. To on zafundował z własnej kieszeni mini-stypendium na prowadzenie tych badań. Fundacja podryfowała w trochę innym kierunku, ale dla mnie to był pierwszy krok w kierunku podjęcia obserwacji uczestniczącej w tworzącym się sektorze obywatelskim.

Założenie było takie, by dokumentować małe inicjatywy, bo istniało domniemanie, że takie duże jak Solidarność, Komitety Obywatelskie same zadbają o dokumentowanie swojej historii. Dziś wiem, że nie było to do końca słuszne założenie i wiele dużych inicjatyw przepadło bez śladu, ale wówczas chodziło o to by nie przegapić tej różnorodności. Sposobem na pozyskiwanie informacji było m.in. rozpoczęcie wydawania powielaczowego pisemka "Biuletyn Inicjatyw Społecznych" i nawiązanie kontaktu z innymi powstającymi pismami np. - "Zielone Brygady" z Krakowa, czy "Wulkan" ze Żnina. Zebrane wówczas materiały stały się też podstawą do wydanej w 1994 przez IFIS PAN publikacji "Gorączka czasu przełomu. Dokumenty ugrupowań radykalnych 1989–1990". Teraz interesują nas raczej organizacje społeczne niż polityczne. Tego dotyczył biuletyn, w którego wstępniaku czytamy:

"Społeczeństwo obywatelskie"

Ileż nadziei budzi w nas to określenie. Pewnie tym więcej, im bardziej pozostaje ciągle jeszcze w sferze mitu. A przecież tak naprawdę chodzi o sprawy bardzo konkretne. O całe mnóstwo od lat nie załatwianych problemów dotyczących tego, gdzie i jak żyjemy. Tych problemów, których nie załatwi nam nowy rząd. I to nie tylko dlatego, że pomiędzy władzą, która cieszy się społecznym poparciem, a społeczeństwem jak mur stoi biurokracja średniego i najniższego szczebla. Ten pozostawiony nam w spadku aparat państwowy, który stworzony został przecież nie po to, by służyć obywatelom, nie usprawiedliwia do końca naszej niemożności.

O funkcjonowaniu społeczeństwa decyduje również stopień jego samoorganizacji, czyli tego, co naukowcy określają mianem infrastruktury. To taka budowla społeczna, która w krajach zachodnich powstawała latami, podczas gdy u nas, choć niewątpliwie mamy dużo lepszą sytuację niż np. NRD, nadal są to tylko fundamenty. (...) W tej sytuacji, gdy na naszych oczach rodzi się ta nowa tkanka społeczna, uznaliśmy za potrzebne powstanie pisma, które umożliwiałoby kontakt pomiędzy poszczególnymi inicjatywami, ułatwiło dotarcie zainteresowanych ludzi do odpowiednich stowarzyszeń i organizacji, dostarczyłoby informacji, co i jak robi się w drugim końcu Polski. Czy takie, z założenia usługowe, pismo, jakim pragnie być Biuletyn Inicjatyw Społecznych, jest rzeczywiście potrzebne, zdecydują państwo sami" (z Biuletynu Inicjatyw Społecznych nr 1/1989).

"Samorząd a inicjatywy społeczne"

A był to czas przygotowywania wyborów do samorządów. Pisałem wtedy w tekście w taki oto sposób:

Sprowadzanie samorządności do demokratycznego wyboru, a następnie do w miarę sprawnego funkcjonowania organów przedstawicielskich jest nieporozumieniem, i to nieporozumieniem, które już w najbliższym czasie może okazać się fatalnym w skutkach. Jasnym jest, że rządowi zależy na przyspieszeniu wyborów. Przeprowadzenie ich ma umożliwić rozbicie nadal przecież nieźle funkcjonującej w terenie nomenklaturowej biurokracji oraz, co często pozostaje przemilczane, pozwoli administracji państwowej zrzucić część odpowiedzialności za trudne lub niemożliwe do rozwiązania problemy.

Z punktu widzenia społeczności lokalnej rzecz wygląda trochę inaczej. Same demokratyczne wybory niczego nie załatwią. Już teraz zresztą widać, że sfera możliwości działania przyszłych radnych jest mocno ograniczona. Rzeczywiste zmiany, przy sprzyjającym klimacie prawno-organizacyjnym (co zapewnić ma właśnie samorząd) zależne będą od inicjatywy samych mieszkańców. Tak jak dzisiaj walkę z biurokracją prowadzi się głównie przez przełamywanie biernej postawy obywateli (mienie SKR-ów odebrać można jedynie poprzez oddolne reaktywowanie Kółek Rolniczych, czynsze obniżyć poprzez strajki czynszowe, a spółdzielnie "uspołecznić" przez oddolnie inicjowany ruch wymiany Rad Nadzorczych) tak i po wyborach wszystko, lub prawie wszystko, zależeć będzie od aktywności samych zainteresowanych. Bez takiego zaangażowania ci demokratycznie wybrani, cieszący się zaufaniem przedstawiciele wcześniej czy później popaść muszą w stary i dobrze znany syndrom niemożności lub, co gorsza, w równie stare układy. Pieniędzy bowiem z oczywistych względów będzie zbyt mało, aby załatwić chociaż niektóre z najbardziej palących spraw (z Biuletynu Inicjatyw Społecznych nr 2/1989).

... i chyba moje obawy nie były, tak do końca, na wyrost.

Asocjacje po raz pierwszy

Obserwując wydarzenia wśród organizacji uczestniczyłem w różnych ciekawych wydarzeniach. Pierwszej próbie zawiązania się federacji organizacji młodzieżowych czy bardzo ciekawym spotkaniu na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowanym przez Solidarite France-Pologne. To spotkanie, organizowane przez Krystynę Vinaver, było wydarzeniem samym w sobie. To był typ myślenia o samoorganizacji bardzo mi bliski i - co trzeba będzie szczegółowiej opowiedzieć - okazał się nie być dominujący w sektorze społecznym (później zwanym pozarządowym). Jednak wtedy wydawało się, że obok dużej organizacji wspierającej rozwój samorządności Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej i odłączonej od niej części zajmującej się wspierania przedsiębiorczości (była to Fundacja Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych) powstanie trzecia organizacja zajmująca się wspieraniem aktywności społecznej. Instytucja ta miała mieć własne pismo (zauważono Biuletyn Inicjatyw Społecznych i zaproszono mnie do współpracy) i system wsparcia dla powstających organizacji.

Pismo, już jako Biuletyn Inicjatyw Społecznych "Asocjacje", zaczął wychodzić w 1990 roku. Finansowany był ze środków Solidarite France Pologne, a ja miałem stosunkowo dużą swobodę działania jako redaktor naczelny. Starałem się z jednej strony dostarczać wiedzy ogólnej, "ideologii społecznikowskiej", z drugiej praktycznych porad jak działać społeczne. Zwróciłem się do Stefana Bratkowskiego i Witolda Giełżyńskiego o teksty wprowadzające do pierwszych numerów. Sam też napisałem swoisty manifest (Asocjacje nr 2/1990). Pisałem w nim:

Początek długiej drogi

"Niewielkie znaczenie inicjatyw społecznych spowodowane jest tym, iż nie ilość tworzących się i działających grup, lecz istnienie prężnego ruchu stowarzyszeniowego mogłoby mieć tu podstawowe znaczenie. Ruch stowarzyszeniowy jest to przede wszystkim poczucie pewnej wspólnoty, umiejętność spojrzenia, przynajmniej przez ludzi aktywnie działających w różnych stowarzyszeniach, na własne zamierzenia i napotykane przeszkody przez pryzmat także innych grup. Początkowo to poczucie wspólnoty rodzi się w oparciu o konieczność działania w ramach jednakowych ustaleń prawnych, borykanie się z jednakowymi kłopotami. Potem dochodzi świadomość, że równoczesna akcja kilku inicjatyw ma większe szanse powodzenia, że całe środowisko może mieć wystarczającą siłę, aby np. domagać się zmiany praw, które ograniczają działalność społeczną. (...) Konflikty celów stawianych sobie przez poszczególne ugrupowania są w takim wypadku formą aktywnej demokracji, próbą dokonania bezpośredniego wyboru. Należy więc chyba traktową ruch stowarzyszeniowy jako próbę samoorganizowania się społeczeństwa, możliwość artykulacji artykulacji przez poszczególne środowiska swoich, głównie nie politycznych i nie ekonomicznych interesów, a jednocześnie jako metodę zaspokojenia tych potrzeb własnymi siłami.

Tak rozumiany ruch stowarzyszeniowy nie ogranicza się jednak wyłącznie do prawnie zalegalizowanych stowarzyszeń. Patrząc bowiem z punktu widzenia socjologicznych prawidłowości, a nie prawnych rozstrzygnięć, nie da się przeprowadzić wyraźnej granicy pomiędzy tym, co zalegalizowane, a tym, co nieformalne. Przecież każde stowarzyszenie jest początkowo związkiem nieformalnym. Z kolei wiele grup o luźnej strukturze może z czasem uznać konieczność rejestracji. (...) Niewątpliwie jesteśmy jeszcze na samym początku długiej drogi, która doprowadzi nas do tego, iż ruch stowarzyszeniowy zajmie równoprawne miejsce jako trzeci, obok ekonomicznego i politycznego, wymiar życia społecznego". (czytaj całość "Początek długiej drogi" Piotr Frączak)

Przeczuwałem, że zmiany wymagają czasu. Ale w najczarniejszych snach nie sądziłem, że w społeczeństwie, które doświadczyło "karnawału solidarności" i organizowało się w strukturach "społeczeństwa podziemnego", dojrzewać do myślenia w takich kategoriach zaczniemy dopiero kilkanaście lat później, a do powszechności takiego rozumienia samoorganizacji ciągle jeszcze nam daleko.

Wpływy zewnętrzne

To co później nazywano trzecim sektorem rozwijał się prężnie, ale w oparciu o wpływy (finanse) zewnętrzne. Miało to swoje ujemne strony, ale widać je dobrze dopiero z perspektywy czasu.

Przede wszystkim powstawały inicjatywy konkurencyjne, które swoje korzenie nie tyle miały w silnym społecznym zapleczu co często w źródle finansowania. Dodajmy, że to do dziś jest największa zmora polskiej działalności społecznej. Jak są środki na jakiś typ działania to pojawia się wiele - często powielajacych się inicjatyw. Mieliśmy nawet takie wielkie fale, gdy dominowały działania skierowane na partnerstwo z samorządem, na tworzenie federacji (czasem kilka w jednym regionie), na działania strażnicze, działania partycypacyjne. Wróćmy jednak do 1990 i 1991 roku, te fale to czas późniejszy i nie uda nam się ich w dalszym ciągu opowieści pominąć. Mieliśmy wtedy kilka tworzących się baz danych i inicjatyw federacyjnych. Powstawały pierwsze inicjatywy nie tyle prowadzące działalność społeczną co "obsługiwać". Wsparcie zewnętrze budowało (własną) infrastrukturę, nic też dziwnego, że do dziś mamy nadwyżki działań wspierających nad realną działalnością.

Po drugie te działania były, a przynajmniej starały się być, aideologiczne. Był to transfer "know how", a organizacje w zależności od źródeł finansowania trochę przypadkiem "wpadały" w strefy wpływów. Niby nie miało to znaczenia, a jednak uczyły się różnych rzeczy (wyjeżdżały na wizyty studyjne do różnych krajów "zachodu", czerpali ze wsparcia ekspertów). Oczywiście były w tym pewne różnice ideologiczne, ale było to raczej rozłożenie akcentów niż uświadomione sprzeczności w wyznawanych wartościach. Jak wspominałem inicjatywa Solidarite France-Pologne wiązała się z ideą ruchu społecznego (stowarzyszeniowego), ale już późniejsze aktywność związane z działalnością Fondation de France w Polsce wiązały się ze wsparciem fundacji (tak powstało Forum Fundacji Polskich). Amerykanie tworzyli ruch samopomocy (I Polsko-Amerykańska Konferencja Samopomocy Społecznej - Gdańsk 1990). Inicjatywy podejmowali (a wiele z nich ma jakieś swoje kontynuwacje) ludzie związani z Fundacją Batorego, z Centrum Informacji i Dokumentacji Rady Europy (Krajowa Rada Organizacji Pozarządowych), Komisji Europejskiej (działania w ramach programów PHARE - Regionalne Ośrodki Wsparcia czy Fundacja Fundusz Współpracy). Na amerykańskich wzorach tworzył się ruch SKOKów - w 1993 roku powstała na Pomorzu Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa im. Franciszka Stefczyka. A i później część dzisiaj dobrze funkcjonujących organizacji infrastrukturalnych powstała jako pozostałość różnych inicjatyw pomocowych (chociażby Akademia Rozwoju Filantropii w Polsce czy Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego), które przekształciły się w wyspecjalizowane organizacje.

Zmarnowany potencjał

Chcę teraz powiedzieć o przerwanej tradycji. Tradycji, której nie zniszczyła II w.ś., nie zniszczył nawet do końca PRL. Ostatecznie przerwanie nastąpiło po 1989 roku w ramach transformacji. Pamiętam jak na początku istnienia ASOCJACJI, chcieliśmy z jednej strony "zarobić" na działalność społeczną, z drugiej wypromować nowe pismo. Idealnym pomysłem wydawał się komiks rysowany przez Jacka Federowicza, oparty na dokumentach a mówiący o Solidarności 1980-1981. Był hitowym podziemnym wydawnictwem pierwszej połowy lat 80-tych i wydawało się, że rozejdzie się jak świeże bułeczki. Tak się nie stało, było to, przynajmniej dla mnie, pierwsze zderzenie z nową świadomością społeczną III RP. Ale ciągle nie mieściło mi się w głowie, że to zerwanie jest całkowite. Chociaż już w 1992 pisałem w tekście "Społeczeństwo obywatelskie - zmarnowany potencjał" (Przegląd Społeczny nr 2/1992) o tym, że zarówno inicjatywy wywodzące się i inicjatyw sprzed wyborów (np. Społeczne Towarzystwo Oświatowe, Stowarzyszenie Działaczy Samorządu Pracowniczego, ale też Komitety Obywatelskie i Komitety Założycielskie Solidarności), jak i inicjatywy powstałe po 1989 roku zaczęły wytracać swoja dynamikę. Politycy zawiedli się na "społeczeństwie obywatelskim" bo nie wystarczająco wspierali realizowane przez nich reformy zaczęli, jak to zwykle władza, traktować niezależne inicjatywy społeczne jako problem, a nie nadzieję na rozwiazanie problemów. Piotr Gliński później określał to mianem "zdrady elit", ale opowieść o jego poglądach i ostatecznym końcu tych koncepcji, gdy sam wreszcie do elit rządzących się dostał to osobna, i chyba pouczająca, historia.

Ja sam zrozumiałem, że straciliśmy to powiązanie z tradycją, bardzo późno. Przez wiele lat byłem przekonany, że ciągłość między symbolicznymi rodowodami niepokornych a dzisiejszym zaangażowaniem społecznym jest naturalna i genetycznie zapisana. Moment, kiedy zrozumiałem, że kolejne pokolenie "działaczy społecznych" nie tylko nie zna tych tradycji, ale w większości z tradycją Judymów i Siłaczek, a także ruchu robotniczego, nie chcą mieć nic wspólnego. Nie mówię już o tradycji kontestacji i kontrkultury, która była w zasadzie doświadczeniami zachodu, gdy my tkwiliśmy w realiźmie socjalistycznym. Wtedy zrozumiałem, że ucząc przez lata tego "know how" działalności społecznej zatraciliśmy jej istotę. To był zimny prysznic, ale przyszedł dopiero gdzieś na początku XXI wieku i, mimo wielu prób, sytuacja się nie poprawiła, a w wielu aspektach jest jeszcze gorsza. W puste pole ideowego zaangażowania weszły zupełnie inne idee. Ale po co wybiegać zbytnio do przodu. Trzeba rozliczyć się z początkiem lat 90-tych, gdy wydawało się, że jeszcze wszystko jest możliwe.

(...)

Przegląd Społeczny

W poszukiwaniu politycznej trzeciej drogi: Demokracja uzgodnieniowa

Rada Stowarzyszeń M.St. Warszaway i cacus Przyjazne Miasto

fragment opracowania - Piotr Frączak REALIZACJA ZASADY PARTNERSTWA WEWNĄTRZ TRZECIEGO SEKTORA


Transformacja systemowa i decentralizacja państwa po 1989 roku stworzyły nowe możliwości działania zarówno dla demokratycznie wybranych przedstawicieli, jak i samych obywateli. Dotyczyło to w szczególności relacji władza - obywatele. Tworzyły się zasady współpracy między samorządami i organizacjami pozarządowymi. Jedne z pierwszych zapisów prawa lokalnego dotyczącego tej współpracy zostały uchwalone w Warszawie 7 września 1995 r. Jednak nie na wszystkich polach przedstawiciele władz lokalnych byli skłonni do daleko idącej współpracy z mieszkańcami. Dotyczyło to przede wszystkim kwestii związanych z rozwojem gospodarczym i, co za tym idzie, przynajmniej w stolicy, wielkim boomem inwestycyjnym. Zagrożenie odczuły przede wszystkim organizacje ekologiczne i zajmujące się ochroną zabytków. Potrzeby były takie, że "Każde wolne, niezabudowane miejsce - mówił na konferencji w 1989 roku Witold Straus z Towarzystwa Ochrony Zabytków - jest sprzedawane przez władze miejskie na korzystnych warunkach, by przyciągnąć jak największą rzeszę inwestorów. Ale nie prowadzi się przy tym żadnej polityki urbanistycznej i architektonicznej. Żeby nikt nie przeszkadzał, zlikwidowano stanowisko Naczelnego Architekta Warszawy, zlikwidowano Miejską Komisję Urbanistyczno-Architektoniczną i nie powołano Miejskiego Konserwatora Zabytków. W efekcie każdy buduje co chce i gdzie chce, co często bulwersuje społeczeństwo, powoduje protesty i procesy przed Naczelnym Sadem Administracyjnym. W ten sposób chyłkiem, z naruszeniem prawa zabudowano fragment historycznego Ogrodu Saskiego na rogu Królewskiej i Marszałkowskiej, mimo protestów organizacji społecznych, Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody, a nawet Ministra Kultury i Sztuki oraz przewodniczącego Rady Miasta Stołecznego Warszawy"(36). W Warszawie od 1991 roku działało Biuro Obsługi Ruchu Ekologicznego (w ramach Społecznego Instytutu Ekologicznego), które choć z założenia powołane zostało jako struktura ogólnopolska, spełniało też ważne funkcje lokalne, m.in. realizując programy lokalne (np. Program Zielony Telefon), występując w sytuacjach konfliktowych (np. spalarnia na ul. Zabranieckiej, lokalizacje hipermarketów) jako strona w postępowaniu administracyjnym, czy też udostępniając swoją bazę organizacjom lokalnym, takim jak np. Zielone Mazowsze.

Obok działalności interwencyjno-eksperckiej próbowano powołać również formy reprezentacji.

Ilość konfliktów wokół konkretnych inwestycji stała się przyczyną powołania przez przedstawicieli tych inicjatyw, chcących wzmocnić swój głos wobec władz samorządowych, Stowarzyszenia Przyjazne Miasto (zarejestrowanego w grudniu 1997 roku jako stowarzyszenie osób fizycznych). Okazało się jednak, że mimo iż Przyjazne Miasto w założeniu miało reprezentować różne grupy mieszkańców, to przyjmując formułę stowarzyszenia osób fizycznych (a nie osób prawnych) stało się kolejnym podmiotem na stołecznej scenie publicznej i przez władze traktowane było na tych samym prawach, co i wchodzące w jego skład komitety. Trzeba więc było wypracować inną formułę relacji obywatele - samorząd.

Pierwszą szansą była inicjatywa samorządowa. Oto w obliczu dużej liczby lokalnych konfliktów samorządowcy zdecydowali się zrealizować pomysł (dyskutowany od wielu lat) dopracowania się zasad konsultacji społecznych. Gazeta Wyborcza z 21-22 lutego 1998 roku pisała: "Rada Warszawy właśnie przygotowuje projekt uchwały w sprawie prowadzenia i finansowania działań edukacyjno-informacyjnych promujących inwestycje związane z gospodarką odpadami komunalnymi. Samorządowcy twierdzą, że kosztowałoby to wiele mniej niż straty ponoszone po wstrzymaniu inwestycji". Do 6-osobowego Komitetu Sterującego powstanie tego ośrodka zaproszono m.in. Prezesa Stowarzyszenia Przyjazne Miasto Jerzego Wojnara. 18 listopada 1998 roku rozpoczął działalność Ośrodek Konsultacji i Dialogu Społecznego. Marcin Herbst (koordynator ośrodka) twierdził wówczas: "chcemy informować inwestorów, co może im grozić i w jaki sposób innym udało się uzyskać zgodę społeczną"(37). Powstanie instytucji samorządowej oddaliło pojawiające się pod koniec 1998 roku propozycje sfederowania organizacji warszawskich (w tym Przyjaznego Miasta) broniących zabytków i przyrody przed inwestorami i... zbyt skorymi do wspierania tych inwestycji urzędnikami i politykami(38).

Jednak dość szybko okazało się, iż z działalności Ośrodka organizacje społeczne nie były zadowolone. Przy okrągłych stołach (np. Warszawskim Okrągłym Stole Transportowym, tzw. WOST-ie), dyskutowano, ale próba sił - choćby w kwestii planowanego przebiegu autostrady - przybierała nadal formę protestów lub postępowania administracyjnego.

Nic też dziwnego, że na początku 2000 roku organizacje (w tym i Stowarzyszenie Przyjazne Miasto) zadecydowały: "My, przedstawiciele pozarządowych organizacji grupujących mieszkańców Warszawy, dostrzegając konieczność przemawiania wspólnym, reprezentatywnym głosem w najważniejszych dla miasta sprawach, postanawiamy powołać do życia Radę Stowarzyszeń m.st. Warszawy. Licząc na współpracę z władzami miasta będziemy obserwować życie stolicy, dokonując oceny zachodzących zjawisk, wspierając pozytywne, przeciwstawiając się negatywnym, a także proponować własne rozwiązania.

Szczególną uwagę Rada będzie poświęcać: modelowi ustroju miasta i strukturom jego zarządzania; tożsamości Warszawy i ochronie dziedzictwa kulturowego; bezpieczeństwu mieszkańców, warunkom zdrowotnym, edukacji i życiu kulturalnemu mieszkańców; ochronie wartości środowiska przyrodniczego i właściwemu kształtowaniu przestrzeni miejskiej".

Rada m.in. podjęła trud przygotowania w czynie społecznym(39) "Stanowiska w sprawie Planu Zagospodarowania m.st. Warszawy z określeniem ustaleń wiążących gminy warszawskie (2.02.01)", w którym pisała: "(...)Uważamy ponadto, że przedstawiony Projekt poprzez brak jednoznacznych zapisów normujących, nieprecyzyjne sformułowania, brak szczegółowych uwarunkowań i rygorów odnoszących się do ochrony przyrody, dziedzictwa kulturowego i historycznego spowoduje legalizację wszelkich działań budowlanych i inwestycyjnych na obszarze całego miasta. Dowodem na świadome usankcjonowanie dowolności przyszłej zabudowy i rozwoju miasta jest całkowite pominięcie w tym Projekcie uwarunkowań chroniących zabytki, dziedzictwo kulturowe i historyczne, a także szczególnie nieprecyzyjne formułowanie zapisów odnoszących się do ochrony przyrody.

Przyjęcie Planu w takiej formie doprowadzi do działań pozwalających na niekontrolowany rozwój miasta, co spowoduje lawinowe narastanie sprzeczności i konfliktów rzutujących na jakość życia mieszkańców (podkr. PF), dewastację ekosystemu miasta, jego funkcjonowanie, a także na dalsze perspektywy rozwojowe stolicy. (...)"

Brak chęci władz Warszawy do współpracy z Radą oraz wewnętrzne procesy (w tym konflikt wokół decyzji Przyjaznego Miasta - patrz niżej) nie pozwoliły jednak na to, aby Rada w pełni spełniła oczekiwania jako instytucja ekspercka. Coraz częściej, wbrew początkowym intencjom, Rada angażuje się w bezpośrednie konflikty (przebieg autostrady, budowa lotniska).

W 2001 roku powstała również Federacja Mazowia, która "jest dobrowolnym porozumieniem autonomicznych organizacji pozarządowych działających w sferze społecznej i socjalnej na terenie województwa mazowieckiego". Co prawda występuje ona jako reprezentant organizacji warszawskich wobec władz miasta, ale zgodnie ze swoją misją broni głównie interesów organizacji socjalnych.

Również w 2001 roku powstała w oparciu o lidera przeszkolonego w ramach Programu Przeciw Korupcji Fundacji im. Stefana Batorego Warszawska Grupa Obywatelska, która działając przy Stowarzyszeniu Dialog Społeczny zajmuje się szczególnie monitorowaniem przejrzystości działania samorządu lokalnego, m.in. w kwestii przyznawania dotacji organizacjom pozarządowym.

W 2003 roku wraz z ze zmianami ustroju Warszawy zlikwidowany zostaje Ośrodek Konsultacji i Dialogu Społecznego, co oczywiście problemów nie rozwiązuje(40).

Tak oto organizacje warszawskie nie potrafiły wypracować formuły współpracy, która umożliwiłaby reprezentowanie ich interesów wobec władz miasta.

Współpraca negatywna - casus ekoharaczy

Działalność organizacji pozarządowych - i to odróżnia je od administracji, która działa w oparciu o przepisy, i od biznesu, którego kołem napędowym jest zysk - wynika z chęci realizowania wartości. Te wartości mogą być bardzo różne (czasem sprzeczne), ale są. Z wartościami jest jednak tak, że tworzą one zwarty system. Nie można w ich imię stosować metod, które by tym wartościom zaprzeczały. Gdy jednak działania etyczne nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, pojawia się chęć zastosowania skutecznych metod, bez względu na ich ocenę moralną. Pokusa jest tym większa, że patrząc na mechanizmy działające w sektorze publicznym i prywatnym często widzimy, jak sukces osiąga się nie dzięki własnej pracy, umiejętnościom, ale dzięki układom, zależnościom, korupcji.

To właśnie taki relatywizm stał się podstawą najgłośniejszej afery korupcyjnej w sektorze pozarządowym lat ostatnich - kwestii "eko-haraczy"(41). To, że niektóre organizacje ekologiczne przyjmują "dotacje" lub zwykłe łapówki za rezygnację z protestów przeciwko niektórym inwestycjom, było wiadomo już od jakiegoś czasu(42). Sytuacja nabrała nowego znaczenia w momencie, gdy dobrze znane i uznawane(43) w ruchu ekologicznym organizacje(44) zaczęły uzasadniać zasadność takich decyzji.

"Uważam, że godna jest pochwały troska - pisał prezes Stowarzyszenia Przyjazne Miasto, które przyjęło darowiznę w wysokości 2 mln złotych - pozostałych organizacji o dobre imię ekologów, jednak w tym wszystkim brakuje mi oceny faktycznej skuteczności całego ruchu, tak w skali Warszawy, jak i całej Polski. Myślę, że kwestia tzw. etyki, którą zamierzają roztrząsać szanowne organizacje, nie powinna przysłaniać tej prawdy, iż zasoby środowiska ulegają (mimo naszych starań) postępującej degradacji. Być może obok etyki działania powinny powstać instrukcje - jak działać, żeby stać się godnym przeciwnikiem dla uzbrojonego w kapitał inwestora"(45), a przedstawiciele inicjatyw łódzkich pisali: "straty, jakie wynikają dla naszej sprawy z przyspieszenia o kilka lub kilkanaście miesięcy budowy parkingu, zrealizowania inwestycji wielkiego i obcego kapitału oraz ryzyka wykorzystania faktu zawarcia tej ugody przez osoby lub media nam nieżyczliwe do oczerniania nas i naszych intencji, są w sumie znacząco mniejsze od korzyści, jakie płyną z pozyskania stosunkowo dużych funduszy na niezależną działalność wydawniczą, mającą na celu edukację społeczną"(46).

Jednak sama etyczna ocena zjawiska ekoharaczy chyba nie wystarczy. Trzeba spróbować spojrzeć na to także z innej strony. W wydanej przez Stowarzyszenie ASOCJACJE publikacji "Ruch ekologiczny w Polsce" prof. Piotr Gliński poszukując przyczyn różnych konfliktów w ruchu Zielonych pyta: "a może jednak całkiem po prostu [jest to] prowokatorska działalność przeciwników ekologii? Komu może bowiem zależeć najbardziej na słabości i rozbiciu polskich Zielonych?"(47). W omawianym przypadku drugą stroną konfliktu są inwestorzy.

"Przypominamy - piszą przedstawiciele Federacji Zielonych w oświadczeniu prasowym dotyczącym wykluczenia białostockiej organizacji, która przyjęła dotację za wycofanie skargi do NSA - że prawo do bycia stroną w postępowaniu administracyjnym jest podstawową bronią społeczeństwa obywatelskiego wobec nadużyć władzy i inwestorów. Ponad połowa odwołań w sprawach związanych z planami inwestycyjnymi jest uzasadniona: organ nadzoru administracyjnego uchyla oprotestowaną decyzję". Tak więc działalność organizacji powoduje straty, już to z powodu opóźnienia inwestycji, już to z powodu ostatecznego jej wstrzymania. Być może odpowiedź tkwi w twierdzeniu, że złe nie są łapówki, ale prawo do społecznej kontroli, co znacznie utrudnia działanie inwestorom. Łapówka podwyższa tylko koszty inwestycji, a działalność prawdziwych ekologów uniemożliwia te inwestycje. Oznaczałoby to jednak, że media słusznie piętnując nieetyczne zachowania stają się stroną w działalności lobbingowej.

Przypomnijmy, iż pierwsze doniesienia prasowe o tym, że biedni inwestorzy są szantażowani przez organizacje pozarządowe i mieszkańców, pojawiły się w połowie 2000 roku(48). Oczywiście szukano pomysłów na rozwiązanie tego problemu i najlepszym sposobem jawiło się "uproszczenie zawiłych procedur budowlanych, zwłaszcza usunięcie konieczności uzyskiwania decyzji o warunkach zagospodarowania i budowy - uważa mecenas Ludwik Żukowski, który specjalizuje się w rozwiązywaniu sporów inwestycyjnych. Jego zdaniem, sporne sprawy powinno się rozstrzygać na drodze cywilnoprawnej"(49).

Na efekty tej (jak sądzić by można) akcji lobbingowej nie trzeba było długo czekać. Uchwalona 9 listopada 2000 roku ustawa o dostępie do informacji o środowisku i jego ochronie oraz o ocenach oddziaływania na środowisko de facto ograniczyła możliwości działania organizacji. Piotr Rymarowicz z Towarzystwa na rzecz Ziemi, które od dłuższego już czasu próbuje monitorować proces inwestycji na terenie całego kraju, tak scharakteryzował te zmiany: "Do końca ubiegłego roku organizacje ekologiczne mogły zwracać się do organów administracji decydujących o wyznaczeniu lokalizacji inwestycji szkodliwych dla środowiska o informowanie o planowanych przedsięwzięciach. Organizacje mogły w ciągu miesiąca złożyć wnioski i zastrzeżenia, które organ miał obowiązek rozpatrzyć. Od 1 stycznia organy administracji mają już tylko obowiązek umieszczenia informacji na urzędowej tablicy ogłoszeń i w pobliżu miejsca planowanego przedsięwzięcia". W praktyce pozbawiono możliwości kontroli inwestycji szkodliwych dla środowiska wyspecjalizowane organizacje ponadlokalne. Z kolei po aferze z Przyjaznym Miastem okazało się, że powstała Konferencja Inwestorów, która powołała "nieformalne ponadpolityczne lobby". Jego celem jest obrona praw inwestorów i usprawnienie całego procesu inwestycyjnego(50). Należy sądzić, że lobby to działało w miarę skutecznie, bo kolejna fala artykułów przyniosła natychmiastowy efekt.. "Opublikowany w poprzednim wydaniu "Newsweeka" artykuł "Terror ekologiczny" wywołał istną burzę. Jest już pierwszy pozytywny efekt naszego tekstu. Ministerstwo Środowiska przyspieszy prace nad zmianami w ustawie Prawo ochrony środowiska, aby mogły one wejść w życie jeszcze w tym roku. Resort przyznaje, że dotychczasowe uregulowania prawne umożliwiają nieuczciwym organizacjom ekologicznym bezkarne blokowanie dużych inwestycji i wyłudzanie pieniędzy od firm"(51). Czy jednak kolejne zmiany uderzać będą w nieuczciwych działaczy społecznych, czy też ograniczą możliwość działania obywateli, których celem jest dobro wspólne zagrożone przez niektórych inwestorów? W tej chwili gdy pojawia się informacja o blokowaniu jakiejś inwestycji, przypomina się dane dotyczące wysokości otrzymanej przez Przyjazne Miasto "darowizny", a nie np. fakt, iż "Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia działalność organów samorządu terytorialnego w zakresie lokalizacji dużych obiektów handlowych (hipermarketów ). Istotne nieprawidłowości stwierdzono w 15 (spośród 17 objętych kontrolą) jednostkach samorządu terytorialnego. Z naruszeniem prawa wydano 35 spośród 68 skontrolowanych decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu (51%), z czego 12 decyzji było sprzecznych z ustaleniami miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego"(52).

Warto zwrócić uwagę, że organizacje pozarządowe działające w imię dobra wspólnego, kontrolując inwestorów i administrację nie mają szans na środki na działalność, a przecież same ekspertyzy prawne, pilnowanie obiegu dokumentów itp. pociągają za sobą koszty. Organizacje kontrolne póki co w Polsce nie mają źródeł finansowania, co zwiększa szanse na powstanie patologicznych układów z biznesem czy administracją publiczną. A przecież konflikt oparty na społecznej kontroli jest jednym z bardzo ważnych zabezpieczeń demokratycznego państwa i musi zostać wypracowany mechanizm jego finansowania.

Niestety sektor organizacji pozarządowych nie potrafił wypracować mechanizmów, które by w sposób jednoznaczny odcinały się od nieetycznych działań. Zarówno wykluczenie przedstawicieli oskarżanych o nieetyczność organizacji z ciał federacyjnych (Federacja Zielonych, Rada Stowarzyszeń m.st. Warszawy), jak i stworzenie Karty Etycznej Pozarządowych Organizacji Ekologicznych (por. http://www.eko.org.pl/karta/) nie stały się podstawą do zjednoczenia działań na rzecz obrony dobrego imienia organizacji. Podobnie zresztą jest w przypadku pojawiających się informacji na temat wykorzystywania organizacji charytatywnych do robienia prywatnych interesów(53).

Przypisy

36. - Por. Jerzy Suski, Niektóre aspekty współdziałania organizacji pozarządowych z samorządem lokalnym, ASOCJACJE nr 9/98).

37. - GW 18 XI 98.

38. - Por. Jerzy Suski, Niektóre aspekty..,.op.cit.

39. - Dokument ten, oprócz części ogólnej, zawierał kilka profesjonalnie przygotowanych analiz szczegółowych przygotowanych przez poszczególne organizacje.

40. - Ciekawe, że dopiero po rozwiązaniu ośrodka w sierpniu 2003 roku udało się doprowadzić do porozumienia pomiędzy policją a cyklistami, od 1998 organizującymi tzw. "Masę krytyczną", której celem było zwrócenie uwagi na problemy rowerzystów, co często przemieniało się w awantury i przepychanki z policją - por. A. Krzyżaniak, Koniec rewolucji, w: GW z 29 sierpnia 2003.

41. - Por. np. Marek Kęskrawiec, Terror ekologiczny, "Newsweek" nr 35/02, Ryszard Kamiński, Rafał Pleśniak, Ekoharacz, "Wprost" z 9 września 2001 r., Dariusz Bartosiewicz, Darowali w łapę, "Gazeta Wyborcza" z 8 czerwca 2001 r.

42. - Marcin Kołodziejczyk, Wara!, "Polityka" z 8 kwietnia 2000 r. i Mirosław Cielemęcki, Liberum veto, "Wprost" z 20 sierpnia 2000 r.

43. - Po fakcie środowisko organizacji odcięło się od tych organizacji - i tak Przyjazne Miasto zostało wykluczone z Rady Stowarzyszeń Miasta Stołecznego Warszawy, a białostockie i łódzkie inicjatywy wykluczono z Federacji Zielonych.

44. - Nie dotyczyło to zresztą tylko organizacji ekologicznych, por. 4k, Zaprotestować, by zarobić, GW z 3 stycznia 2002 r.

45. - Za: Piotr Frączak, Temat: Przyjazne Miasto, "Asocjacje" nr 5/2001.

46. - Oświadczenie, "Asocjacje" nr 7/2001.

47. - Piotr Gliński, Ruch Ekologiczny Anno Domini 2001, w: "Polski ruch Zielonych...".

48. - Por. np.: Marcin Kołodziejczyk, Wara!, "Polityka" z 8 kwietnia 2000 r. i Mirosław Cielemęcki, Liberum veto, "Wprost" z 20 sierpnia 2000 r.

49. - Mirosław Cielemęcki, Liberum veto, "Wprost" z 20 sierpnia 2000 r.

50. - Dariusz Bartoszewicz, Korupcja bez listka figowego, "Gazeta Stołeczna" GW z 22 czerwca 2001 r.

51. - Marek Kęskrawiec, Koniec ekoterroru, "Newsweek" nr 36/02.

52. - Informacja o wynikach kontroli lokalizacji dużych obiektów handlowych (super i hipermarketów)

53. - Patrz np. NGO WATCH na stronach www.frso.pl [...]

OFOP

W kierunku silnej reprezentacji

2007

Jak wygladała sytuacja w 2007 mówiłem na konferencji „Rzecznictwo NGO siłą społeczeństwa obywatelskiego” w Teresinie k/Warszawy 23.XI.2007 (całość wystąpienia) wskazując wyzwania stające przed OFOP-em odwołując się do ówczesnych doświadczeń:

Po pierwsze, takim wydarzeniem było przyjęcie na IV Ogólnopolskim Forum Inicjatyw Pozarządowych Strategii Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Można mieć wątpliwości, czy organizacje pozarządowe wystarczająco utożsamiają się z tym dokumentem (czy w swej masie w ogóle go znają), jednak jego istnienie ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, rządowa Strategia Wspierania Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w dużej części korzysta z zapisów zawartych w tym wypracowanym w sektorze dokumencie. I widać tu, choćby w nazwach, wyraźnie rozdzielenie ról. Organizacje mówią o rozwoju, a administracja o wspieraniu. To dwa różne procesy i wydaje się, że być może rysuje się podział zadań pomiędzy poszczególnych aktorów. Jednak ważny, a może i ważniejszy, jest fakt, że organizacje podjęły próbę wypracowania własnej wizji, a nie jak dotychczas odnosząc się do propozycji rządowej, projektu ustawy. I okazało się, że jest to równie dobra podstawa do rozmów z administracją..

Drugim takim wydarzeniem, czy raczej procesem, były konsultacje społeczne dokumentów dotyczących okresu programowania 2007-2013. Skłamałbym mówiąc, że były to tylko, a nawet przede wszystkim, dobre doświadczenia. W istocie były tam wzloty i upadki, wydawało się, że łapiemy Pana Boga za nogi i zaraz okazywało się, że nasze sukcesy przekształcały się w porażki, z wielu obietnic i początkowo dobrych zapisów wychodziły rzeczy sprzeczne z intencjami, na rzecz których się angażowaliśmy. Wysiłek konsultacji Narodowego Planu Rozwoju w całości poszedł właściwie na marne, nadzieje związane z Programem Operacyjnym Rozwój Społeczeństwa Obywatelskiego legły w gruzach, kolejne informacje na temat Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki spychały nas do narożnika, by na koniec jedno z działań, tak ważnych z punktu widzenia wizji rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, jakim było „państwo partnerskie” w priorytecie Dobre Rządzenie, zostało rozparcelowane między organizacje pozarządowe a partnerów społecznych.. Myślę, że zarówno dobre, jak i złe doświadczenia konsultacji społecznych dotyczących programowania lat 2007-2013 będą ważną nauczką dla polskich organizacji pozarządowych, nauką, jak prowadzić konsultacje w przyszłości. Liczę też, że to doświadczenie istotne dla administracji, szansa uświadomienia sobie, że konsultacje z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego nie są złem koniecznym, ale efektywną pracą nad dokumentami.

Po trzecie, ważne wydaje się wzmocnienie roli OFOP-u w sektorze pozarządowym. Gdy Federacja powstawała sześć lat temu, miała wielu przeciwników, a jeszcze więcej osób sceptycznie podchodzących do jej przyszłości. Sam też należałem do tego grona, więc chyba mam prawo to przypomnieć. To był czas próby – i to, że OFOP wyszedł z niej zwycięsko, zawdzięcza determinacji kilku osób, w tym obecnego Prezesa Marcina Dadela, oraz zaufaniu, jakie w OFOP-ie położyły organizacje infrastrukturalne (tworzące Radę Funduszu Pro Bonus) i Fundacja im. Stefana Batorego. To, że sukces ten jest zdobyty jest dzięki wysiłkowi sektora (nie tylko organizacji zrzeszonych w OFOP-ie), i nie dzięki jakieś zupełnie zewnętrznej interwencji (dotacji), to chyba najlepsze wiano, jakie mógł dostać.

Po czwarte w końcu – to działania na poziomie europejskim. Polski sektor pozarządowy jest aktywny w działaniach europejskich. Do końca roku 2005 mieliśmy Przedstawicielstwo Polskich Organizacji Pozarządowych w Brukseli. Za kilka dni uroczyste podsumowanie Programu Europejskiego Stowarzyszenia na rzecz Forum Inicjatyw Pozarządowych. Relacje z administracją europejską realizowane są w różny sposób. Mamy przedstawicieli w Europejskim Komitecie Społeczno-Ekonomicznym, poszczególne organizacje uczestniczą w branżowych i tematycznych sieciach europejskich. Na rzecz promocji i uznania sektora non-profit w Unii Europejskiej, oraz zabieganie o prawo do udziału w konsultacjach polityk Unii Europejskiej zajmuje się Europejska Rada Organizacji Non-Profit CEDAG, która zrzesza krajowe federacje organizacji pozarządowych. Jakkolwiek CEDAG powstał w 1989 r., w ostatnich latach intensyfikacji uległ wzrost liczby jego członków. Obecnie liczy 24 organizacje członkowskie z 15 państw członkowskich oraz 2 organizacje z poziomu europejskiego i 4 organizacje o statusie członka stowarzyszonego. Zarząd OFOP podjął decyzję o wstąpieniu do tej organizacji.

2010

Kongres Praw Obywatelskich

2011

Szkoła Repezentacji

[CDN]


Bibliografia

Prawo bez obywateli Kultura Liberalna 2011

Czy bunt pozarządowców? Salon24 2011

Atak na organizacje Kultura Liberalna 2016